Bliżej Rzymu niż Bizancjum

Wpisy

  • wtorek, 05 grudnia 2017
    • Nie tylko Racławice, czyli co warto wiedzieć o zmaganiach polsko-moskiewskich

                  Uważam, że ostatnimi laty w Polsce panują nastroje wybitnie antyrosyjskie. W ramach pokrzepienia serc doszukujemy się w historii kontaktów polsko-rosyjskich, czy też polsko-moskiewskich jak kto woli, naszych przewag nad wschodnim sąsiadem. Jako polski patriota i nacjonalista muszę z całą odpowiedzialnością stwierdzić z nieukrywanym smutkiem, że Polska wojnę z państwem moskiewskim o dominację w tej części Europy przegrała z kretesem. Wielkie Księstwo Moskiewskie podniesione do rangi carstwa w 1547 roku przez Iwana Groźnego (którego nasi przodkowe nazywali Iwanem Tchórzliwym)  stało się w XVIII wieku potęgą i dominując tym samym na pomoście bałtycko-czarnomorskim zepchnęło silną kiedyś Rzeczpospolitą do defensywy. A zepchnięta do defensywy i niebędąca w stanie utrzymać dawnej podmiotowości Rzeczpospolita Obojga Narodów została rozebrana przez silniejszych sąsiadów.

       

                  Jednakże chciałem skupić się na innym zagadnieniu. Mianowicie w celu pokrzepienia serc zwykliśmy doszukiwać się w historii naszych zwycięstw nad Moskalem, co niewątpliwie służy nam do budowania poczucia dumy narodowej. Smutnym jednakże jest to, że znajomość owych zwycięstw w świadomości społecznej jest bardzo słaba. Oczywiście każdy obywatel naszego pięknego kraju zapytany choćby o największe zwycięstwa polskiego oręża nad tak nielubianym Moskwicinem wymienia: Racławice i Cud nad Wisłą. Nie odbierając nic Cudowi nad Wisłą oraz nie atakując dokonań Naczelnika Kościuszki (którego uważam za postać kontrowersyjną), pamiętajmy zarazem, że Racławice nie były żadnym druzgocącym zwycięstwem militarnym i nie miały dużego znaczenia. Nota bene pamiętam zdaną mi z pierwszej ręki relację w 2010 roku, iż na wykładzie dla grubo ponad setki studentów I roku na jednej ze szkół wyższych w Trójmieście, wykładowca zapytał od niechcenia, kto dowodził bitwą pod Racławicami po polskiej stronie. Zaległa grobowa cisza, po czym jedna studentka zebrała się na odwagę i krzyknęła: Anders !!!....  

      Cóż, komentując wspomniane wydarzenie stosownym milczeniem, należy stwierdzić, że nie pamiętamy wiele o przewagach rodzimego oręża nad Moskwą, a wcale już nie pamiętamy o naprawdę licznych zwycięstwach nad naszym wschodnim adwersarzem.

                  Na samym początku powinno się wspomnieć o wielkiej wiktorii pod Orszą (położonej nad Dnieprem w obecnej Białorusi) w 1514 roku. Pod wodzą księcia Konstantego Ostrogskiego wojska polsko-litewskie pobiły na głowę moskiewską armię Iwana Czeladina. Abstrahując od oceny stosunku sił walczących stron (od 30 tys. do 70 tys. wojsk moskiewskich wg źródeł polskich, do 12 tys. sił po obu stronach wg. ustaleń rosyjskich) było to pierwsze zwycięstwo w polu wojsk Rzeczpospolitej nad Wielkim Księstwem Moskiewskim. Czy zginęło tam 5 tys. czy 10 tys. Moskcwicinów nie jest istotne. Istotniejszym jest fakt, że od tego roku praktycznie do początków XVIII wieku Moskale nie byli w stanie mierzyć się z Polakami w otwartym polu (poza dosłownie kilkoma wyjątkami jak choćby klęska pod Szepielewiczami w 1654 r.). Dopiero reformy cara Piotra I, najwybitniejszego bodajże rosyjskiego męża stanu, stworzyły z armii rosyjskiej wyśmienitą machinę wojenną, z którą przestarzałe wojsko Rzeczpospolitej nie mogło się równać. Na marginesie gorąco zachęcam wszystkich do zapoznania się z obrazem upamiętniającym wiktorię orszańską który jest obecnie w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie (niestety autor owego arcydzieła jest nieznany). A zachęcam tym goręcej, gdyż jest to jeden z pierwszych obrazów europejskich  po Antyku,  przedstawiający mającą faktycznie miejsce bitwę z dość wiernie odwzorowaną topografią terenu. Bodajże pierwszym malowidłem ukazującym rozegraną bitwę w Europie jest Bitwa pod San Romano pędzla Paola Uccella (dzieło powstało w latach 1438-1440). Z mojego subiektywnego punktu widzenia stwierdzam jednak, że "nasza" Bitwa pod Orszą jest lepsza i cechuje się większymi walorami artystycznymi ...

                  A wracając do zapomnianych już zwycięstw nad Moskalem ... wszak było ich więcej. Najjaśniejszy w naszej historii jest Kłuszyn w 1610 roku, gdzie niecałe 4 tys. polskiej jazdy rozbiło w puch 35 tys. armię szwedzko-moskiewską i otworzyło wojskom koronnym drogę do Moskwy. Jeden z naszych największych wodzów Stanisław Żółkiewski zniszczył siły nieprzyjaciela, a przepiękne w swej sile i mądrości słowa wypowiedziane przez hetmana przed samą bitwą dźwięczą jak cymbał grzmiący w mej głowie: Necessitas in loco, spes in virtute, salus in victoria.

                  Wyliczając kolejne wielkie wiktorie nad Moskalem, zapominamy często o tych mniejszych jak: zwycięstwa rotmistrza koronnego Jana Boratyńskiego nad Bobrem w 1514 i Połockiem w 1518; zapomniane zwycięstwo rotmistrza Stanisława Leśniowolskiego pod Newlem w 1562 roku, gdzie na czele swojego oddziału (2300 ludzi) pobił na głowę prawie 10-krotnie liczniejsze siły moskiewskie; pogrom Moskwicinów pod Ułą w 1564 roku z ręki hetmana litewskiego Mikołaja Radziwiłła Rudego; zwycięstwo połączonych sił polsko-szwedzkich pod Kiesią w 1578 roku, gdzie dowodzący Andrzej Sapieha zdobył ponad 40 dział oraz zabił i wziął do niewoli prawie 6 tys. nieprzyjaciela; zwycięstwo pod Toropą w 1580 roku pod wodzą księcia Janusza Zbaraskiego, nie wspominając już o 1400 km rajdzie kawaleryjskim w 1581 roku prowadzonym przez Krzysztofa Radziwiłla "Pioruna" (Witebsk-Rżew-Psków). Skupiam się tu tylko na zwycięstwach odniesionych w polu, pomijając kilka udanych oblężeń przeprowadzonych przez polsko-litewskie siły zbrojne.

                  W 1633-34 Rzeczpospolita jeszcze raz pokonała zmodernizowaną na wzór zachodni moskiewską ramię pod Smoleńskiem, dzięki geniuszowi militarnemu króla Władysława IV Wazy, który osobiście dowodził odsieczą dla oblężonego polskiego Smoleńska. 

                  Niestety następne lata to jeden z najciemniejszych okresów naszej historii. Rzeczpospolita Obojga Narodów atakowana przez sąsiadów ze wszystkich stron znajduje w sobie jeszcze na tyle siły, aby pobita i skrwawiona przetrwać, dając odpór wszystkim napastnikom. W 1654 roku Wielkie Księstwo Moskiewskie atakuje ziemię Litwy wykorzystując zaangażowanie sił koronnych w ciężkich walkach na Ukrainie ze zbuntowaną Kozaczyzną. Janusz Radziwiłł (mający tak złą prasę w polskiej świadomości poprzez Potop Sienkiewicza) mimo szczupłości swych sił odnosi zwycięstwo w krwawej bitwie z jedną z armii moskiewskich pod Szkłowem. Ulega jednak potem nieprzyjacielowi pod Szepielewiczami, z powodu szczupłości własnych sił (5-6 tys. żołnierza wobec 25 tys. żołnierza nieprzyjaciela). Nadchodzi jednak szczęśliwy 1660 rok, kiedy zakończono wojnę ze Szwedami a Rzeczpospolita może skupić się na wojnie z Moskalem. Na Ukrainie hetmani Jerzy Lubomirski i Stanisław "Rewera" Potocki pokonali posiłkujących Moskwę Kozaków i pobili armię wojewody kijowskiego Wasyla Szeremietiewa pod Cudnowem. Na skutek dobrze przeprowadzonej kampanii zmusili go do ostatecznej kapitulacji, niszcząc ostatecznie jego zgrupowanie liczące ok. 17 tys. ludzi. Z kolei na Litwie Stefan Czarnecki pokonał armię moskiewska pod Połonką, która tracąc ok. 5 tys. ludzi została ostatecznie zmuszona do wycofania się z Litwy.

       

                  Jeżeli już chcemy podkreślać nasze przewagi nad Moskalem to warto abyśmy faktycznie wiedzieli jakie one były. Albowiem wiedza historyczna jest u nas bardzo słaba, a Rosjanie lubują w pisaniu często ex nihilo własnej heroicznej historii. Oczywiście ciężko tu mieć do nich pretensje, gdyż odpowiednio zredagowana historia rodzima jest bardzo użyteczna we własnej wewnętrznej narracji narodowej. Zachęcam do obejrzenia w internecie programu "Bronisław Wildsteina przedstawia" (opublikowanego 11 października 2013), gdzie zaproszony tam rosyjski korespondent Pan Władimir Kirianow, w dość obcesowy sposób zaczął udowadniać, iż jeśli można mówić o polskiej kulturze to jest ona dobrodziejstwem rosyjskiego zaboru. Pomijając wulgarność intelektualną takiego stwierdzenia i przytaczając choćby wypowiedź prof. Andrzeja Nowaka, iż w polskim zaborze w XVIII wieku więcej ludzi potrafiło czytać i pisać niż w całym imperium rosyjskim, należy przede wszystkim pamiętać o poszerzaniu swojej wiedzy, zwłaszcza na temat własnych dziejów rodzimych. Wiele osób posiadających sympatie wybitnie prawicowe, przekładające się na rusofobię, nie zna tak naprawdę silnych i słabych stron polskiej historii i stosunków polsko-rosyjskich. Powyższy tekst niech będzie wskazówką, gdzie szukać tych stron silnych.    

       

       Autor_nieznany_malarz_z_krgu_Lukasa_Cranacha_Starszego_Bitwa_pod_Orsz

      Bitwa pod Orszą  - obraz ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 grudnia 2017 20:44
  • środa, 15 listopada 2017
    • Czy nacjonalizm jest zły?

                  Ostatnie obchody Święta Niepodległości w Naszym Pięknym Kraju były kolejną okazją do kontynuowania polskiej wojny plemiennej. Nie wnikając w szczegóły, ani nie skupiając się na poszczególnych wypowiedziach stron naszego konfliktu, warto pochylić się nad zagadnieniem nacjonalizmu i patriotyzmu. Różnej maści medialni eksperci zaczęli po swojemu interpretować owe terminy, nie mając raczej pojęcia o ich elementarnym znaczeniu. Warto przytoczyć pierwotne znaczenie tychże określeń, które obowiązywały przed II wojną światową.

       

      Patriotyzm (łac. patria - ojczyzna) polega na tym, że kochamy i pozytywnie odnosimy się  do państwa, w którym żyjemy. 

      Nacjonalizm (łac. natio - naród) jest nazwą postawy, która polega na umiłowaniu w szerokim tego słowa znaczeniu, własnego narodu.

      Szowinizm (fran. chauvinisme, od mitycznego Nicolasa Chauvina, dzielnego żołnierza francuskiego bezgranicznie oddanego Napoleonowi)  to wypaczenie nacjonalizmu, określające wrogą postawę, wręcz nienawiść do innych narodów w imię źle pojętej miłości do własnej Ojczyzny.

       

                  Patriotyzm i nacjonalizm wcale się nie wykluczają, a wręcz mogą się harmonijnie uzupełniać, czego przykładem jest postawa polskiej mniejszości w Monarchii Austro - Węgierskiej, typowego państwa wielonarodowego. Żyjący w Galicji Polacy (przynajmniej większość) byli szczerymi polskimi nacjonalistami (czyli kochali swój naród), a zarazem wielbili państwo w którym przyszło im żyć, bo któż z Krakowa nie pamięta jeszcze portretów cesarza Franciszka Józefa zdobiących dumnie tamtejsze domy.  Na marginesie warto zauważyć, czy możemy mówić o jakimkolwiek patriotyzmie wśród mieszkańców UE? Czy obywatele państw członkowskich w razie wojny byliby zdolni przelewać krew za tenże twór polityczny, jak choćby czynili to Polacy i Węgrzy podczas I wojny światowej za swoja ukochaną monarchię? A czy w Katalonii weźmie górę kataloński nacjonalizm, czy patriotyzm hiszpański?

                  Szowinizm jest całkowitym zaprzeczeniem nacjonalizmu. Nie powinno się używać pojęcia - skrajny nacjonalizm, jak powiedział to jeden z naszych czołowych polityków. Skrajny nacjonalizm to szowinizm.  Szowinizm narodowy to hitleryzm, czyli wypaczony nacjonalizm niemiecki. Jednakże, może istnieć też szowinizm klasowy występujący u komunistów - internacjonalistów. Szowinizm potrafi stanowić ideologiczne uzasadnienie odmian imperializmu, zarówno narodowego (hitleryzm) oraz kosmopolitycznego (radziecka odmiana komunizmu).

       

                  Pozwolę sobie przytoczyć ustęp z książki Naukowe Podstawy Nacjokratyzmu, Józefa Kosseckiego, (2015, s. 5-6):

      Po II wojnie światowej imperializm szowinistyczno-narodowy w wydaniu niemieckim przegrał, zwyciężyły zaś kosmopolityczne odmiany imperializmu w wydaniu sowieckim (ZSRR) i liberalno-wolnomularskim (USA). Zgodnie z ich interesem dokonano w skali globalnej manipulacji lingwistycznej, polegającej na zmianie znaczenia wymienionych wyżej trzech kluczowych słów. Słowu patriotyzm, w oficjalnych masowych procesach wymiany informacji, nadano znaczenie takie jak dawniej nadawano słowu patriotyzm i nacjonalizm, słowu nacjonalizm nadano znaczenie takie jak miało dawniej słowo szowinizm narodowy, zaś słowo szowinizm zaczęło znikać z masowego społecznego obiegu informacji [...] wszelki nacjonalizm zaczął się  w społecznej świadomości - czy może nawet podświadomości - kojarzyć ze zbrodniczym hitleryzmem".

       

                  Należy przypomnieć przy okazji, że pierwszy naród w historii, czyli społeczny związek różnokrewny złączony wspólnotą etnograficzną i obejmujący swymi funkcjami całość życia zbiorowego to Rzymianie. Walczące ze sobą szczepy italskie mimo wzajemnych waśni zaczęły ostatecznie w III wieku przed Chrystusem przejawiać tendencje unifikacyjne, ponieważ posiadały tę samą etykę, czyli zbiór poglądów (przyjętych dobrowolnie bez żadnego przymusu) na to co jest godziwe, a co niegodziwe. Naród jest związkiem opartym na etyce (inaczej żadnego narodu nie będzie) i bazującym na etyce z dobrowolnie przestrzeganym prawem autonomicznym. Aby naród powstał musi istnieć świadomość narodowa, która w Republice Rzymskiej obejmowała wszystkich ludzi wolnych.  W innych okresach świadomość narodowa (począwszy od przysłowiowego Hammurabiego) często ograniczała się tylko do elit, czyli władcy i jego otoczenia, a w średniowieczu przede wszystkim obejmowała samą szlachtę. Od czasów Rewolucji Francuskiej świadomość narodowa zaczęła rozszerzać się na pozostałe warstwy społeczne: wpierw mieszczaństwo, potem chłopów i robotników.  

                  Warto zastanowić się na koniec, dlaczego z takim niepokojem elity unijne, spoglądają na wszelkie przejawy lokalnych nacjonalizmów europejskich. Sama UE stanowi nic innego jak nadbudówkę polityczną niemieckiego ekspansjonizmu, który trzeci raz w ciągu stu lat próbuje rozlać się na Europę. Oczywiście, z jednej strony instytucje unijne rozmywają niejako siłę państwa niemieckiego, ale z drugiej strony stanowią doskonały kamuflaż polityki Berlina. Elity niemieckie, które wyciągnęły lekcję z przegranej II wojny światowej, zmieniły całkowicie swoją strategię, tudzież ideologię, która jest nadrzędna wobec każdej strategii działania. Mianowicie, podczas ostatniej wojny światowej ideologia niemiecka bazująca na szowinizmie narodowym (rasa panów, itd.) doprowadziła do klęski III Rzeszy w Związku Radzieckim i tym samym zakończyła się bolesną przegraną całej wojny. Zmieniono obecnie ideologię, czego przejawem jest zarzucenie niemieckiego szowinizmu narodowego na rzecz promowania mult-kulti, vide wywołanie przez elity niemieckie kryzysu emigracyjnego. Wszystko to miało na celu spacyfikowanie państw tzw. Środkowej Europy (oczywiście przyczyn było nieco więcej), których lokalne nacjonalizmy mogą być zagrożeniem dla gospodarczych interesów niemieckich.

                  Należy mieć na uwadze pozytywny wpływ wymiany handlowej z Niemcami oraz transfer nowoczesnej technologii itd..  Nie należy również zapominać, że w interesie elit niemieckich nigdy nie będzie zezwolenie na wybicie się np. Polski na pełną ekonomiczną niezależność. To jest niejako zrozumiałe i trudno mieć pretensje wobec Niemców o promowanie swojej racji stanu (koncepcja Mitteleuropy z początku XX wieku). Z niemieckiego punktu widzenia wzrost nacjonalizmów w Europie stanowi olbrzymie zagrożenie w realizacji ich interesów gospodarczych, bronionych takimi narzędziami jak wszelkie pułapki kredytowe (casus Grecji), polityka klimatyczna mająca zahamować rozwój lokalnych gospodarek, itd. Jeśli kiedyś mieliśmy wewnątrz narodów klasy proletariuszy i wyzyskiwaczy, to teraz mamy całe narody proletariuszy i wyzyskiwaczy, a walka między nimi będzie konfliktem walki narodowo - społecznej. Świadome warstwy panujące w bogatych krajach UE (przede wszystkim sojusz oligarchii bankowej/przemysłowej i biurokratycznej)  starają się używając wszelkich dostępnych środków i szeroko rozumianych kanałów wpływu, aby dezawuować wszelkie objawy nacjonalizmów środkowoeuropejskich.  Z tego względu, gdyż nacjonalizm zawsze będzie szedł  w parze z rozwijaniem się  świadomości narodowej przekładającej się na obronę własnych interesów gospodarczych. Do zwalczania nacjonalizmów służy wykorzystywanie wypaczonych haseł okresu zapaści semantycznej i nazywanie faszyzmem wszelkich przejawów obrony własnego interesu narodowego, przy użyciu narzędzia jakim jest  ideologia liberalno - wolnomularska, zwana potocznie tzw. poprawnością polityczną.  Na zakończenie warto przypomnieć Enrico Corradiniego, teoretyka włoskiego nacjonalizmu, którego poglądy były wolne od wszelkiej nienawiści rasowej (w przeciwieństwie do ohydnego niemieckiego nazizmu), który pierwszy użył terminu narodów wyzyskiwaczy i narodów proletariuszy.

                  Zaczyna się powoli przebudzenie narodów Europy Środkowej, niechcących być dłużej proletariuszami naszego kontynentu. Inna sprawa, że np. w przypadku Polski,  pewne aspiracje wybicia się jej na podmiotowość mogą pokrywać z interesami Stanów Zjednoczonych,  zaniepokojonych kolejna próbą zdominowania Europy przez Niemcy. Dodatkowo Niemcy i Francja będące niewątpliwymi potęgami polityczno-gospodarczymi na skalę europejską, nie są państwami jednorodnymi cywilizacyjnie, a mieszanka kulturowa (wynik dywersji ideologicznej serwowanej im podczas zimnej wojny) będzie sukcesywnie te państwa rozsadzać od środka. Obecna polityka UE będąca de facto fasadą wspólnego interesu francusko-niemieckiego (gdzie Francja jest słabszym ogniwem) stara się za wszelką cenę bombardować ideologicznie kraje  Europy Środkowej (rywalizacja informacyjna) w celu zduszenia groźnych dla ich interesów lokalnych nacjonalizmów. Rozbudzenie się nacjonalizmów w tych krajach wraz z chińską ekspansją gospodarczą (koncepcja Jedwabnego Szlaku)  może spowodować koniec preponderancji państw Europy Zachodniej.

       

       

       DSC_00731

      Posąg Juliusza Cezara - rzymskiego nacjonalisty, którego autor sfotografował na Via dei Fori Imperiali

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Czy nacjonalizm jest zły?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      środa, 15 listopada 2017 17:52
  • czwartek, 09 listopada 2017
    • Reformacja, czyli rozum albo ślepa wiara

       

                  Po swoim wystąpieniu w Wittenberdze, Marcin Luter w sierpniu 1518 roku został wezwany przez papieża Leona X do stawienia się w Rzymie. Sam Ojciec Święty rozumiejąc całkowicie jakie nieszczęście przyniosła sama sprzedaż odpustów, która była przyczyną sprzeciwu Lutra,  wydał w 1518 roku bullę potępiająca nadużycia przy ich sprzedaży. Jednakże niepokorny augustianin mając poparcie księcia,  elektora saskiego Fryderyka Mądrego, odmówił stawienia się przed papieżem. Fryderyk rzeczywiście zasłużył na swój przydomek. Ten gorliwy katolik i założyciel uniwersytetu w Wittenberdze wspierał niepokornego zakonnika w jego uporze, czy to z czystej sympatii, czy powoli zaczynając rozumieć jaką szansę w przyszłości może dać wsparcie Marcina Lutra w jego buncie przeciw Rzymowi. W każdym bądź razie Luter do Stolicy Apostolskiej nie pojechał, ale papież zgodził się, aby wszelkie drażliwe sprawy załatwić w Niemczech, ale w obecności jego wysłannika kardynała Tomasso de Vio z Gaety. Do spotkania doszło w 1518 roku w Augsburgu, gdzie legat zażądał odwołania tez uznanych za błędne, a Luter z kolei zażądał rozpatrzenia ich przez sobór. Do Niemiec przybył kolejny z papieskich wysłanników w celu przywołania augustianina do porządku. Do porządku go nie przywołał, ale Luter zobowiązał się do milczenia i nie rozgłaszania swoich tez, jeśli Rzym nie będzie próbował na razie go karać. A Rzym nie był w stanie doprowadzić do ewentualnego pojmania zakonnika mającego ochronę elektora saskiego. Sytuacja była cokolwiek napięta, a nie mogąc użyć siły Stolica Apostolska postanowiła podjąć próbę skompromitowania poglądów Lutra.  Na przełomie czerwca i lipca 1519 roku nastąpiła dwudziestodniowa dysputa w Lipsku pomiędzy samym Lutrem, a profesorem teologii Johannem Eckiem. Pojedynek zakończył się remisem, ale Eck zdołał celnie uderzyć niepokornego augustianina. Postawiony przez niego pod murem podczas jednej z debat Luter przyznał, że uważa tylko Pismo Święte  za jedyny autorytet w sprawach wiary, że wierni mogą się obejść bez prymatu papieża, i że jego poglądy są zbieżne ze wyklętym przez kościół Wiklefem i Husem.

                   Tego było już za wiele. Luter wyraźnie rzucił wyzwanie potędze kościoła, ale będąc pewny ochrony ze strony swego możnego protektora przeszedł do bezwzględnego ataku. Wpadłszy w szał tworzenia zaczął kolejno wypuszczać pisma, jak: O papiestwie w Rzymie, Do chrześcijańskiej szlachty narodu niemieckiego o poprawie stanu chrześcijańskiego, O niewoli babilońskiej kościoła, O wolności chrześcijanina. Leon X oddał cios wydając bullę Exsurge Domine potępiającą błędy i wypaczenia poglądów Lutra i dając mu 60 dni na ich odwołanie. Marcin Luter nie przestraszył się i wydał kolejny traktat pod wymownym tytułem: Przeciw bulli antychrysta. Jak napisał tak zrobił i 10 grudnia 1520 roku spalił bullę publicznie przed jedną z bram Wittenbergi. Na początku 1521 roku otrzymał w zamian z Rzymu anatemę. Anatema wydana przez antychrysta nie mogła wywrzeć wrażenia na prawdziwym chrześcijaninie za jakiego Luter się uważał. A to co uważał, zaprezentował jeszcze tego samego roku podczas sejmu Rzeszy w Wormacji. Przybył tam zaopatrzony w żelazny list nowo wybranego cesarza Karola V, którego sprawy Niemiec delikatnie mówiąc, za bardzo nie interesowały (najlepiej czuł się w Hiszpanii, a na początku panowania najbardziej zajmowały go Niderlandy) i miał nadzieję, że sytuacja w Niemczech uspokoi się sama na skutek porozumień i negocjacji. Jednakże na sejmie w Wormacji papież pokazał swą siłę i zdołał nakłonić poprzez swoich wysłanników większość panów Rzeszy na skazanie Lutra i jego zwolenników na banicję, a pisma na spalenie. Kara banicji byłą rzeczą zaiste poważną, ale protektor augustianina, książę Fryderyk Mądry nic sobie z niej nie robił. Ukrył Lutra na swoim zamku w Wartburgu, gdzie zakonnik podjął się dalszej pracy, tłumacząc Nowy Testament na język niemiecki. Jego bliscy współpracownicy jak (Hutten, Karlstadt, Melanchton) działali nauczając w terenie, zastępy zwolenników się powiększały, a reformacja kościoła rozwijała się w najlepsze.   

       

                  Na czym polegała istota Reformacji? Mianowicie, o czym już było wspomniane wyżej, Luter przyjął, że tylko Pismo Święte winno być jedynym, niepodważalnym autorytetem w sprawach wiary. Odrzucając tym samym całą tradycję katolicką (pisma Ojców i Doktórów Kościoła) stworzył konstrukcję intelektualną, że sama tradycja jest tylko wymysłem ludzkim i naleciałością na tekst biblijny. Odrzuciwszy zarazem większość sakramentów będących immanentną częścią religii katolickiej (zachował tylko chrzest i komunię świętą) powstał logiczny wniosek, że sama instytucja kościoła przestaje być potrzebna i traci rację istnienia. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, tylko sama wiara wystarczy do zbawienia, bez kościoła, księży i całej katolickiej otoczki teologiczno-liturgicznej, jak obrzędy, posty, tudzież dobre uczynki.

                  Pozbawiwszy się nauki kościoła o uczynkach, które miały przybliżyć wiernego do zbawienia, negowano wpływ wiernego na swoje zbawienie i wykluczano tym samym, że może posiadać wolną wolę. Ba, posiadanie wolnej woli uważał Luter, bazując na narracji fideistycznej,  za zaprzeczenie wszechmocy Boga. Wszak dobrym czyni nas Bóg poprzez łaskę, a autentyczną wiarę posiadają tylko Ci, którzy wcześniej zostali wybrani przez Stwórcę do zbawienia. Bóg daje zbawienie nie za uczynki, ale za wewnętrzną wiarę. A wiara według nauki Lutra załatwiała wszystko. Nie znosił średniowiecznej scholastyki, która w myśl nauki choćby św. Tomasza z Akwinu racjonalnie starała się objaśniać Objawienie. Scholastyk to ktoś wątpiący zdaniem Lutra, wykluczający Boską omnipotencję, posiłkujący się w swej wierze rozumem i empirią, według najlepszych tradycji myśli greckiej. Augustianinowi z Wittenbergi bliżej natomiast było to tradycji hebrajskiej (którą możemy łączyć od biedy z fideizmem) bazującej na irracjonalnym zaufaniu do Boga. Generalnie Luter rozumu nie lubił i nazywał go często „kurwą diabelską”. Uniwersytetów też nie lubił jako instytucji wykładających scholastykę, bo jak sam stwierdził: "Należałoby wysadzić w powietrze wszystkie uniwersytety, nie było bowiem i nie będzie na świecie niczego bardziej diabelskiego".

                  A prawdziwa wiara objawiała  się tylko poprzez zgłębianie Pisma Świętego, ponieważ cała hermeneutyka katolicka (czyli objaśnienia do Pisma Świętego przez Ojców i Doktorów Kościoła) mogła afirmować tak nielubianą przez niego scholastykę, wzrastającą  na wierze i umyśle. Co gorsza, sama scholastyka to nic innego jak również nielubiana tradycja kościoła, która stworzyła tomy dotyczące interpretacji Słowa Bożego. A Słowo Boże każdy wierny powinien interpretować sam. I tu dochodzimy do jednego z najważniejszych punktów nauki Lutra, czyli do bezgranicznej wiary w zdolność intelektualną każdego wiernego, który może odczytywać po swojemu i interpretować Pismo Święte. A może to zrobić, ponieważ  został wybrany przez Pana i obdarzony jego łaską. Ergo, chłop pańszczyźniany może lepiej zrozumieć ustępy Nowego Testamentu niż kilkuset uczonych w prawie kanonicznym biskupów, ponieważ to na chłopa spłynęła łaska boska, a nie dajmy na to na kilkaset sług ,,Antychrysta z Rzymu''.

       

                  I cóż, może to w sumie brzmieć ujmująco. Nauki reformatorskie Marcina Lutra bazujące na pewnym egalitaryzmie społecznym i pochwale indywidualizmu (samodzielna interpretacja pisma) wyglądają szalenie kusząco (pomijając ciężką do obrony negację roli umysłu w religii i życiu-vide "kurwa diabelska"), i każdy znający pobieżnie historię Reformacji zmuszony byłby przyklasnąć.  Niestety, ów egalitaryzm szybko się skończył, podobnie jak frazesy wypowiadane i wypisywane przez Marcina Lutra, że nikogo nie wolno przymuszać do wiary, etc. Bezwiednie naiwny Luter (trzeba to podkreślić z całą mocą) otworzył przysłowiową tzw. puszkę Pandory, gdyż jak grzyby po deszczu zaczęli mnożyć się w Niemczech  kaznodzieje - fanatycy, z których każdy  subiektywnie i dziwacznie interpretował Pismo Święte. Każdy  uważał, że jego wykładnia jest jedyną prawdziwą i cudownie inspirowaną. Jak we wszystkich ruchach antykatolickich wcześniej, za hasłami odmowy religijnej, naprawy kościoła, etc. pojawiły się groźne ruchy społeczne, albo antyspołeczne, pragnące zmian  w stosunkach własnościowych, tudzież likwidację własności prywatnej, kolektywizację kobiet, wolną miłość, poluzowanie więzów obyczajowych itd.  

       

                  Wybuchła tzw. wojna chłopska, ponieważ chłopi po swojemu zaczęli interpretować Słowo Boże, wyrażając swą niechęć do pańszczyzny, szlachty i duchowieństwa. Jeden z jej najbardziej znanych przywódców Tomasz Münzer (z zawodu kapelan w zakonie żeńskim, z powołania rewolucjonista) wydał wojnę przeciwko wszystkim możnym (z hasłem na ustach "Niechaj nie ostygają wasze zakrwawione miecze !" ), zarówno rycerzom jak i duchownym, bo i Lutra nazwał "spasionym wieprzem" i "archikanalią".  Pojawili się np. anabaptyści (czyli nowochrzcieńcy). Na czele Jana Mathysa, byłego piekarza, opanowali Münster (Monastyr) w Westfalii, który nazwali "królestwem Syjonu".  Kościoły splądrowano, księgi spalono, dzieła sztuki zniszczono w imię budowania raju na ziemi, co nie powinno dziwić nikogo, kto zna historię wszystkich ruchów heretyckich. Karano śmiercią tych, którzy przeciwstawiali się władzy proroka i jego popleczników. Następca Mathysa, Jan z Lejdy, ogłosił się królem całej ziemi. Wziął kilka żon, oddawała się rozpuście, skazywał na śmierć jeśli ktokolwiek narzekał na szerzący się w mieście głód (ściął jedną ze swoich żon), a swoim poddanym kazał śpiewać chorały religijne na zawołanie i radością na twarzach. Kto radości nie okazywał, wybierał tym samym przyspieszoną drogę w zaświaty...

                    Suma summarum wszystkie te ruchawki zostały stłumione przez szlachtę niemiecką, niemniej sam Luter przeraził się nie na żarty i zaczął zmieniać swoje poglądy ...

       

      DSC_0032

      Św. Hieronim tłumaczący Pismo Święte pędzla genialnego Caravaggia, dzieło autor sfotografował w Villi Borghese.

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 listopada 2017 19:39
  • wtorek, 07 listopada 2017
    • Przyczyny, tudzież praprzyczyny Reformacji

                  Warto przytoczyć kilka faktów o Reformacji, gdyż liczba przeinaczeń, niedopowiedzeń i przekłamań na temat wystąpienia Marcina Lutra jest olbrzymia w kulturze masowej, czy literaturze popularnonaukowej. Tymczasem jego wystąpienie z intelektualnego punktu widzenia było tylko dopełnieniem rozłamu w dyskursie teologiczno-filozoficznym, który zaczął się już w XIII wieku.

       

                  Pomijając przyczyny kryzysu monoideowego średniowiecza (min. odczytywanie na nowo racjonalistycznej filozofii Arystotelesa), należy pokrótce wymienić główne narracje teologiczno-filozoficzne, które dotrwały do czasów Marcina Lutra (podając za A. Wielomskim, Myśl polityczna reformacji i kontrreformacji, 2013, s. 17-23).

      1. Mianowicie istniała tradycja augustiańska (od św. Augustyna) stwierdzająca supremację wiary i teologii na rozumem i filozofią. Rozum nie odkrywa innych prawd niż wiara, ale z powodu swojej przyrodzonej słabości błądzi. Filozofia nie jest fałszywa sama z siebie, ale trzeba zachować wobec niej sceptycyzm, chociaż poprawnie przeprowadzone rozumowanie nie zaprzecza prawdom religijnym.
      2. Poza tym funkcjonowała tradycja tomistyczna (od św. Tomasza z Akwinu) zgadzająca się na równorzędność poznania z pomocą rozumu i wiary, a więc filozofii i teologii. Wyższość teologii i wiary tomiści uznawali wyłącznie w kwestiach dogmatycznych, gdzie wszelka niezgodność z twierdzeniami Kościoła jest błędem w rozumowaniu. Porządek racjonalny musi uznać autorytet Objawienia, a jego interpretatorem są sobory powszechne i biskup Rzymu. Z kolei życie polityczne i społeczne jest domeną rozumu i zachowuje autonomię wobec religii.
      3.  Awerroizm (od Ibn Roszdy Awerroesa bazującego na Arystotelesie) uznający, że między prawdą rozumu i prawdą wiary nie ma zgodności i mogą tylko istnieć oddzielnie wobec siebie. Są dwie prawdy: Objawienie w kościele i filozofia, co przekłada się na rozdzielenie rozumu od wiary. Negowało to wyżej wspomniane prądy intelektualne, bazujące na jedności wiary i rozumu. Pogląd ten przełożył się na stworzenie pojęcia niepewności wobec samej prawdy religijnej.
      4. Popularna była także narracja fideistyczna (główny propagator to Wilhelm z Ockham) widząca zasadniczą sprzeczność między rozumem a wiarą. Wiara ma prymat nad rozumem i doświadczeniem, a sam świat zatracił swój racjonalny charakter. Bóg w każdej chwili może odmienić prawidła fizyki, matematyki itd., co skutkowało poglądem, że wszystko na świecie jest względne.

                

      Nauczanie kościoła katolickiego bazowało przede wszystkim na tradycji augustiańskiej i tomistycznej (Św. Tomas z Akwinu), czyli tym, że prawdziwy katolik w życiu powinien kierować się etyką katolicką, stojącą ponad prawem pisanym oraz bazować na wierze, rozumie, autorytetach i Objawieniu. Oczywistym jest, że niepiśmienny chłop niezbyt wiele pojmował i niewiele słyszał (bądź wcale) o wysublimowanych intelektualnie dysputach teologicznych na ówczesnych uniwersytetach, czy synodach. Niemniej struktura kościoła katolickiego poprzez świetnie rozrośnięty system administracyjny skutecznie trafiała do najniższych warstw społecznych (probostwa, zakony) i z całym powodzeniem stosowała programowanie społeczne będące gwarantem ładu i porządku. Wszelkie herezje, które wstrząsały dotychczas Europą były skutecznie zwalczane przez kościół poprzez wsparcie szlachty, która uważała naukę kościoła za gwaranta swojego statusu (porządku feudalnego). Zarazem sama instytucja kościoła, jako podmiotu prawa kanonicznego, miała funkcjonować   niezależnie od władzy świeckiej. Natomiast władza świecka mogła istnieć niezależnie, pod warunkiem podporządkowania szeroko rozumianego życia publicznego etyce,  na której straży stała Stolica Piotrowa.  Ergo, świeckie prawo pisane musiało bazować na prawie naturalnym, czyli etyce katolickiej (aposterioryzm prawny).

       

                  Jednakże wraz z rozwojem Renesansu w Europie, którego intelektualnym pierwowzorem była wspomniana tradycja awerroistyczna, pewne kręgi elity umysłowej  Europy zaczął ogarniać religijny sceptycyzm. Ów sceptycyzm nie miał  nic wspólnego z ateizmem, a wszyscy krytycy tradycji augustiańskiej i tomistycznej w nauczaniu kościoła byli osobami głęboko wierzącymi. W 1516 roku, czyli rok przed sławetnym wystąpieniem Marcina Lutra, powstało kilka ważnych dzieł literackich uwypuklających upadek monoideowej wspólnoty europejskiej Christianitas. Książkami tymi były:

      1. Książę Nicollo Machiavelliego będący swoistą apologią amoralnie pojętej racji stanu, wbrew wszelkiej etyce katolickiej.
      2. Wielka Monarchia Francji pióra Claude de Seyssela, czyli manifest suwerennego państwa, nie podlegającego kontroli Rzymu.
      3. Publikacja nowej grecko-łacińską wersji Nowego Testamentu przez Erazma z Rotterdamu, podważająca Wulgatę i Podręcznik Żołnierza Chrystusowego jego autorstwa, gdzie pisarz zaatakował elementy tradycji katolickiej.
      4. O Nieśmiertelności Duszy Pietro Pomponazziego, uderzający w chrześcijańską eschatologię i sens ludzkiego żywota (awerroizm).
      5. Utopia Tomasza Morusa, w której opisano alternatywny świat wobec porządku chrześcijańskiego.

       

                  Wszystko to świadczyło o dużym fermencie wśród części europejskich intelektualistów, kontestujących światopogląd filozoficzno-teologiczny ówczesnego Kościoła. Także Marcin Luter trafił na podatny grunt ze swoimi późniejszymi naukami.

                  Sam Luter był osobą wrażliwą, pobożną, zarazem zarozumiałą, o rozdmuchanym ego, nie zważająca na bogactwa materialne, za to lubiąca wypić i zakąsić. Co najważniejsze, był jednostką zadręczającą się myślą o własnym zbawieniu. Obsesyjna trwoga o  swoją duszę  doprowadziła Lutra do  negacji instytucji sprzedaży odpustów. I bez dwóch zdań miał rację, gdyż nauka o odpustach nie była najsilniejszą stroną teologii katolickiej.

                  Już wcześniej wybitni krytycy Kościoła nie godzili się na odpusty i na stwierdzenie, iż władza kościelna może darować kary doczesne. Ale z drugiej strony, zwykły szary człowiek mógł być spokojny, gdy odpustu mu udzielono w zamian za modlitwę. Był to zabieg iście zbawienny, jeden z całej gamy sposobów programowania społecznego przez kościół, łagodzący napięcia i podtrzymujący wspólną harmonię współżycia. Niemniej jednak idea odpustów udzielanych wcześniej za samą modlitwę uległa kompletnemu wypaczeniu za papieża Juliusza II (1503-1513), szukającego pieniędzy na budowę Bazyliki Św. Piotra. Inna sprawa, że za pieniądze z odpustów powstała bodajże najważniejsza świątynia katolickiego świata,  zachwycająca swym pięknem i ogromem...

       

                  Szczególnie, nie do zaakceptowania była praktyka sprzedaży odpustów przez dominikanina Johanna Tetzela, komisarza papieskiego, który działając w Saksonii uczynił ze sprzedaży odpustów intratny interes. Dodajmy, interes ubrany w bardzo skąpą szatę religijną spod której spozierał kult złotego cielca. A w Saksonii właśnie, w mieście Wittenberdze działał augustianin, doktor teologii Marcin Luter. I na głęboko religijnym augustianinie wspomniane praktyki Tetzela wywarły jak najgorsze wrażenie. Z okazji poświęcenia kościoła zamkowego w Wittenberdze przybijano na drzwiach świątyni pewne teksty okolicznościowe. 31 października 1517 roku zrażony Luter przybił swoje 95 tez przeciw odpustom. Pierwsza teza traktowała o czynieniu pokuty. Inna brzmiała: ,,Papież nie może odpuszczać żadnych kar oprócz tych, które sam nałożył na mocy swego sądu lub na podstawie kanonów''.

                  Co prawda, jak chcą niektórzy badacze, drzwi były metalowe i przybić do nich nic nie było można.  Sam Luter podobno nigdy nie wspomniał o tym fakcie w żadnym ze swoich dzieł. Całe to pełne patosu wydarzenie miało zostać zmyślone przez Filipa Melanchtona, ucznia Lutra ... Niewykluczone, że sam Marcin Luter nie chciał w ogóle wszczynać żadnej publicznej debaty, tylko chciał wyrazić swój prywatny sprzeciw wobec nadużyciom instytucji  odpustów in capite et in membris. Protest, który miał trafić tylko do ręki miejscowego biskupa, będącego jego przełożonym...

                   Tak czy owak mleko się rozlało, czy też słowo stało się ciałem. Po zapoznaniu się z tezami Lutra,  komisarz papieski Johann Tetzel wygłosił we Frankfurcie nad Menem swoje 106 antytez przeciw niemu. I taki był początek ruchu reformacyjnego kościoła, który miał wstrząsnąć Europą i który tak naprawdę wciąż na nią oddziaływuje ...

       

       

      DSC_04814

       Bazylika Świętego Piotra w Watykanie (foto. z archiwum autora)

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 listopada 2017 10:42
  • wtorek, 31 października 2017
    • Lekarze rezydenci a problem biurokracji

      W ostatnich tygodniach politykę wewnętrzną w Polsce, tak samo jak i opinię publiczną, podgrzewa strajk lekarzy-rezydentów.  Abstrahując od oceny strajku, realności postulatów wysuwanych przez strajkujących, nasuwa się podstawowe pytanie.  Czy jeśli rząd spełniłby jedno z żądań dotyczące przeznaczenia 6,8 % PKB na Służbę Zdrowia, czy poprawiłoby to jej kondycję?  Albowiem, czy to nie rozrost biurokracji w każdym aspekcie życia państwowego jest przysłowiową piętą achillesową państwa?

                  Sprawa jest o tyle poważna, gdyż dotyczy w zasadzie każdego państwa europejskiego i USA. Spuścizną szeroko rozumianego socjalizmu, jaki zaczął rozwijać się w drugiej połowie XIX wieku, stały się oddolne żądania społeczeństw, ażeby struktury ich  państw coraz więcej brały na siebie zobowiązań życia publicznego, jak bezpieczeństwo, opieka społeczna, edukacja, tudzież oczywiście służba zdrowia.  Proces ten oczywiście stymulowało ostatecznie pogrzebanie modelu społeczeństwa stanowego przez rewolucję francuską oraz rewolucja przemysłowa i tworząca się z nią w parze, świadoma swych celów klasa robotnicza.  Nie wchodząc w szczegóły, przeszło od początku XX wieku mamy do czynienia z rozrostem służby publicznej w każdym europejskim państwie. Pamiętajmy, iż termin administracja wywodzi się z łacińskiego czasownika administrare – być pomocnym, obsługiwać. Niestety administracja mająca pomagać i służyć w sprawnym zarządzaniu państwem, zaczęła zmieniać się w ciężką strukturę - biurokrację,  który to termin wywodzi się z mieszkanki  słów bureau (z francuskiego urząd)  i kratos (z greckiego-władza). Ogólnie termin biurokracja ma oczywiście znaczenie pejoratywne i oznacza strukturę oderwaną od obywateli i działającą na ich szkodę.

                 

                  Obecnie większość państw europejskich ma problem z utrzymaniem rozrośniętych struktur biurokratycznych. Dysponując danymi np. za rok 2011 (podaje wg. Francisa Fukuyamy, Ład polityczny i polityczny regres, 2015, s. 531) widzimy, że USA ma deficyt 10,6 %, Wielka Brytania 7,7 %, Francja 5,4 %. Wynikiem deficytu tychże bogatych państw jest między innymi posiadanie rozrośniętej biurokracji, którą trzeba finansować z budżetu państwa. Skupiając się na Polsce i jej problemach, może stwierdzić jednoznacznie, że w naszym kraju od II wojny światowej istnieje tendencja do zwiększania liczby zatrudnionych urzędników. Jeśli w 1938 roku administracja II RP dysponowała 74,4 tys. etatów (podaje wg. Józefa Kosseckiego, Podstawy nowoczesnej nauki porównawczej o cywilizacjach, 2002, s. 114-131),  to obecnie w 1955 roku możemy mówić już o biurokracji zatrudniającej 362,4 tysięcy urzędników (w 1989 był lekki spadek - 260,7 tysięcy urzędników). A ilu obecnie jest urzędników w III RP?  Powyżej 700 tys. jak podają różne źródła (licząc biurokrację państwową i samorządy). Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy państwo stara się być największym organizatorem życia gospodarczego. Nota bene warto porównać liczby. II RP posiadała 74,4 tysiące urzędników (wraz z MSW). Pamiętajmy, iż można wiele zarzucić rządom sanacji w Polsce, ale administracja państwowa działała całkiem nieźle, bez telefonów komórkowych, bez internetu. Ówczesna administracja państwowa musiała radzić sobie z asymilacją mniejszości narodowych (Białorusini, Ukraińcy, Żydzi). Jeżeli dzisiejsza rozrośnięta biurokracja polska nie ma takowych problemów, to ma inne, a największą z nich jest własna niewydolność. Edukacja, wojsko, policja, wymiar sprawiedliwości, tudzież służba zdrowia opanowane są przez biurokratów w mundurach, togach i w kitlach, z których działalności nie ma tak naprawdę większego pożytku społecznego, poza tworzeniem i utrzymywaniem miejsc pracy, które działają zbawiennie na spadek bezrobocia.   

                  Ciągle aktualne jest stwierdzenie docenta Kosseckiego z początku XXI wieku:

       "Możemy powiedzieć, że następuje tendencja iż rządowa administracja centralna stara się kontrolować całość życia społeczno-gospodarczego, jednak nie poprzez bezpośrednie nakazy - jak to miało miejsce w PRL - lecz raczej poprzez normy prawne i ich egzekwowanie.  Głównym narzędziem biurokratycznej kontroli życia społeczno-gospodarczego są ustawy, których projekty najczęściej są przygotowywane przez biurokrację rządową, sejmową lub prezydencką. Można w związku z tym powiedzieć że dawny system nakazowo-rozdzielczy zastąpił system biurokratyczno-ustawowy, który propaganda nazywa państwem prawnym" (ibidem).

                  Groza rozrostu biurokracji polega na dwóch rzeczach. Pierwszym jest kradzież czasu, co jest specjalnością tejże struktury. Kradzież czasu demoralizuje obywateli i niszczy rozwój społeczny. Albowiem poprzez jak najdrobniejsze opanowanie czasu człowiek opanowuje samego siebie i wytwarza duchową siłę twórczą. Podając za Konecznym:

      "Wraz z opanowaniem czasu rozwija się etyka. Rodzi się pilność w imię oszczędzania czasu, zapobiegliwość, oszczędność [...], wreszcie poczucie obowiązku względem następnego pokolenia" (Koneczny F., Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej, 2001, s. 82-91).  

      Biurokracja swym bezproduktywnym mnożeniem norm i dokumentów zmusza obywateli do jałowego wysiłku, aby im podołać w życiu codziennym i zabija kulturę czynu.  Narzekamy często na postawę sędziów, policjantów,  lekarzy wobec reszty społeczeństwa, przysłowiową bezduszność, trzymanie się sztywne przepisów ... Dyrektor szpitala, którego jedynym celem powinno być zapewnienie jak najwyższych standardów leczenia dla pacjentów, częstokroć może być odwołany za przysłowiowe niejasności w dokumentacji na zakup określonych środków leczniczych itd. A bardzo łatwo o niejasności jeśli zcentralizowana i państwowa służba zdrowia tworzy kolejne przepisy mające regulować i kontrolować jej działanie. 

                  A drugim złem biurokracji jest to, że usprawiedliwia wszelkie swe nonsensy i ciągle się rozrasta. Rozrost biurokracji to oczywiście większa liczba zatrudnionych urzędników, którym trzeba wypłacić wynagrodzenia. Nie ma państwa na świecie, które byłoby w stanie zapłacić godziwe pobory rozrośniętej armii urzędników, co oczywiście pociąga za sobą możliwość korupcji, zawsze przekładającej się na anarchię życia państwowego, co widzieliśmy (i widzimy) na Ukrainie, gdzie łapówkarstwo było na porządku dziennym.

               Zakładając czysto teoretycznie, jeśli lekarze rezydencji wymusiliby na rządzie podniesienie dotacji państwowej dla Służby Zdrowia to co się stanie? Stanie się to, że zostaną powołane kolejne stanowiska urzędnicze do rozdysponowywania większej ilości środków.

       

      biurokracja2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lekarze rezydenci a problem biurokracji ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 października 2017 17:20
  • niedziela, 22 października 2017
    • Wojna rosyjsko-japońska a nauka porównawcza o cywilizacjach

                W latach 1904-1905 miała miejsce wojna rosyjsko-japońska, która zakończyła się niespodziewaną klęską caratu, mimo niewątpliwej przewagi Rosji nad Japonią. W 1900 roku Rosja produkowała około 2934 tys. ton surówki żelaza, a Japonia zaledwie 25 tys. ton surówki żelaza. Imperium rosyjskie na początku XX wieku zamieszkiwało około 130 milionów ludzi, a Cesarstwo Japonii prawdopodobnie posiadało  44 miliony mieszkańców. Abstrahując od błędów rosyjskiego dowództwa, wydłużenia rosyjskich linii komunikacyjnych na terenie Mandżurii, wsparcia Japonii na polu gospodarczo-politycznym przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, itd. warto zwrócić uwagę na przyczyny słabości państwa Romanowów na początku XX wieku.

       

                  Używając terminologii według Feliksa Konecznego, uważam Cesarstwo Rosyjskie tej doby za mieszankę cywilizacji turańskiej i bizantyjskiej. Rozumiejąc termin cywilizacja jako formę bytu zbiorowego, możliwie zwięźle należy wyjaśnić pojęcie cywilizacji turańskiej i bizantyjskiej. Pozwolę sobie zacytować docenta Józefa Kosseckiego (Kossecki J., Podstawy nowoczesnej nauki porównawczej o cywilizacjach, Warszawa 2002, s. 74):        

                  "W cywilizacji bizantyńskiej panuje zasada supremacji państwa nad społeczeństwem i prawa nad etyką. Źródłem prawa jest wola władcy państwa i wola wszechwładnej biurokracji, faktycznie nie kontrolowanej przez społeczeństwo i nie podlegającej etyce. Prowadzi to do względności prawa w zależności od sytuacji politycznej, woli władcy i woli biurokracji, a dalej do zaniku etyki nie tylko w życiu publicznym, lecz również w prywatnym. Z zasady podporządkowania społeczeństwa państwu, wyprowadza się w cywilizacji bizantyńskiej wniosek, o podporządkowaniu religii i wszelkiej ideologii potrzebom państwa. [...]. Charakterystyczną dla cywilizacji bizantyńskiej formą państwa jest państwo biurokratyczne, coraz bardziej bezetyczne i oderwane od życia, zatopione w sztucznych koncepcjach i papierowych fikcjach".

      Dodajmy, że specyfiką każdej biurokracji jest to, że urzędnicy niższych szczebli starają się w pewnym momencie prokurować raporty w ten sposób, aby były one akceptowane przez zwierzchników, którzy oczekują meldunków odpowiadających ich apriorycznym założeniom (ergo, biurokracja rządzi się fikcją).

                  Określając cywilizacje turańską, można powiedzieć w dużym skrócie, że całe życie prawno-społeczne oparte jest na rozszerzonym prawie prywatnym panującego (skrajny monizm prawny), czyli, że wszystko w państwie należy do władcy i o każdym aspekcie życia zbiorowego decyduje władca, w interesie swoim i swoich mandatariuszy.

       

                  Specyfiką imperium rosyjskiego była biurokracja starająca się rządzić olbrzymim, różnorodnym, historycznie nieskonsolidowanym państwem w systemie centralistycznym, zbierającym w stolicy najdrobniejsze sprawy całego imperium. Jej odpowiedzialność przed samowładnym monarchą stawała się na początku XX wieku czysto formalna, a rozrost biurokracji powodował brak łączności społeczeństwa z rządem. Podczas reform Aleksandra II w szeregi aparatu biurokratycznego zaczęli wstępować przedstawiciele niższych warstw społecznych (spoza szlachty) np. synowie niższego duchowieństwa, dla których wspinanie się po szczeblach kariery urzędniczej było jedyną szansą awansu społecznego. Ludzie ci byli również zainteresowani w kierowaniu polityki państwa ku nowym podbojom, gdzie powstawały dodatkowe możliwości dla urzędniczej kariery. Pamiętajmy, że specyfiką biurokracji rosyjskiej (nie chce używać terminu administracja mającego wydźwięk pozytywny), było tzw. czynownictwo, pozwalające na sprawowanie swej funkcji dożywotnio, wbrew posiadanym, tudzież nieposiadanym umiejętnościom. Nic dziwnego zatem, że ta cała machina biurokratyczna wraz ze starą arystokracją posiadającą olbrzymie posiadłości ziemskie oraz piastującą najwyższe urzędy w państwie, była najlepszym orędownikiem zachowania tzw. samodzierżawia.

       

                  A jak się to miało do wojny z Japonią? Po pierwsze, stanowiska urzędnicze, a stanowiska konstruktorów okrętowych do nich należały, zajmowały osoby nie o najwyższych zdolnościach, ale o najwyższym stażu służbowym, gdzie o randze urzędnika państwowego nie decydowały jego zdolności, ale wysługa lat. Inżynierowie-urzędnicy, nieusuwalni ze swoich funkcji z powodów wspomnianych powyżej, wykształcili się jeszcze w trakcie dominacji flot żaglowych i nie mieli pojęcia o najnowszych trendach rozwoju floty parowej. Co więcej, nie lubili poszerzać z reguły swej wiedzy, ponieważ spetryfikowany system biurokratyczny zapewniał im pracę do końca życia. Ich dzieła to:

      - np. seria pancerników typu Borodino („Borodino”, „Orzeł”, „Kniaź Suworow”). Okręty te zostały nadmierne przeciążone, a główny pancerny pas burtowy na skutek złych obliczeń wypornościowych był za bardzo zanurzony pod wodę. Bitwa pod Cuszimą wykazała, że pancerniki tego typu przewracały się, gdy uszkodzenia im zadane nie powodowały jeszcze samego zatopienia

      - np. trzy wysokoburtowe pancerniki: „Pierieswiet, „Pobieda” „Oslabja”. Owe jednostki (bazujące na francuskiej myśli konstrukcyjnej) miały wysoko umieszczone uzbrojenie, były mało stateczne i przewracały się, jeśli na skutek trafienia kadłuba dostawała się do niego nawet niewielka ilość wody.  Summa summarum tonęły z powodu braku grodzi wodoszczelnych.

      - warto jeszcze dodać, że większość okrętów marynarki rosyjskiej wyprodukowanej w rodzimych stoczniach posiadała niskiej jakości opancerzenie, siłownię i przysłowiowo już wadliwe instalacje elektryczne i hydrauliczne. Wszystkie te braki były pokłosiem bizantynizmu (jako zjawiska kulturowego, tak powiedzmy), który zabija etykę pracy, a jakość wytworzonego produktu ginie w mrowiu dokumentów, certyfikujących stan wytworzonego produktu bez zgodności z jego faktyczną jakością finalną.

      - kolejną cechą ujemną bizantyjskiej biurokracji jest wydłużanie produkcji połączone z marnotrawstwem sił i środków, czego dowodzi przykład krążownika „Aurora”, budowanego sześć lat w stoczni w Petersburgu, podczas kiedy o tej samej wyporności krążownik „Bogatyr” wybudowano w ciągu dwóch lat w stoczni niemieckiej w Szczecinie.

       

                  Na nienajlepszy, delikatnie mówiąc, stan przygotowania Eskadry Oceanu Spokojnego, wpływ miały rządy wiceadmirała Eugeniusza  (Jewgienija) Aleksiejewa, namiestnika Dalekiego Wschodu. Aleksiejew był typowym biurokratą w mundurze i nie miał większego pojęcia o sprawach stricte wojskowych. Bardziej interesowały go liczby i zestawienia, niż faktyczny stan podległej mu floty pogrążonej w apatii i zaniedbaniu. Część okrętów nie nadawała się w ogóle do użytku, brakowało doków i warsztatów do reperacji jednostek, a załogi okrętów pozbawione były jakiegokolwiek wyszkolenia taktycznego. Dodatkowo Eugeniusz Aleksiejew dławił jakąkolwiek oddolną inicjatywę podległych mu dowódców, chcąc kontrolować wszystko. Nawet rozpoczęcie ćwiczeń w strzelaniu załóg okrętowych uzależnione było od pisemnej zgody namiestnika, na którą swoje trzeba było odczekać. Powodowało to marazm i zabijało chęć działania. Często oficer, który zgłaszał namiestnikowi jakiś projekt, po paru dniach dostawał jego zwrot z osobistym dopiskiem na marginesie samego Aleksiejewa: "Nie, jeszcze nie". Aleksiejewowi nie można było odmówić pracowitości i patriotyzmu, ale był tak naprawdę pracowitym dyletantem, najgorszym z możliwego zła, które daje w swej spuściźnie bizantynizm. A mechanizm bizantynizmu zabija kulturę czynu.

                  I dlaczego Japonii udało pokonać się Rosję ? Pamiętając o wielkim bohaterstwie carskiego żołnierza w Mandżurii, hektolitrach japońskiej krwi, które wsiąknęły we wzgórza okalające Port-Artur, Japonia zwyciężyła (co prawda ostatnim tchem) z racji lepszego ustroju swojego państwa. Cesarstwo Japonii, które na początku XX wieku funkcjonowało wedle najlepszych wzorców cywilizacji chińskiej (wedle Konecznego), okazało swoją wyższość nad biurokratyczną machiną mieszanki turańsko-bizantyjskiej państwa rosyjskiego. Pamiętajmy, że kultura japońska kręgu cywilizacji chińskiej charakteryzuje się wysoką dyscypliną społeczeństwa na rzecz władzy oraz bardzo silnym poczuciem etyki na szczeblu rodziny/rodu. Gdy w cywilizacji bizantyjskiej państwo opiera się na biurokracji, to w cywilizacji chińskiej państwo korzysta ze społeczeństwa i jego etyki, co zaowocowało pewnym wyrównaniem niedostatków materialnych w konfrontacji z potężniejszą Rosją.

                  Kiedy generał Maresuke Nogi składał cesarzowi oficjalny raport dotyczący strat japońskich w wojnie (sam dowodził krwawym oblężeniem Port-Artura), padł na kolana przed suwerenem i prosił o wybaczenie za utratę dziesiątek tysięcy żołnierzy. Car Mikołaj II natomiast, zapoznawszy się z nieprzychylnymi komentarzami prasy na temat ostatecznej zagłady rosyjskiej floty pod Cuszimą, niczym mongolski chan miał parsknąć:

      "Czego chce ta hołota, przecież to moje okręty!"

       

      classic1920

      Francuska karykatura z 1904 roku ilustrująca potencjały walczących stron (źródło: domena publiczna)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 października 2017 22:20
  • czwartek, 19 października 2017
    • Dlaczego Katalonia wychodzi?

               httpswww.fly4free.plwpcontentuploads201605bclona.jpg1

       

         W ostatnich tygodniach tematem numer jeden stosunków politycznych na starym kontynencie jest sprawa ewentualnej secesji Katalonii. W polskich mediach pojawiły się  następujące trafne spostrzeżenia  analityków i publicystów:

       

      -  silne partykularyzmy hiszpańskie są wynikiem historii samej Hiszpanii. Jako jednolity twór polityczny Hiszpania pojawiła się dopiero w 1492 roku na skutek ożenku Izabelli Kastylijskiej z Ferdynandem Aragońskim (w skład królestwa Ferdynanda wchodziły tereny dzisiejszej Katalonii w ramach hrabstwa Barcelony, którego autonomię zlikwidowano ostatecznie w 1714 roku).

      - język kataloński, zbliżony do języka okcytańskiego, którym mówiono w średniowiecznej Langwedocji, wzmacnia poczucie separatyzmu. Ponadto same nastroje secesjonistyczne są wynikiem zezwalania przez rząd w Madrycie w ciągu ostatnich 20 lat na wzrost lokalnego nacjonalizmu, który momentami przyjmował bardzo zwulgaryzowaną formę w postaci prześladowania języka hiszpańskiego na rzecz katalońskiego.

      - sama chęć odłączenia się od Hiszpanii wśród znacznej części katalońskiej społeczności jest stymulowana przez miejscowe elity polityczne, chcące uniknąć odpowiedzialności karnej za  prawdopodobne malwersacje finansowe.

      - ewentualna secesja jest po części wynikiem bardzo dużej decentralizacji państwa, przejawiającej się w rozbudowanym na wzór bizantyjski  systemie samorządowym. Ów system jest typowo biurokratyczny i tym samym bardzo zawikłany w swych mechanizmach decyzyjnych, co przekłada się na brak transparentności i zwiększenie korupcji.

      - specyfika katalońskiego nacjonalizmu polega na tym, że lokalne elity polityczne, jak i większość społeczeństwa Katalonii, ma wyraźne zapatrywania lewicowe, a sama gospodarka katalońska nie pozbyła się elementu industrialnego, w przeciwieństwie do reszty Hiszpanii.

      - wreszcie zmitologizowany wpływ Kremla na podgrzewanie nastrojów separatystycznych trzeba rozpatrywać z rezerwą, aczkolwiek nie można go wykluczyć zupełnie, gdyż w interesie rosyjskim jest osłabianie państw europejskich, na rzecz wzrastania znaczenia Niemiec, postrzeganego przez elity rosyjskie jako główny partner europejski

       

                  Zgadzając się z powyższymi uwagami, moim zdaniem, warto jednak wspomnieć o jeszcze innej rzeczy. Obecnie na świecie mamy jednak do czynienia z bezprecedensowym wzrostem potęgi Chińskiej Republiki Ludowej  kosztem Stanów Zjednoczonych. Powoduje to powoli zmierzch idei globalizmu i kosmopolityzmu lansowanego przez USA i likwidację tym samym  świata z jednym  hegemonem. Racjonalne elity chińskie nie mają aspiracji do zostania omnipotentnym żandarmem globu w miejsce USA. Niemniej jednak, ów złożony proces polegający na ograniczaniu wpływów Ameryki na sprawy świata będzie powodował swoisty renesans poszczególnych narodów. Nastąpi wzrost świadomości narodowej zwłaszcza w Europie, który może również przekładać się na wzrost lokalnych partykularyzmów europejskich. Akceleratorem niezadowolenia społecznego będzie kryzys emigracyjny oraz wywołane nim dążenie do podwyższania podatków w celu zapewnienia osłon socjalnych przybyszom, których wkład w gospodarkę europejską będzie znikomy lub żaden. Obecnie społeczeństwa Europy Zachodniej, w większości indyferentne religijnie i liberalne w swoim światopoglądzie, wrażliwe są jedynie na bodźce ekonomiczne. Wzrastające podatki idące w parze niemożnością asymilacji dużych grup odmiennych cywilizacyjnie przybyszów, spowodują w końcu masowe niezadowolenie społeczne. Zwłaszcza w dobie rewolucji informatycznej ulegnie zniszczeniu zhierarchizowana bizantyjska machina biurokratyczna w wydaniu państw członkowskich Unii Europejskiej. Dodajmy, że cały system gospodarczo-społeczny obecnej Unii polegający na ścisłym sojuszu oligarchii biurokratycznej wraz z szeroko rozumianą oligarchią bankową będzie powoli kruszeć. Sojusz ten ubrany w płaszcz ideologii liberalno-wolnomularskiej (czego jednym z wyrazów jest multu-kulti) podbitego lewicowymi hasłami troski o ludzi pracy, miał na celu stworzenie swoistego feudalizmu gospodarczego kosztem zniszczenia ostoi obywatelskości, czyli klasy średniej. Przykładem, że ów sojusz może być zagrożony, jest zwycięstwo Donalda Trumpa wyborach prezydenckich, na którego w większości oddała głosy skrwawiona, amerykańska klasa średnia.

       

                  Uważam, że wspomniane powyżej procesy wywołały po części wrzenie społeczne w Katalonii. Abstrahując od tego, czy większość Katalończyków chce odłączenia i czy faktycznie do tego odłączenia dojdzie, mamy do czynienia z wyraźnie szerokim niezadowoleniem wobec rządu w Madrycie.  Problemy gospodarcze oraz szeroko rozumiane  problemy z niekontrolowaną imigracją powodują, że poszczególne społeczności, mające poczucie odmiennej narodowości, będą szukać zmiany niekorzystnego dla nich systemu politycznego, jeżeli rząd centralny nie będzie rozwiązywał ich problemów. Nieważnym jest, czy społeczności te są politycznie mocno lewicowe, czy mogą być ostoją pozostałości cywilizacji łacińskiej, jak choćby niemiecka Bawaria. Argument ekonomiczny może być początkiem budzenia się pewnej świadomości sprzeciwu. Albowiem poszczególne aktualne elity polityczne  państw unijnych, w większości zbizantynizowane w swej strukturze,  wierzą we własną propagandę sukcesu i są niezdolne do żadnej auto-reformy. Wyżej wymienione elity oparte o rozrośnięte struktury biurokratyczne, podporządkowują wszystkie względy merytoryczne wymogom biurokratyczno-prawnym i bardzo nie lubią spojrzeć trzeźwo na rzeczywistość.

       

                  Kończąc, w najbliższych latach w poszczególnych regionach Europy Zachodniej może nastąpić wzrost świadomości narodowościowej jako sprzeciw wobec unijnej cywilizacji bizantyjskiej, która przestaje gwarantować już pomyślności materialną oraz bezpieczeństwo.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Dlaczego Katalonia wychodzi?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 października 2017 16:19
  • środa, 18 października 2017
    • Uważam się za konserwatystę

                  Uważam się za konserwatystę. Jednym z wyróżników bycia konserwatystą jest przekonanie o własnej ograniczoności. Konserwatysta w odróżnieniu od skrajnego liberała tudzież socjalisty, nie uważa, że posiadł panaceum na wszystkie problemy dotykające ludzkość. Uważam, tak jak Pan profesor Legutko, że liberalizm i socjalizm to tak naprawdę ten sam pień ideologiczny i sposób myślenia, tylko w innej szacie.

       

                  Konserwatysta jest ostrożny z wydawaniem osądów ad hoc, konserwatysta najpierw obserwuje, wyciąga wnioski, analizuje otoczenie, tworzy ze swych analiz syntezę i przystępuję do działania. Innymi słowy myśli aposteriorycznie, a aposterioryzm jak zauważył wielki Feliks Koneczny, jest nieodzowną cechą cywilizacji łacińskiej. Konserwatysta gardzi myśleniem apriorycznym, które niczym gejzer wytryska z głów różnych przedstawicieli ideologii neoliberalnej, czy też lewicowej. Oni wiedzą wszystko, i mają na wszystko od razu panaceum. Nie chce już cofać się do Lenina, który chciał tworzyć lepszą ludzkość, nowego człowieka radzieckiego i jak ktoś trafnie zauważył, kochał generalnie całą ludzkość przez opary nienawiści. Neoliberałowie i lewacy wiedzą wszystko lepiej i gotowi są zmieść każdego w imię walki z zabobonem i ciemnotą. Bo przecież są pewni, że tylko oni mają rację. Pamiętam  słowa wypowiedziane przez Prezydenta Billa Clintona (jego poglądy polityczne i jak i jego małżonki doskonale można przypisać do tego co napisałem powyżej), że najlepszym sposobem zakończenia wojny w Bośni i Hercegowinie jest skłonienie wszystkim walczących stron do handlowania ze sobą. Proste prawda? Na tym polega idea liberalizmu. Ślepa wiara w prymat gospodarki (po pierwsze gospodarka głupcze !) i w to,  że każdy człowiek jest dobry, jeśli staje się zły, to wina otoczenia. Generalnie ludzie owładnięci ideologią lewicową przejawiają dużą niechęć do spokojnej, rzeczowej analizy i wolnego obiegu informacji. Co więcej, zakażeni są biurokracją, immanentną cechą cywilizacji bizantyjskiej,  święcie wierzą, że kolejna ustawa będzie najlepszym lekarstwem na postępującą chorobę całego systemu, czyli najlepsza obroną przeciw terroryzmowi jest napisanie kolejnej ustawy o zwalczaniu terroryzmu.

       

                  Konserwatysta twierdzi, że każdy człowiek jest ułomny, czego wynikiem jest grzech pierworodny tkwiący w każdym z nas. A grzech pierworodny jest przyćmieniem zdolności rozumu do poznawania prawdy – pozostając pod wpływem namiętności wypracowuje fałszywe obrazy dobra. Innymi słowy, człowiek bywa głupi i wszystkiego nie jest w stanie objąć rozumem, a jak rozum mu zawodzi czasem, bo jest tylko człowiekiem, to budzą sie upiory. Oczywiście skrajny lewak wybuchnie gniewem, no bo gardzi religią w ogóle jako przeżytkiem, a apoteozą jego przekonań jest pewność o własnej nieomylności.  Lewak rzuci mi się do gardła, gdy powiem mu, że sam traktuje swoje poglądy jako prawdę objawioną i jest fanatykiem religijnym, tak jak religią wielu środowisk lewicowych po dziś dzień jest komunizm. Podkreślam komunizm, który rozumiem jako leninizm (być może jakiś znawca tematu wskazałby bardziej na trockizm), jaki z pierwotnym marksizmem wywodzącym się z kręgu cywilizacji łacińskiej (mam duży szacunek do Marksa) nie miał wiele wspólnego.  O stalinizmie, który był turańszczyzną w czerwonej szacie wymieszaną z rosyjskim szowinizmem narodowym,  nawet nie chce wspominać.

       

                  A ja chce pozostać przedstawicielem cywilizacji łacińskiej i katolikiem, ponieważ katolicyzm jest jedyną religią na świecie, gdzie wierny do Objawienia musi dojść swym rozumem, a wiara jego utwierdza się poprzez logiczne myślenie, czego nie ma np. w  kościołach wschodnich, gdzie wierny musi tylko wierzyć i koniec. Lewak, czy tak zwany neoliberał, też bezgranicznie wierzy w co tworzy, nie bacząc na zgliszcza które zostawia wszędzie swym bezmyślnym działaniem. Liberał jest bezideowy, tzn. wierzy, ale tylko w zysk i bodźce ekonomiczne. Jemu mogę odpowiedzieć: Po pierwsze etyka głupcze, ponieważ to ona stymuluję gospodarkę i wpływa na  zasobność mojego portfela. Pogoń za zyskiem jest złudna i na dłuższą metę doprowadzić do straty majątku, a nie jego pomnożenia. Popatrzcie na wielu spłukanych graczy na giełdzie, którzy gonili za łatwym zyskiem. Konserwatysta wierzy, że praca musi być twórcza i mieć swój cel, a sam zysk, oczywiście chce żeby był wysoki, jest tylko ubocznym działaniem całego procesu. Dajmy  na to John. D. Rockfeller dorobił się fortuny ponieważ miał na celu dostarczania klientom taniego, dobrego oświetlenia, lamp naftowych. Ford z kolei chciał, aby każdy Amerykanin mógł sobie pozwolić na tani samochód, produkowany w jego zakładach. Ani jeden. ani drugi nie byli naiwnymi altruistami, ale chcieli uczciwie spełnić oczekiwania społeczeństwa potrzebującego takich produktów. Dzięki Bogu nie byli także idealistami i nie marzyli o płynącej w rzekach lemoniadzie i uszczęśliwianiu na siłę całej ludzkości. Ludzkość chcieli uszczęśliwić bolszewicy, ale czy można podzielać ich wizję szczęścia.

       Tak więc jestem konserwatystą.

       mm

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Uważam się za konserwatystę ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      środa, 18 października 2017 19:24
    • Bitwa nad Kaczawą w 1813 roku

      Kampania roku 1813

                  Po klęsce Wielkiej Armii liczącej przeszło 675 tys. żołnierza, cesarz Francuzów ścigany przez  rosyjskie i pruskie wojska,  w kwietniu 1813 roku zdołał oprzeć swoją odtworzoną armię na Łabie i zadać kilka bolesnych ran swoim wrogom. Zwycięstwa Napoleona odniesione w bitwach pod Budziszynem i Lützen uświadomiły jego przeciwnikom, że Bóg Wojny nie zamierza jeszcze składać broni i pozostaje ciągle groźnym i niebezpiecznym. Obie walczące strony potrzebowały wytchnienia. Prusacy nie byli w stanie w pełni nadać wartości bojowej swoim siłom zbrojnym, które ciągle reformowali po upokarzającej klęsce z lat 1806-1807. Rosjanie natomiast uzupełniali ogromne straty w swych szeregach podczas odpierania rok wcześniej francuskiej inwazji (można przyjąć, że z szeregów Wielkiej Armii w trakcie kampanii rosyjskiej ubyło w 1812 roku około 500 tys. ludzi (400 tys. zabitych oraz 100 tys. jeńców). Podobnie Rosjanie, jak się zakłada, stracili w czasie całej kampanii około 400 tys. ludzi). Francuski sztab rozpaczliwie starający się łatać braki kadrowe odtwarzanej armii, borykał się przede wszystkim z niedostatkiem kawalerii, której niedostatek nie pozwalał w pełni wykorzystać owoców ostatnich zwycięstw.

                  W czerwcu w zmaganiach nastąpił rozejm. Napoleon, licząc na mediację Austrii i swego teścia cesarza Franciszka, łudził się, iż pokój zostanie zawarty. Niemniej jednak wykorzystał przerwę w działaniach wojennych do wzmocnienia swych sił. Podobnie nie próżnowali Sprzymierzeni. Wsparci ponownie przez Anglię i jej zasoby finansowe, chcieli ostatecznie pokonać Francję i pozbawić ją zdobyczy terytorialnych po 1792 roku. Kruchy rozejm został zerwany, a 12 sierpnia Austria wypowiedziała Francji wojnę.

                  Stojąc przed rozpoczęciem nowej kampanii francuscy planiści zakładali, że rzeka Łaba jest najważniejszym punktem strategicznym na kontrolowanym przez nich terytorium. W środkowym biegu rzeki obsadzono silnymi garnizonami i umocniono twierdze w Torgau, Wittenberdze i Magdeburgu. Biegu dolnej Łaby broniła twierdza w Hamburgu, a sam cesarz rozłożył się z siłami głównymi pod Dreznem. Wielka Armia została podzielona następująco: skrzydło północne tworzyła Armia Berlina (marszałek Oudinot) licząca 75 tys. żołnierzy i 208 dział. Południowe skrzydło należało do Armii Bobru (marszałek Ney), liczącej 130 tys. żołnierzy i 406 dział. Cesarz stanął na czele armii rezerwowej mającej w swych szeregach 210 tys. żołnierzy i 538 dział. Napoleon zamierzał bronić ziem swych niemieckich sojuszników i pobić oddzielnie każdą z armii Sprzymierzonych. Z kolei marszałek Oudinot miał za zadanie zaatakowanie Berlina na czele swej armii wspartej siłami garnizonu Hamburga (marszałek Davout).

                  Przeciwko sobie cesarz Francuzów miał następujące siły koalicji zgrupowane w trzy wielkie armie: Armia Północna licząca 125 tys. ludzi (były marszałek Francji Bernadotte) mającą osłaniać Berlin i zagrozić twierdzom francuskim w Magdeburgu i Hamburgu. Posiadająca w linii 110 tys. żołnierzy Armia Śląska (generał Blücher), której zadaniem była obrona Śląska i jego połączenia z ziemiami polskimi. Główną siłę stanowiła  zaś Armia Czeska licząca 230 tys. żołnierzy (generał Schwarzenberg). W oddali na tyłach operowała także Armia Polska (generał Bennigsen) z 60 tys. żołnierzy. Sprzymierzeni zakładali, że Armia Śląska zwiążę bojem Armię Bobru, a silna Armia Czeska zajmie Lipsk i odetnie Napoleona od linii komunikacyjnych z Francją. Koalicjanci pamiętni lekcji Budziszyna i Lützen nie zamierzali jednak walczyć w polu bezpośrednio z cesarzem, ale starać się podejmować walkę jedynie z francuskimi marszałkami.

                            

                  Francuska Armia Bobru składała się z pięciu korpusów: III korpus marszałka Neya, V korpus generała Lauristona, VI korpus marszałka Marmonta, XI korpus marszałka Macdonalda i II korpus kawalerii marszałka Sebastianiego. Korpusy były skoncentrowane pomiędzy miastami Legnicą i Złotoryją połączonymi rzeką Kaczawą, oraz Bolesławcem i Lwówkiem, przez które przepływała rzeka Bóbr. Wyżej wymienione rzeki miały stanowić naturalne punkty obrony. Napoleońskie dowództwo zakładało tym samym, że Armia Bobru nie oprze się skoncentrowanemu atakowi Sprzymierzonych. Cesarz nie przewidywał żadnych działań ofensywnych dla tego zgrupowania. W przyjętej koncepcji kampanii, Napoleon uważał Drezno i Saksonię za najważniejszy teatr działań i dlatego odwołał tam korpus Marmonta. W razie potrzeby, naciskane przez nieprzyjaciela czołowe oddziały Armii Bobru miały wycofać się za rzekę Bóbr i dokonać przegrupowania,  oczekując na posiłki armii rezerwowej prowadzonej przez niego samego. Armia Bobru w myśl pierwotnych zamierzeń Napoleona powinna utrzymać Dolny Śląsk, jako bazę przyszłego ataku na teren Księstwa Warszawskiego.

                  Z drugiej strony, sztab generała Barclaya de Tolly naczelnego dowódcy wojsk rosyjsko-pruskich na Śląsku powziął decyzję, że Armia Śląska pod wodzą Blüchera ma powstępować ostrożnie. Unikać bitwy z przeważającym przeciwnikiem, w razie czego wycofać się w kierunku Odry i Nysy. Gdyby główne siły francuskie zostały użyte w Saksonii, Blücher miał za zadanie nacierać na Złotoryję.

                  Podsumowując, cesarz Francji na początku sierpnia dysponował około 580 tys. wojska (nie licząc kontyngentu w Hiszpanii), mając przeciwko sobie około 790 tys. sił koalicji (Prusy: 270 tys. (z czego połowę sił stanowiła landwera), Rosja: 300 tys., Austria: 220 tys., kontyngent szwedzki, anglo-niemiecki i meklemburski: ok. 40 tys. Po stronie francuskiej, prawie 95 tys. pochodziło z kontyngentów sojuszniczych). Bezpośrednio w polu Napoleon mógł wystawić ok. 440 tys. wobec 510 tys. nieprzyjaciół (Prusy: 160 tys., Rosja: 185 tys., Austria: 130 tys., kontyngent szwedzki, anglo-niemiecki i meklemburski: ok. 40 tys.). Po odliczeniu z szeregu wrogów formacji kozackich oraz landwery nieprzydatnych w walnej bitwie, siły przeciwników pozostawały w zasadzie wyrównane.

       

      Teatr działań wojennych na Śląsku

                  Między 14 a 15 sierpnia Blücher podciągnął swoją armię w kierunku francuskich pozycji, wkraczając tym samym do ustalonej uprzednio strefy neutralnej i łamiąc warunki zawieszenia broni. Jako pretekst wykorzystał fakt, że Francuzi również przekraczali wcześniej swoją linię demarkacyjną dokonując rekwizycji żywności w okolicach Świerzawy i Środy Śląskiej. Wojna jeszcze formalnie nie była wznowiona i działania Blüchera spotkały się z gwałtownym sprzeciwem pruskiego komisarza ds. rozejmu, przebywającego na tym odcinku frontu. Stary pruski generał skitował te protesty słowami: "Dyplomatyczne błazenady i pisanie not musi się skończyć. Od teraz będę działać bez żadnych not".

                  15 sierpnia Amia Śląska była podzielona na trzy korpusy: na prawym skrzydle korpus gen. Sackena (był w okolicach Środy Śląskiej), w centrum korpus gen. Yorcka (rozlokowany między Strzegomiem a Jaworem) i korpus gen. Langerona na skrzydle lewym, pomiędzy Wleniem i Sobotą nad Bobrem (w skład sił dowodzonych przez gen. Langerona wchodził także wydzielony korpus gen. Pahlena, stanowiący oddzielną jednostkę operacyjną). Do pierwszej potyczki na tym teatrze działań doszło o godz. 3-ej rano 16 sierpnia, kiedy forpoczty korpusu gen. Langerona zaatakowały pod Wleniem francuskie posterunki broniące mostu nad Bobrem. 17 sierpnia cała Armia Śląska szykowała się już do natarcia: korpus Yorcka zgrupowany był pod Jaworem, korpus Sackena pod Ujazdem Górnym, korpus Langerona pod Bolkowem, a korpus Pahlena pod Jelenią Górą (wymienione powyżej rozlokowanie sił poszczególnych korpusów nie obejmuje lokalizacji awangard poszczególnych związków operacyjnych, rozlokowanych rzecz jasna, nieco przed siłami głównymi).

                  Ogólnie rzecz biorąc, pierwsze dni natarcia Armii Śląskiej zakończyły się sukcesem, a Armia Bobru zmuszona była wycofać się za rzekę. Gdyby Armia Czeska zdecydowała się wówczas współpracować lepiej z Blücherem, cały korpus Neya mógłby zostać zniszczony. Jednakże marszałek Ney mimo problemów z przeprowadzeniem koncentracji podległych mu sił, zdołał przeprawić całość swych wojsk przez Bóbr właściwie bez strat i dokonać przegrupowania. Blücher nieodpuszczał i kontynuował pościg przekraczając rzekę, licząc, że posuwająca się lewym brzegiem Łaby Armia Czeska zwiążę Armię Rezerwową Napoleona. Napoleon tymczasem snuł plany, to rozbicia pomiędzy Śląskiem a Saksonią Armii Czech, to odcięcia Armii Śląska Blüchera od sił głównych Barclaya de Tolly i zniszczenia go. Plany zaczęły się krystalizować i cesarz Francuzów zakładał zaatakowanie i zniszczenie armii Blüchera pomiędzy Lwówkiem, Bolesławcem i Złotoryją.

                  Nastał 21 sierpnia. Sprzymierzeni posiadali 100 tys. wojska na odcinku od Bolesławca do Złotoryi. Po drugiej stronie rzeki Bóbr czekała Armia Bobru wsparta przez wydzielone zgrupowanie wojsk wraz z gwardią cesarską, czyli razem około. 170-180 tys. ludzi. Blücher nic nie widział o sprawnej koncentracji sił francuskich i grożącym mu niebezpieczeństwie. Nie wiedział także, czy nieprzyjaciel cofa się, czy zamierza umocnić swoje pozycje i bronić się za rzeką. Natomiast  Napoleon zaatakował pod Lwówkiem, a Ney pod Bolesławcem. Sprzymierzeni cofnęli się. Blücher. który rozpoznał w porę całość rzuconych przeciw niemu sił, nie zamierzał trwać twardo na swoich pozycjach, ale rozkazał całości swych wojsk wycofywanie się przed silniejszym nieprzyjacielem. Wieczorem, cała Armia Śląska poza oddziałami osłonowymi, była zgrupowana na południe od Grodźca. Mimo odrzucenia nieprzyjaciela oficerowie francuscy zaczęli przewidywać niebezpieczeństwo ścigania wycofującego się w porządku przeciwnika: "Każdy krok Napoleona naprzód wydłużał jego linie operacyjne i wystawiał na działania dużych armii z Brandenburgii i Czech" (Opinia wyrażona przez saskiego majora von Odelebena). Francuzi mimo to ścigali straż tylną Armii Śląska, chociaż cesarz trafnie przewidział, że Blücher tym samym realizuje plan wiązania francuskich sił głównych, unikając zarazem walnego starcia. 22 sierpnia oddziały III korpusu Neya zdobyły Chojnów. Trzeba podkreślić, że obecność cesarza wlała nowego ducha w Armię Bobru i podniosła morale jej żołnierzy. Jednakże Napoleon 23 sierpnia na wieść o zbliżaniu się armii generała Schwarzenberga do Drezna, postanowił wracać na czele części oddziałów. Na Śląsku pozostały cztery korpusy: Neya, Lauristona, Macdonalda i II korpus kawalerii Sebastianiego, razem ok. 80 tys. ludzi.

                  Blücher mógł cofać się dalej za Złotoryję, ale wiedział, że dalszy odwrót działa fatalnie na morale jego armii. Nie zawierzał też do końca meldunkom zwiadu, że Napoleon wraz z gwardią i korpusem Marmonta wycofał się do Drezna. Wcześniejsze wypadki i niespodziewane przybycie cesarza Francuzów na czele posiłków na śląski teatr działań wojennych  zalecało ostrożność. I ostrożność przeważyła u starego pruskiego generała, który postanowił zająć pozycje obronne w okolicach Złotoryi. Francuzi w krwawych walkach wyparli jednak stamtąd siły koalicji (walki stoczone pod Złotoryją dnia 23 sierpnia kosztowały Sprzymierzonych 4000 ludzi (zabitych, rannych, zaginionych, jeńców). W dniach 21-23 Prusacy i Rosjanie mieli stracić 6000-7000 ludzi, podczas gdy Francuzi w okresie 17-23 sierpnia 6000 ludzi). W poszczególnych korpusach Armii Śląska zaczęła narastać frustracja i zniechęcenie. Oficerowie oraz żołnierze byli znużenia ciągłymi marszami i kontrmarszami. Dał temu wyraz generał Langeron określając zarządzenia kwatery głównej jako "dziecinną zabawę" kosztem życia jego podkomendnych. W szeregi zaczął wkradać się chaos. Blücher skłonny był zatrzymać cofające się korpusy, jednakże rozkazy kwatery głównej z 24 sierpnia nakazały ponowne cofanie się. Sztabowcy Sprzymierzonych obawiali się bowiem obecności samego Napoleona z armią na Śląsku. Jednakże Francuzi nie następowali już zbyt energicznie, zatem Blücher zdecydował się na danie dnia odpoczynku umęczonym oddziałom, które w ciągu ośmiu dni dwukrotnie pokonały odległość między Kaczawą a Bobrem. Aprowizacja była bardzo zła. Dawały o sobie znać straty marszowe, bardziej dotkliwe niż straty w boju. Pewien oficer litewskiego pułku dragonów napisał w liście: "Życzę sobie każdego dnia nieprzyjacielskiej kuli, która zakończy ten marny byt [...] Od trzech dni żyję tylko jedną spleśniałą kromką chleba. Konie wyglądają jak wędrujące szkielety, już od długiego czasu nie wiedzą jak wygląda owies [...]".

                  Wśród dowódców Armii Śląska dały o sobie znać niesnaski. Langeron był wściekły na Blüchera. Jego agresywna ponad tygodniowa  kampania spowodowała, że armia w zasadzie znalazła się na pozycjach wyjściowych, pomimo poniesionych strat. Generał Yorck miał podobną opinię. Blücher zaś uważał, że wykonanie powierzone mu zadanie wzorowo, gdyż naczelnym zadaniem dowodzonej przez niego Armii Śląska było wiązanie Armii Bobru i pozostawanie w nią w kontakcie bojowym. Sam jednak widział cenę tych działań i obniżanie wartości bojowej własnych oddziałów. Dlatego też wbrew instrukcjom generała Barclaya de Tolly postanowił wydać nieprzyjacielowi bitwę.

                  Sztab armii znajdował się obecnie w Jaworze. Tam Blüchera osobiście odwiedził generał Yorck i nie zważając, iż ma do czynienia z przełożonym, w ordynarnych słowach zarzucił mu nieudolność i bezcelowe wyniszczanie oddziałów. Wybuchła karczemna awantura, i obaj wyżsi oficerowie pozwolili sobie na uwagi względem siebie, nie licujące z godnością oficera. Wściekły Blücher zakończył kłótnię przypominając wrzaskiem, że to on jest dowódcą i ponosi odpowiedzialność za swoje działanie, a Yorck ma wykonywać powierzone mu rozkazy. Rozeźlony Yorck napisał wieczorem skargę do króla Prus, gdzie zawarł pyszne zdanie: "moja wyobraźnia jest zbyt ograniczona, by pojąć genialne zamiary naczelnego dowódcy, generała-porucznika Blüchera". Mylił się jednak, albowiem Blücher któremu wiele grzechów można zarzucić, z niestabilnością emocjonalną i szaleństwem włącznie, miał na tyle wyobraźni, iż wyobraził sobie, że dalsze czekanie na ruchy Francuzów grożą rozkładem całej armii.

                   W ścigające siły Blüchera francuskie oddziały, również wkradł się pewien nieporządek. Albowiem, przyszedł rozkaz z cesarskiej kwatery głównej do marszałka Neya, odwołujący go do Saksonii wraz z częścią powierzonych mu sił. Wymianę informacji w obrębie francuskiej armii utrudniała przewaga Sprzymierzonych w kawalerii, której podjazdy (zwłaszcza kozackie) skutecznie utrudniały płynny przepływ kurierów z rozkazami pomiędzy poszczególnymi, francuskimi korpusami. Macdonald spędził dwa dni bezczynnie pod Złotoryją, nie atakując w kierunku Jawora, ponieważ czekał na III korpus generała Souhama (który to generał decyzją cesarza, przejął dowodzenie nad korpusem po odwołanym Neyu) i II korpus kawalerii marszałka Sebastianiego. Ogółem 26 sierpnia Armia Bobru składała się z III korpusu Souhama, V korpusu Lauristona, XI korpusu Gerarda (generał objął dowodzenie korpusem za Macdonalda, zaś marszałek został teraz dowódcą całej armii). Sam Macdonald, będący ogólnie rzecz biorąc dobrym dowódcą, był pewny zwycięstwa. Jeszcze 25 sierpnia miał poinformować listownie cesarza: "bez względu na to, jakie siły staną naprzeciwko mnie, w każdej okoliczności pomaszeruję przeciwko nim bez wahania". Francuski dowódca uważał, że Blücherowi brakuje odwagi. Chciał wykorzystać także aktualne wysokie morale swej armii. Animuszu młodym francuskim rekrutom dodawały niedawne sukcesy oraz chwilowa obecność samego cesarza. Wzięci również do niewoli żołnierze pruskiej landwery robili jak najgorsze wrażenie, co skwitował sam Napoleon słowami: "szczególnie uspokaja fakt, że piechota wroga jest najgorszego gatunku".

                  Pewną nierozwagą ze strony francuskiego marszałka było nie ściągnięcie na czas trzech dywizji swojej armii operujących pomiędzy Lwówkiem, Gryfowem Śląskim i Jelenią Górą (były to następujące dywizje: 17 dyw. z korpusu Lauristona, 31 dyw. z korpus Gerarda, 39 dyw. z korpusu Souhama). Nie bacząc na to, Macdonald opracował plan polegający na uderzeniu na Jawor w dwóch kolumnach: V korpus Lauristona miał iść przez Świerzawę na Jawor, podczas gdy siły główne armii (III, XI i II korpus kawalerii) miały przekroczyć Kaczawę i Nysę po czym z lewego skrzydła nacierać na Jawor. Ze swej strony, Blücher rankiem 25 sierpnia nakazał zwiad kawalerii. Dostarczono meldunki, że Świerzawa i Wleń zostały opuszczone podobnie tak jak pozycje pod Legnicą i Krotoszycach. Tylko w Złotoryi zanotowano duże skupisko wojska. Pruskie dowództwo wywnioskowało, że nieprzyjaciel wycofał się na skrzydłach, ale pod Złotoryją pozostał z jeden, dwa korpusy wroga. Wydano rozkaz do natarcia, ale otrzymano następne meldunki od podjazdów, że między Złotoryją a Wojcieszynem są silne francuskie oddziały, a następne poruszają się z Chojnowa na Legnicę. Blücher skonstatował, że Napoleona nie ma już na Śląsku i można przejść do działań zaczepnych. Nie dowierzał temu rosyjski generał Langeron, który do końca obawiał się, że Napoleon jest w Złotoryi i zastanawiał się nad odwrotem swoich sił w kierunku Rogoźnicy, aby nie narażać niepotrzebnie swojego korpusu. Z kolei Yorck był z Blücherem serdecznie pokłócony i tylko Sacken poparł  plan natarcia naczelnego wodza. Obie armie chciały się nawzajem zaatakować, niepodejrzewając tego samego zamiaru u przeciwnika. Liczebność całości sił obojga stron w dniu rozpoczęcia bitwy była mniej więcej równa: mniej więcej po 65-70 tys. wojska.

       bitwa1

      Bitwa nad Kaczawą - atak rezerwowej i narodowej kawalerii pędzla Antona Hoffmanna (źródło: https://dolny-slask.org.pl/4474541,foto.html)

       

      Wrogie armie

                  Pospiesznie odtwarzane po nieszczęśliwej kampanii rosyjskiej wojsko francuskiej było generalnie słabo wyszkolone. Sformowane z nastolatków pułki bardzo źle znosiły długie marsze i wszelkie kłopoty z zaopatrzeniem. Także na polu bitwy umiejętności tej piechoty sprowadzały się z reguły do walki na bagnety w kolumnach batalionowych. Wyszkolenie strzeleckie, z którego słynęła niegdyś francuska piechota, stało teraz na niskim poziomie, zarówno, jeśli idzie o prowadzenie ognia salwowego w szyku liniowym, czworoboku jak i walkę w tyralierze. Niewiele lepiej było w pułkach lekkiej piechoty, które ze względu na brak czasu szkolono często według regulaminów piechoty liniowej. W armii francuskiej ponadto funkcjonowały tzw. pułki tymczasowe, formowane z oddzielnych batalionów z dwóch różnych pułków. Te specyficzne formacje powstały na skutek pośpiechu administracyjnego w odtwarzaniu armii. Generał Souham, w którego korpusie znalazło się kilka owych pułków, był wobec nich bardzo krytyczny, podkreślając chaos organizacyjny i nikły duch bojowy tych jednostek. Jednakże młodzi francuscy żołnierze, jak pokazała kampania, byli w stanie walczyć z wielkim, właściwym młodości poświęceniem, jednak po klęsce bardzo łatwo tracili morale. Powodowało to z reguły straty znacznie większe niż w walce, czego znakomitym przykładem był los Armii Bobru po bitwie nad Kaczawą. Na koniec należy wspomnieć o francuskiej artylerii, która dysponująca licznym, dobrym jakościowo sprzętem i fachową kadrą, zachowała podczas tej kampanii wysokie walory bojowe.

                  Z kolei armia rosyjska, co trzeba podkreślić, też cierpiała na duże braki kadrowe pod krwawej kampanii w 1812 roku. Rosyjscy piechurzy mimo dużej wytrzymałości i wysokiego morale, posiadali niedostateczne wyszkolenie strzeleckie (za wyjątkiem pułków piechoty lekkiej, względnie dobrze wyszkolonych). Rosyjscy oficerowie mieli często mgliste pojęcie o współdziałaniu poszczególnych rodzajów broni na polu bitwy, czym ustępowali swoim francuskim kolegom po fachu. Z kolei liniowe pułki armii pruskiej prezentowały wówczas dobry poziom wyszkolenia, co było zasługą reform powziętych w tej armii po upokarzających klęskach z lat 1806-1807. Wyjątkiem były pułki landwery, które nie mogły stanowić równorzędnego przeciwnika nawet dla świeżo przeszkolonych francuskich rekrutów. Wyposażenie batalionów tej formacji było fatalne. Żołnierze nie posiadali regularnych mundurów, a część z nich posiadała piki zamiast broni palnej. W lance uzbrojono także kawalerię landwery, jednakże zabrakło czasu na szkolenie się w ich posługiwaniu. Broń ta, jakże śmiertelna w ręku polskiego ułana, okazywała się zbędnym balastem dla surowego pruskiego rekruta. Trzeba jednak podkreślić, że Sprzymierzeni górowali nad Francuzami ilością kawalerii. Napoleon nie był w stanie szybko odtworzyć swojej jazdy po klęsce rosyjskiej. Odbijało się to na możliwości wykonywania rozpoznania oraz nie pozwalało cesarzowi Francuzów ostatecznie wykorzystywać swoich zwycięstw w kampanii w 1813 roku.

       

      Bitwa

                  Od rana 26 sierpnia lało jak z cebra. Nasiąknięta od wody gliniasta gleba stała się lepka i śliska. Żołnierze w błocie gubili buty. Było pochmurno i ciemno, widoczność była słaba. Blücher postanowił zaatakować pierwszy. Uważał, że Armia Bobru będzie bronić się za linią rzeki Kaczawy. Według jego planu, Sacken miał utrzymać front pod Legnicą, Yorck zaatakować domniemane centrum Francuzów gdzieś między Chojnowem a Legnicą, a Langeron miał związać siły wroga pod Złotoryją i osłaniać tyły Yorcka.

                  Francuski marszałek Macdonald natomiast zgrupował swoje siły pod Legnicą i Złotoryją. Zaplanował, aby brygada kawalerii oraz trzy dywizje korpusu Souhama obeszły okrężną drogą od północy Płaskowyż Janowicki, a korpus jazdy Sebastianiego miał iść wprost na płaskowyż. Korpus Lauristona otrzymał rozkaz maszerowania na Jawor. Korpus Gerarda miał znajdować się pomiędzy nimi. Generalnie francuski głównodowodzący spodziewał się spotkać całą armię Blüchera pod Jaworem. I siły Macdonalda wyprzedziły atak Blüchera, albowiem już o godz. 6-ej rano wojska francuskie zaczęły przemieszczać się w kierunku pozycji Sprzymierzonych.            

                  Pierwsze wystrzały tej bitwy zabrzmiały na południowy - zachód od Legnicy. Osłonowe oddziały pruskie z korpusu Yorcka trzymały tam pozycje pomiędzy wsiami: (patrząc od południa) Winnica - Krajów - Wilczyce -Krotoszyce - Szymanowice, mając za plecami rzekę Kaczawę. Na północ od Krajowa, pomiędzy Kaczawą a Nysą Szaloną, stacjonowała brygada kawalerii pułkownika Katzelera (Brandenburski pułk ułanów, wschodniopruski pułk kawalerii narodowej) oraz za Nysą Szaloną, pomiędzy Krajowem a Janowicami Dużymi, znajdował się śląski batalion grenadierów oraz dwa bataliony landwery (13. pułk śląski I brygady). Wszystkie siły były wsparte przez liczącą osiem 6-funtówek baterię artylerii rezerwowej Barenkamfa.   

                  O godz. 10:30 francuska kawaleria z korpusu Sebastianiego zaczęła spędzać awanposty brygady Katzelera rozstawione przed Krotoszycami i Wilczycami. Ulokowani we wsiach jegrzy przywitali Francuzów silnym ogniem zadając im duże straty, gdyż jak stwierdził jeden z obrońców: "Krzyk i zamieszanie pomieszały wszystkich nieprzyjaciół i uczyniły z nich tak dużą masę, że każdy strzał trafiał w cel". Mimo wsparcia ataku przez korpuśne baterie artylerii konnej, Prusacy będąc raptem w sile batalionu, nie dali się wyrzucić z zajmowanej pozycji. W efekcie chwilowo natarcie całego II-ego francuskiego korpusu zostało zatrzymane.

                  Tymczasem na pole walki w okolice Krotoszyna nadciągała już 36 dywizja piechoty stanowiąca szpicę XI korpusu Gerarda. Katzeler wycofał pospiesznie swoja brygadę jazdy za Nysę Szaloną, uchylając się tym samym od walki z piechurami. W porządku wycofali się również jegrzy z Krotoszyc, żeby nie zostać odciętymi przez coraz liczniejsze siły nieprzyjaciela. Jazda francuska zaczęła przekraczać pobliski most na Kaczawie. Marszałek Macdonald widząc w końcu otwarte przejście dla jazdy Sebastianiego, wydał instrukcję generałowi Gerardowi, aby jego korpus uchwycił również przeprawy na Nysie w rejonie pod Winnicą i Krajowem. Niemniej jednak mimo wypierania sił osłonowych Prusaków z racji swojej liczby, oddziały francuskie zaczęły wpadać na siebie powodując chaos. Zamieszanie wykorzystały szczupłe pruskie siły osłonowe z tego regionu, które w całości wycofały się za Nysę Szaloną.

                  Generał Yorck obserwujący dzielną postawę swojej awangardy nakazał jej jednak dalszy odwrót, gdyż dłuższy opór wobec bezwzględnej przewagi wroga groził całkowitym zniszczeniem szczupłych sił osłonowych. Po części wykorzystując wspomniane wcześniej zmieszanie się mas francuskiego wojska, rzuconego w zbyt wielkiej liczbie na niewielki stosunkowo teren (w linii prostej między Winnicą a Wilczycami jest ok. 6 km. Na tej szerokości, na obszarze pokrytym zabudową wiejską, terenem pagórkowatym, poprzecinanym korytami rzek oraz wąskimi wąwozami prowadzącymi na płaskowyż janowicki, przez co najmniej dwie i pół godziny operowało ok. 30 tys. piechoty i jazdy), pruskie oddziały wycofywały się dalej na wschód zachowując pełną wartość bojową. O godz. 14.30 pierwsze francuskie bataliony (pułki lekkiej piechoty 36 dywizji) zaczęły wchodzić na Płaskowyż Janowicki wraz ze  szwadronami jazdy. Rozmokły przez wcześniej padający deszcz teren, spowalniał przesuwanie się mas wojsk. Francuscy jeźdźcy, częściowo zostali zmuszeni zsiadać z koni i prowadzić swoje wierzchowce w górę zbocza za uzdy. Rozmiękła gleba utrudniała dodatkowo ustawianie armat na pozycje ogniowe. W wąskich przesmykach prowadzących od zachodniego zbocza na szczyt płaskowyżu zrobił się straszliwy tłok. Mimo to bataliony wchodzące w skład korpusu Gerarda zaczęły rozwijać się na wyżynie, a z trudem podciągnięte działa artylerii korpuśnej otworzyły ogień. Wycofane w porządku oddziały awangardy generała Yorcka zaczęli ponosić straty, a ostrzeliwującej wciąż Francuzów baterii Barenkamfa rozbito działo i haubice (jedna z francuskich kul armatnich powaliła aż 14 żołnierzy z batalionu majora Kempskiego wchodzącego w skład 6-ego śląskiego pułku piechoty landwery (II brygada). Świadczy to, że francuska bateria prowadziła ogień ukośny (albo starała się prowadzić ze względu na bardzo złą widoczność) względem wspomnianego batalionu. Starano się wówczas, aby kula armatnia przeszywała na wskroś cały szereg nieprzyjaciela). Generalnie, dzięki bohaterskiej postawie swych oddziałów czołowych oraz deszczu utrudniającym francuskie natarcie, Yorck miał czas i zdołał przygotować główne siły korpusu do odparcia nieprzyjaciela. Zgrupował je między Bienowicami i Warmątowicami.

                  Macdoland przygotowywał się na decydujący atak. Czekał na III korpus Souhama, który się spóźniał. Generał Souham nie rozpoznał wcześniej przepraw przez Kaczawę, nie mówiąc już o przygotowaniu mostów. Dodatkowo rozkaz wymarszu, na skutek złej komunikacji wynikającej z przewagi w polu kawalerii wroga utrudniającej ruch posłańcom z rozkazami, otrzymał z opóźnieniem. Korpus Souhama osiągnął dopiero gotowość do wymarszu o godz. 11:30, kiedy walka już trwała w najlepsze, a Prusacy pozrywali pobliskie mosty na Kaczawie. Souham zatem musiał kierować swoje oddziały do Krotoszyc, gdzie przeprawy zostały już uchwycone przez Francuzów.. Jak sam wspominał po bitwie: "było zgodne z intencją marszałka, aby nie działać w izolacji i nie zostać samotnie wciągniętym w walki, której korpusy miały unikać". Sam jednak nie zastosował się do tych intencji.

                  Gdy generał Souham przybył ze swoimi wojskami, chcąc uniknąć zmieszania swych sił z kawalerią Sebastianiego przy podejściu na pobliski płaskowyż, rozkazał rozproszyć swe oddziały. Jedną tylko dywizji skierował na odcinek Krotoszyce-Krajów (8 dywizja gen. Brayera), dwóm innym wraz z brygadą kawalerii (23 brygada lekkiej kawalerii) nakazał obejść płaskowyż dookoła i przekroczyć Kaczawę w jej niższym biegu (10 i 11 dywizja), a jednej dywizji pozostać w rezerwie pod Duninem (9 dywizja generała Delmasa). Do końca niewiadomo, czy był to świadomy błąd francuskiego dowódcy korpusu, czy na skutek rzęsistego deszczu utrudniającego widoczność i zmieszania się dużej ilości oddziałów przed płaskowyżem, nastąpił ogólny, niezaplanowany podział jego sił. Jak się później okazało, dowódcy dwóch francuskich dywizji korpusu Souhama (gen. Albert-10 dywizja, gen. Richard-11 dywizja) byli przekonani, że jeszcze przyjdzie im w sukurs 9 dywizja generała Delmasa, co nigdy nie nastąpiło.

                  A i tak na skutek tłoku pozostających już przed wejściem na płaskowyż francuskich jednostek, nie zdołano na czas przerzucić wszystkich dział artylerii korpuśnej oraz nie przeszła na drugą stronę rzeki 2 dywizja ciężkiej kawalerii generała Saint-Germain z korpusu Sebastianiego.

                  Złe warunki pogodowe spowodowały, że Blücher który przybył o godz. 14 tej na Płaskowyż Janowicki do korpusu Yorcka, nie był w stanie na początku rozpoznać należycie sytuacji.  Nadchodzące meldunki o coraz większej masie wojsk nieprzyjaciela wchodzących na Płaskowyż Janowicki przekonały go, że ma do czynienia z atakiem całości sił nieprzyjaciela. Stary Prusak pojął, że ma upragnioną bitwę i wróg sam przyszedł do niego. W jego głowie powstał genialny w swojej prostocie plan, że pozwoli wejść większej liczbie francuskich oddziałów na płaskowyż i następnie zepchnie je zdecydowanym, silnym atakiem. Cofający się Francuzi ostatecznie zostaliby zepchnięci ze stromego zbocza płaskowyżu w nurty Kaczawy i Nysy, co tylko dopełniłoby ich pogromu.

                  Yorck otrzymawszy od nielubianego Blüchera rozkaz ataku był poirytowany. Wykrzyczał do oficera, który przyniósł mu niniejszy rozkaz następujące słowa: "Niech Pan pojedzie do niego i powie, że z powodu deszczu nie mogę policzyć własnych palców". Cały korpus Yorcka ostatecznie został podciągnięty i uszykowany na linii Janowice Duże- Bienowice - Słup. Pruski generał przygotował natarcie w dwóch rzutach: VII i VIII brygada w pierwszym rzucie, I i II brygada w drugim rzucie. Aby nie tracić czasu, generał wydał rozkaz w kolumnach batalionowych (gwoli ciekawości, rok przed omawianą bitwą, armia pruska wprowadziła nowy regulamin, odrzucając stare założenia fryderycjańskiej taktyki liniowej. I tak wyszkolony na nową modłę pruski batalion regularnego pułku piechoty, potrafił z kolumny przejść w linię (wolny krok) w 2,1 min, a z linii w kolumnę w 1,3 min (dla porównania do roku 1806 r. przejście z kolumny w linię trwało 3,9 min, a z linii w kolumnę 3,8 min). Wedle ówczesnego pruskiego regulaminu, kompania piechoty krokiem przyspieszonym potrafiła teoretycznie przejść 70 m w ciągu minuty). Wspomniane warunki atmosferyczne i rozmiękła gleba utrudniały wykonywanie bardziej skomplikowanych manewrów, co kosztowałoby czas jaki Francuzi mogliby wykorzystać na podciągnięcie więcej sił na płaskowyż. Ponadto próba rozwinięcia batalionów w linię w rzęsistym deszczu mogłaby skończyć tragicznie dla spoistości szeregów zwłaszcza, że w skład korpusu Yorcka wchodziły niedoświadczone pułki landwery (4, 5, 6, 13, 14, 15 śląski pułk piechoty landwery). Co prawda, uformowanie się w kolumny narażało oddziały korpusu na większe straty ze strony ognia francuskiej artylerii strzelającej z płaskowyżu (w epoce napoleońskiej artyleria z reguły otwierała niezbyt intensywny ogień z odległości  750-420 m. Na dystansie 420-220 m zwiększano częstotliwość ostrzału i starano sie prowadzić ogień skrzydłowy kulami lub ogień kartaczowy. Poniżej 220 m używano już z reguły kartaczy. Przeciętna szybkostrzelność działa wynosiła dwie kule armatnie lub trzy kartacze na minutę z armat o niższym wagomiarze (6, 8-funtówki), chociaż posiadamy informacje z epoki, iż podczas ćwiczeń na ówczesnych poligonach potrafiono oddać do pięciu strzałów w ciągu minuty z lekkiej armaty, bez konieczności jej przetaczania). Niemniej jednak rzęsisty deszcz utrudniał prowadzenie celnego ognia na dłuższe dystanse.  Wreszcie sama arena nadchodzącej walki obejmująca lekko pofałdowany płaskowyż położony pomiędzy wsiami Janowice Duże, Kozice, Tyńczyk Legnicki, Warmątowice i Bienowcie była trudna do prowadzenia walki. Specyfika terenu,  z racji jego ukształtowania, wykluczała nawet przy dobrej pogodzie całkowite ogarnięcie jego wzrokiem, w celu właściwego rozpoznania sytuacji. Idące do ataku bataliony zagrzewał przybyły na ten odcinek sam Blücher słowami: "Dzieci teraz mam już dość Francuzów po tej stronie [rzeki], którym chcemy skopać dupy, aby im się zmienił kierunek wydalania. Teraz naprzód!"

                  Po godzinie 15-tej Yorck poderwał cały swój korpus do ataku. W okolicy Winnicy Górnej, 14. lekki pułk piechoty z brygady Meuniera (36 dywizja) został zaatakowany przez VIII brygadę Hünerbeina. Czołowe pruskie bataliony ostrzelane ogniem  artylerii poszły do wściekłej walki na bagnety. Intensywne coraz bardziej opady deszczu utrudniały prowadzenie skutecznego ognia karabinowego, w wyniku czego walka przerodziła się w krwawe starcia wręcz. Osaczony 3. batalion 14 lekkiego pułku piechoty został doszczętnie wybity, a pozostałe bataliony 14 pułku zaczęły cofać się w panice (żołnierze francuskiego batalionu bili się niezwykle mężnie do ostatka, także wzięto do niewoli tylko 7 oficerów i 165 żołnierzy. Bataliony brygady Meuniera na początku bitwy liczyły, jak się wydaje 500-550 ludzi (pełny etatowo batalion liczył 840 żołnierzy, w tym 18 oficerów). II batalion brandenburskiego pułku piechoty (VIII brygada), min. który walczył z francuskim batalionem, sam stracił 3 oficerów i 188 żołnierzy zabitych i rannych. Cała brygada Meuniera została zmuszona do wycofania i tylko pojawienie się kawalerii z II korpusu Sebastianiego uratowało ją od rozbicia.

                  Na wysokości Winnicy pruskie pułki z rezerwy kawaleryjskiej korpusu Yorcka pod wodzą pułkownika Jürgasa, wbiły się z impetem w szeregi wchodzącej mozolnie na płaskowyż jazdy francuskiej. Szwadrony Sebastianiego, które dopiero co mozolnie weszły na płaskowyż, nie zdołały się w większości uporządkować, dodatkowo zostały zmuszone do przyjęcia ataku szarżującego nieprzyjaciela w miejscu (w skład 4 dywizji lekkiej kawalerii korpusu Sebastianiego wchodziły pułki szaserów uzbrojone w karabinki, które mogły przyjąć szarżę Prusaków salwą ognia. W opisach epoki zachowało się mnóstwo opisów powodzenia lub niepowodzenia takiego rozwiązania taktycznego wobec szarżującego nieprzyjaciela. Na pewno formujące się na płaskowyżu francuskie szwadrony, w większości nie były w stanie wykonać kontrszarży. W regulaminach pruskich zalecano rozpoczynanie ataku kłusem w odległości 1500 kroków od nieprzyjaciela, z odległości 700-1000 kroków przejścia w galop. Szwadrony szarżowały najczęściej w dwuszeregowej linii. Jeśli atakowano w większej masie np. na szczeblu pułku, starano się stosować szyk zwarty. Generalnie, w tych czasach dowódcy kawalerii z obu stron cenili bardziej synchronizację ataku i zwartość szeregu od szybkości. W zasadzie w nielicznej ilości przypadków decydowano się prowadzić atak całej formacji cwałem. Legenda napoleońskiej jazdy, dowódca huzarów Lasalle, zalecał, aby własna jazda atakowała kłusem nieprzyjaciela jadącego na nią galopem, gdyż zbyt długo prowadzony atak galopem wprowadzał nieład w szeregach wroga, a kłus pozwalał zachować w pełni spoistość formacji). Jazda cesarska zaczęła się cofać, ale sami Prusacy zostali wkrótce odrzuceni przez nie dających się łatwo pokonać Francuzów. Wkrótce walczące ze sobą szwadrony wymieszały się w bitewnym zgiełku i padająca ulewa utrudniała momentami odróżnienie wrogów od przyjaciół. Przykładowo, 1. szwadron rotmistrza Norelley'ego ze wschodniopruskiego pułku kawalerii narodowej, został w pewnej chwili otoczony przez przeważające masy francuskich lansjerów. Rotmistrz nie stracił jednak głowy i okrzykiem Vive l'Empereur zmylił francuskich jeźdźców i zdołał tym samym  wycofać swoich ludzi do własnych linii. Pruscy kawalerzyści zajadle szarżowali na ustawiające się francuskiej działa, zagarniając wiele z nich na własne tyły, wybiwszy uprzednio ich obsługę.. Jak skwitował to jeden z uczestników szarży, oficer z litewskiego pułku dragonów: "[...] gdyby Francuzom udało się wyprowadzić tak znaczną liczbę dział i ustawić je w baterie, to zwycięstwo byłoby bardzo utrudnione, a może nawet niemożliwe". Bataliony francuskiej piechoty nie mogły czasami skutecznie wspomagać rąbanych pruskimi szablami artylerzystów, gdyż padający deszcz i wilgoć spowodowała, że większość ładunków karabinowych była nie do użytku (w piechocie napoleońskiej ładunek karabinowy składał się ze zwiniętej, papierowej tutki, zawierającej 25-27-gramową ołowianą kulę oraz 12,5 grama czarnego strzelniczego prochu. Ładunki były rozdawane żołnierzom w paczkach po 10 lub 15 sztuk i umieszczane w skórzanych ładownicach zawierających 3 lub 4 takie paczki). Czasem, aby ratować swych kolegów kanonierów, decydowały się na desperacki atak na bagnety przeciwko kawalerii wroga, jak 4. batalion 14 pułku lekkiej piechoty, któremu udało się obronić w walce wręcz działa jednej z baterii swego korpusu.

                  Koniec końców impet ataku kawalerii korpusu Yorcka zaczął słabnąć, zwłaszcza, wykonywały bez wsparcia własnej piechoty. Mściła się nierozwaga dowódcy kawalerii rezerwowej generała Jürgasa, który zaatakował w rejonie Winnicy nieco przedwcześnie, nie czekając na idącą z tyłu własną piechotę, mogącą przecież udzielić jego jeździe cennego wsparcia. Zmieszane na początku starcia szwadrony kawalerii Sebastianiego zaczęły dawać odpór nieprzyjacielowi spychając go. Masy francuskiej kawalerii zaczęły pod Bienowicami okrążać lewe skrzydło korpusu Yorcka. Prusacy zaczęli się cofać, a jeźdźcy napoleońscy wzmacniani ciągle przez wchodzące na płaskowyż posiłki, wsiedli Prusakom na karki i zaczęli spychać kawalerzystów na własną piechotę. Powtórzyła się sytuacja z początku starcia, tylko że teraz to francuscy dragoni i szaserzy wiedzieni impetem wpadali na pruskie działa wycinając kanonierów. Czołowe szwadrony zaczęły atakować bataliony VII i VIII brygady. Podobnie jak francuscy piechurzy, Prusacy nie mogąc strzelać z powodu zawilgoconych ładunków, zastawiali się bagnetami nałożonymi na karabiny, próbując w pośpiechu formować czworoboki. Mimo grząskiej i wilgotnej ziemi odbierającej jeździe możliwość rozpędzenia się, tak potrzebnego przy ataku na piechurów, 23 i 24 pułk szaserów (4 dywizja gen. Exelmansa) wbił się w szeregi batalionów VIII brygady (gen. Hünerbein). Początkowo pułki miały problem z wyrąbaniem sobie drogi przez ścianę bagnetów, w czym pomogli im szwoleżerowie-lansjerzy z 6 pułku, którzy swoimi długimi lancami wykłuli im drogę do środka poszczególnych czworoboków. Strzelcy konni urządzili prawdziwą rzeź wrogowi, w piętnaście minut zagarniając dziewięć armat i 200 jeńców, nie licząc zabitych i rannych Prusaków. Położenie brygady generała Hünerbeina zaczęło być krytyczne. Na szczęście uratowały go posiłki I brygady, ustawionej za nią w drugim rzucie. Muszkieterzy 1. i 2. wschodniopruskiego pułku z nastawionymi bagnetami natarli na francuskich szaserów, pod których uderzeniami coraz bardziej chwiała się VIII brygada. Zmęczeni strzelcy konni i lansjerzy mając przed sobą świeże masy nacierającej piechoty wycofali się. Yorck zaczął przeczuwać klęskę. Wysłany przez niego do Blüchera oficer miał mu oznajmić: "Bitwa nie idzie dobrze, pół baterii utracono, a pruska kawaleria narodowa doznała porażki". Głównodowodzący nie przejął się jednak takim drobiazgiem. Nakazał, aby Yorck uporządkował swoje siły i przygotował się do ponownego ataku.

                 

                  Blücher przed godziną 14-tą rozkazał atak rozłożonemu przy Warmątowicach korpusowi Sackena. Korpus rosyjskiego generała przyłączył się do prawego skrzydła korpusu Yorcka i uformował się w dwie linie. Do godziny 18-tej kiedy odpierano dywizję generała Exelmansa, Rosjanie stali bezczynnie ograniczając się tylko do pojedynku artyleryjskiego ze stojącą na przeciwko nich 2 dywizją lekkiej kawalerii generała d'Hurbala z korpusu Sebastianiego, czyli do pojedynku z bateriami artylerii konnej wchodzącymi w skład korpusu.

                  10 i 11 dywizja z korpusu Souhama wraz z 23 brygadą kawalerii, które wedle planu miały obejść od północy Płaskowyż Janowicki, dotarły dopiero na teatr działań w godzinach popołudniowych w okolice Smokowic. Dywizje przeprawiły się przez Kaczawę, nie niepokojone przez stojące na prawym skrzydle Sprzymierzonych oddziały korpusu Sackena. Kiedy Francuzi zbliżyli się do szeregów Rosjan, zostali ostrzelani przez ich artylerię. Francuska artyleria korpuśna odpowiedziała ogniem, a 23 brygada lekkiej kawalerii generała Beurmanna wykonała atak na prawy kraniec skrzydła korpusu Souhama. Francuscy jeźdźcy spędzili bez trudu Kozaków, ale zatrzymali się na czworobokach rosyjskiej piechoty. Generałowe Albert i Ricard rzucili swoje dywizje do niezbyt energicznego ataku, gdyż nie mogli rozpoznać aktualnej sytuacji militarnej na płaskowyżu.  Ponadto oczekiwali na dołączenie do nich 9 dywizji Delmasa, znajdującej się koniec końców pod Duninem. W gruncie rzeczy ich bierna postawa spowodowała, że w zasadzie niezagrożony od swojego prawego skrzydła cały korpus Sackena wraz z siłami  Yorcka, wykonał atak na  jazdę Sebastianiego. A należy pamiętać, że kawaleria Sebastianiego posiadała tylko wsparcie 8 dywizji korpusu Souhama i elementów 36 dywizji korpusu Gerarda. Kiedy dowódcy dywizji otrzymali meldunki o odwrocie swoich sił z płaskowyżu, wykonali w pełnym porządku odwrót przez bród w Smokowicach, w zasadzie nie atakowani przez Rosjan. Z korpusu najbardziej ucierpiał tylko  badeński pułk dragonów z 23 brygady kawalerii podczas przeprawy wpław przez rzekę. Plan marszałka Macdonalda, żeby trzy dywizje korpusu Souhama obeszły okrężną drogą od północy Płaskowyż Janowicki, został całkowicie niewykonany.

                  Świeży korpus Sackena wraz z chwytającymi drugi oddech brygadami korpusu Yorcka, wykonał uderzenie i bez trudu odepchnął zmęczone francuskie pułki kawaleryjskie. Nie było w tym dziwnego, ponieważ rzucono do walki całą kawalerię korpusu Yorcka, wspartej brygadami piechoty oraz trzy dywizje piechoty i dwie dywizje jazdy z korpusu Sackena. Zmęczone już poszczególne pułki II korpusu bez 2. ciężkiej dywizji kawalerii generała Saint Germain (która nie zdołała wejść na płaskowyż) wsparte tylko 8 dywizją piechoty Brayera i skrwawioną brygadą Meuniera, (36 dywizja), nie mogły długo dotrzymać pola atakującym. Francuska jazda biła się dzielnie, a własna piechota próbowała, jak tylko mogła, dawać jej wszelkie możliwe wsparcie. Ponownie wywiązała się rąbanina przez szarżujące na siebie i kontrszarżujące poszczególne pułki jazdy, które będąc odrzucone starały się chować za formacjami własnej piechoty. Bataliony, które nie mogły strzelać, atakowały na bagnety kawalerzystów. Jak zauważył jeden z uczestników tych zmagań: "To była specyficzna walka i gdyby chwilami nie zagrzmiały armaty, to można było rzeczywiście sądzić, że nie wynaleziono jeszcze prochu".

                  W końcu francuskie linie pękły, a żołnierze zaczęli się wycofywać. Jak wspominał po bitwie porucznik Joyet z 14. pułku dywizji Charpentiera, próbowano zebrać resztki brygady Meuniera "[...] ale powstała z tego jedynie masa wyglądająca jak czworobok, ale bez wartości". Zmęczona kawaleria nie mogła udzielić wsparcia piechocie i wkrótce pod naporem nieprzyjaciela prowizoryczny czworobok pękł. Nastąpił całkowity odwrót Francuzów z płaskowyżu.

                  Żołnierze napoleońscy zaczęli się cofać. Części formacji udzieliła się panika, część jednostek zachowała spoistość i wycofała się w porządku. Niektórzy próbowali forsować wezbrane od deszczu wody Nysy i Kaczawy. Nie było to najlepsze rozwiązanie, czego przykładem byli kawalerzyści z badeńskiego pułku dragonów (23 brygada lekkiej kawalerii), których wielu utonęło w rzece. Piechota i jazda rzuciła się również w wąskie i strome wąwozy, aby wydostać się z płaskowyżu. Miejscami porzucano armaty i jaszcze amunicyjne. Przy ucieczce użyto także drewnianych mostów w Krajowie i Smokowicach. Ogólnie można przyjąć, że pruskie dowództwo miało możliwość zniszczenia podczas odwrotu części korpusu Gerarda i całości sił Sebastianiego. Nie wykorzystało jednak okazji z powodu bohaterskiej postawy nieprzyjaciela oraz zużycia własnych sił. W większości francuskie oddziały oderwały się od nieprzyjaciela z niewielkimi stratami, kosztem pozostawienia na polu bitwy części artylerii. Generał pruski Gneisenau skomentował dość bierne działanie kawalerii Sprzymierzonych słowami: "kawaleria nie zna już swojego rzemiosła". Niemniej jednak poszczególne szwadrony kawalerii Sprzymierzonych usiłowały kontynuować atak za cofającym się nieprzyjacielem. Pod Krotoszycami zostały jednak odrzucone ze stratami przez wypoczętą dywizję kirasjerów Saint Germaina, która nie brała udziału w walkach na płaskowyżu (wsparcia udzieliły częściowo zebrane po odwrocie pułki generałów d'Hurbala, i St. Germaina z korpusu Sebastianiego i pozostawiona jako odwód 9 dywizja Delmasa z korpusu Souhama).

                             

                  Tymczasem, lewe skrzydło koalicjantów, które stanowił korpus generała Langerona, około godziny 9:30 weszło pod Sichowem w kontakt bojowy z korpusem Lauristona, maszerującym na Jawor. Siły główne Langerona zajmowały wówczas odcinek od Słupa do Chroślic. Langeron trafnie rozpoznał, że ma przed sobą duże siły przeciwnika, który w myśl planu operacyjnego Blüchera, miał oczekiwać ich natarcia pod Złotoryją. Plan trzeba było zmodyfikować, ponieważ to Francuzi Lauristona silnie zaatakowali spędzając awangardę rosyjskiego korpusu. Oficerowi przybyłemu o godz. 12.30 do niego z rozkazem naczelnego wodza, aby cały korpus rozpoczął atak o godz. 15-tej, Langeron odmówił wykonania rozkazu, dodając: "Pański generał to dobry rębajło, lecz nic ponadto". Widząc francuski atak od czoła i próbę obejścia jego lewego skrzydła, generał postanowił wykonać odwrót w kierunku Jawora, zarazem broniąc zajmowanych pozycji. Nie była to najlepsza decyzja, ponieważ opuszczenie linii Słup-Chroślice groziło wyjściem Francuzów na tyły oddziałów Sprzymierzonych na Płaskowyżu Janowickim. Langeron wydał rozkaz wysłania całej ciężkiej artylerii na tyły wraz z X korpusem generała Kapcewicza, mającym za zadanie ochraniać skrzydło jego zgrupowania od Myślinowa. Tym samym pozostało mu do obrony 30 batalionów, 13 szwadronów i 64 działa.

                  Lauriston rzucił przeciwko niemu 16. dywizję generała Maisona i 19. dywizję generała Rochamabeau. Na lewo od korpusu Laursitona rozwinął się korpus Gerarda z połową dywizji generała Charpentiera (brygada Meuniera poszła na płaskowyż) oraz brygadą Zucchciego (35 dywizja). Atak francuskich batalionów był skutecznie spowalniany przez rosyjską kawalerię, szarżującą przeszło dziesięć razy. Francuzi nie dawali jednak za wygraną i o godzinie 16-tej ponowili natarcie, wzmocnione przez dodatkowe oddziały korpusu, nadchodzące stopniowo w rejon pola walki. Sam Langeron miał przyznać, że był to: "jeden z najbardziej gwałtownych ataków, które dane mi było widzieć na wojnie".  Ostatecznie linia obrony Chrościce - Słup została przełamana, ale francuskie natarcie utknęło na stanowiskach rosyjskich na linii wzgórz Kopiata i Kościelna. Niestety zawiodło współdziałanie między ugrupowaniem Laursitona i Gerarda. Gdy żołnierze tego pierwszego sukcesywnie spychali Rosjan, Gerard nie kontynuował natarcia. Nie miał meldunków o powodzeniu natarcia swojego kolegi, a wspominany już wielokrotnie padający deszcz utrudniał rozpoznanie sytuacji na polu bitwy. Generał wstrzymał swych żołnierzy bojąc się atakować w pojedynkę. A sytuacja stawała się dla Sprzymierzonych krytyczna, ponieważ ostatecznie utracili położone za Chroślicami wzgórze Winnik, panujące nad całą doliną. Była godzina 18-ta i mimo ciężkich bojów na płaskowyżu, marszałek Macdonald zrozumiał, że nadarza się okazja osiągnięcia ostatecznej przewagi na swoim skrzydle i być może zwycięstwa. Jednakże zwlekał z podjęciem wydania decyzji do dalszego ataku, chcąc osobiście rozpoznać sytuację. Langeron zaczął już wycofywać swoje skrwawione oddziały, gdy otrzymał meldunek o zwycięstwie sojuszników na płaskowyżu. Dodało to mu otuchy i rozkazał odbicie Winnika, czego dokonały wkrótce bohaterskim atakiem pułki jakucki, noteburski i riaski. Praktycznie, ze zrozumiałych względów, nie strzelano z broni ręcznej, a pojedynki toczono na kolby i bagnety. Francuzi utrzymali się jednak twardo pod Chroślicami oraz na najbardziej wysuniętym swoim prawym skrzydle, czyli pod Męcinką. Walki miejscami na tym odcinku toczyły się do godziny 23-ej.

       20150622_1302441

      Tablica pamiątkowa poświęcona żołnierzom korpusu generała Sebastianiego w Duninie(źródło: archiwum autora)

       

                  Bitwa ustała. Zmęczeni żołnierze spali na gołej ziemi, ranni błagali o litość leżąc w zimnie i deszczu. Ofiarni mieszkańcy Jawora nocą pospieszyli na pole bitwy, żeby zaopiekować się rannymi. Wszystkie pobliskie kościoły zamieniono w lazarety. Jeden z pruskich oficerów wysłany późnym wieczorem do kwatery naczelnego wodza, oddał w swoich wspomnieniach bardzo wymowny obraz pobojowiska. Obraz, pamiętajmy, pasujący do wszystkich pobojowisk bitewnych ówczesnej epoki: "W ulewnym deszczu prawie żaden biwakowy ogień nie chciał płonąc, a zupełnie zmordowane oddziały zaległy częściowo tam, gdzie ostatnio stały, a więc prosto w błoto, aby przynajmniej trochę móc wypocząć-jedyna ulga jaka im została. Tymczasem wielu rannych zawodziło, postrzelone konie tarzały się na ziemi postękując, liczni francuscy jeńcy w większości świeży rekruci [...] lamentowali i błagali; alkoholicy, którzy plądrowali wrogie bagaże i kompletnie upijali się znalezionymi zapasami wódki, wydzierali się; dowódcy, którzy chcieli zebrać swoje oddziały, przeklinali nie mogąc tego osiągnąć przy najlepszych chęciach [...]. Ponieważ brakowało drewna, chciano wykorzystać wiele francuskich jaszczy, aby rozpalić nimi biwakowy ogień. Przy tej okazji wybuchały często granaty lub ostre ładunki, których nierozważnie zbytnio nie oddalono, powodowały teraz liczne paskudne rany i jeszcze bardziej potęgowały zamieszanie. [...] kozacy kręcili się tej nocy po polu bitwy, rabowali i okradali przyjaciół jak i wrogów oraz upijali się do granic możliwości".

       

      Ocena bitwy

                  Po stronie francuskiej zawiodło przede wszystkim rozpoznanie. O ile rozpoznanie nie było najlepsze też pod stronie Sprzymierzonych, to jednak było lepsze. Armia Śląska miała przebywać według Macdonalda pod Jaworem, a wpadł na nią nad Kaczawą na południe od Legnicy. W wywiązanej bitwie wzięła udział cała Armia Śląska, natomiast z Armii Bobru nie weszły do walki trzy dywizje piechoty: 17 dywizja piechoty generała Puthoda, 31 dywizja piechoty generała Ledru, 39 dywizja piechoty generała Marchanda. Zastanawia fakt, że tak doświadczony dowódca jak Macdonald planując atak na armię przeciwnika, nie zatroszczył się o zgrupowanie całości podległych mu sił, co było jedną z żelaznych zasad napoleońskiej strategii. Niewykluczone, że wpływ na to miało pewne lekceważenie przeciwnika (pamiętne słowa: "[...] każdej okoliczności pomaszeruję przeciwko nim bez wahania"), jak niemożność dokładnego zlokalizowania sił przeciwnika.

                  Podczas francuskiego ataku dała o sobie znać bardzo zła koordynacja poszczególnych dywizji, co wystawia złą ocenę francuskiego dowództwu. Na uwagę zasługuje tu opóźnienie, rozczłonkowanie sił i tak naprawdę bierność w działaniu korpusu Souhama, który przecież w myśl założeń naczelnego wodza miał działać jako zwarte zgrupowanie wojsk (cztery dywizje piechoty i jedna brygada kawalerii). Pierwotnie siły generała Souhama mogły bardzo zagrozić rosyjskiemu korpusowi Sackena, wręcz uniemożliwić mu wspólny atak z oddziałami generała Yorcka na francuskie centrum na Płaskowyżu Janowickim. Ogólne zamieszanie wśród napoleońskich oddziałów spowodowało, że z dostępnych mu w bitwie sił, Macdonald w bezpośredniej walce nie użył jednej ciężkiej dywizji kawalerii i jednej dywizji piechoty. Ponadto dywizja Brayera wspierająca na płaskowyżu działania kawalerii, weszła do walki bez swojego parku artyleryjskiego, co tylko i tak osłabiło francuskie siły w tym rejonie bitwy. Olbrzymim niedopatrzeniem był brak dostatecznej liczby ordynansów kursujących między skrzydłami armii podtrzymując w ten sposób płynność dowodzenia. Zaniknęła w ogóle cała koordynacja w dowództwie francuskim, czego wynikiem był fakt, że siły II i III korpusu podzieliły się na wiele mniejszych kolumn próbujących niezależnie od siebie wejść na płaskowyż. Sam Sebastiani nie wykazał przezorności rzucając bez należytego rozpoznania w głąb płaskowyżu większość swojej kawalerii. Nie popełnili tego błędu Sprzymierzeni, u których komunikacja między poszczególnymi korpusami Armii Śląskiej była wzorowa. Słowem zawiodła koordynacja francuskiego dowodzenia.

       

                  Co warte pokreślenia, pobita Armia Bobru wycofała znad Kaczawy jako zwarta siła bojowa, a jej rozkład zaczął się dopiero potem na skutek pościgu Sprzymierzonych. Bohaterstwie francuskiego żołnierza można zawdzięczyć fakt, że siły Macdonalda walczące na Płaskowyżu Janowickim nie zostały kompletnie zniszczone wobec przewagi Sprzymierzonych na tym odcinku. Na krytykę zasługuje stosunkowo niezbyt waleczna postawa rosyjskich generałów Sackena i Langerona, którzy niebyt agresywnie reagowali na wchodzące z nimi w kontakt bojowy francuskie oddziały. Postawa ta po części podyktowana była chęcią oszczędzania własnych żołnierzy, zgodnie z otrzymanymi wcześniej carskimi dyrektywami, aby nie szafować krwią rosyjskiego żołnierza w trakcie tejże kampanii.

                  Strona francuska miała prawdopodobnie 5.000-7.000 zabitych i rannych oraz około 1.400 wziętych do niewoli (głównie z oddziałów walczących na Płaskowyżu Janowickim) i 36 armat. Sprzymierzeni mieli prawdopodobnie około 8.000 zabitych i rannych. Jednakże dla Francuzów fatalny był upadek morale. Po wycofaniu się Armii Bobru do Złotoryi, korpus Lauristona został pobity przez Rosjan Langerona i stracił prawie 4.000 ludzi (z tego połowę jeńców) i 6 armat. Kolejna klęska spotkała ten korpus 29 sierpnia pod Lwówkiem, gdzie stracił następne 4000 żołnierzy. Lecz 31 sierpnia na wieść o klęsce Sprzymierzonych pod Dreznem, Blücher wstrzymał pościg zatrzymując swoje oddziały na linii Kwisy. Pobita przez niego Armia Bobru wycofała się za Nysę Łużycką, a Napoleon definitywnie utracił Dolny Śląsk. 

                  Generalnie straty poniesione przez Armię Bobru między 19 a 30 sierpnia to 12.000 zabitych i rannych, 18.000 jeńców (w tym 3 generałów), 103 armaty i 3 orły pułkowe. Armia Śląska utraciła 22.000 ludzi, ale zwycięstwo i dostatek zaopatrzenia pozwoliły zachować jej morale.

       

      Zamiast zakończenia

                  W chwili zawiązania VI koalicji przeciwko Napoleonowi, nie możliwym już było obronienie przez Francję hegemonii w Europie.  Antynapoleońska koalicja, w skład której w 1813 roku weszły Anglia, Austria, Prusy, Rosja i Szwecja, dysponowała przeszło 90-milionowym potencjałem demograficznym. Francja mogła teoretycznie dysponować zasobami ludzkimi w licznie około 60 milionów, wliczając Włochy, Holandię, Księstwo Warszawskie i większości państw niemieckich. To było jednak złudne, gdyż po klęsce na stepach Rosji w 1812 roku, sojusznicy zaczęli się chwiać w poczuciu swej wierności względem cesarstwa francuskiego, które same posiadało tylko około 28 milionów ludności. Francja również ustępowała koalicji w potencjale przemysłowym. W 1811 roku cesarstwo wraz z państwami satelickimi produkowało 160 tysięcy ton surówki żelaza rocznie, a Anglia z Rosją 390 tysięcy ton (Anglia posiadała 5000 maszyn parowych w tym czasie, a Francja 200). Zatem wykorzystując nawet zasoby podbitej Europy Zachodniej, imperium Napoleona było słabsze przed połączonymi siłami angielskiego przemysłu i rosyjskiego potencjału ludnościowego.  Nie mówiąc już o sytuacji, gdy Anglia z Rosją zostały wsparte przez pozostałych członków późniejszej VI koalicji. Nie mają większego sensu dywagacje historyków, co byłoby gdyby Napoleon wykorzystał wiktorię pod Lützen, Budziszynem i Dreznem, nie przegrał bitwy pod Lipskiem, czy wygrałby pod Waterloo... Cesarz Francuzów przeczuwał nadchodzącą klęskę i tylko dzięki swojemu geniuszowi zdołał przesunąć w czasie swój upadek, tak naprawdę ostatecznie do 1815 roku. Po zwycięstwie pod Lützen, które utrzymało tymczasowo przy Francji niemieckie państewka Związku Reńskiego, Napoleon trafnie przewidział jednak dalszy rozwój wypadków wypowiadając słowa: "Moje Orły zwyciężyły, ale moja Gwiazda zachodzi".

       20150622_1303281

      Muzeum bitwy nad Kaczawą w Duninie (źródło: archiwum autora)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      środa, 18 października 2017 19:06
    • Przyczyny okrucieństwa rewolucji rosyjskiej

      Zastanawiając się nad przyczyną wybuchu rewolucji w 1917 roku w Imperium Rosyjskim, nie należy oczywiście kłaść wszystkiego na karb ideologii marksistowskiej, która powstała w oparciu o normy etyczne właściwe cywilizacji łacińskiej. Wypracowane już wówczas przez państwa zachodniej Europy mechanizmy społeczno-administracyjne pozwoliły w sposób pokojowy rozładować napięcia ekonomiczne wśród tamtejszych społeczeństw. Marksizm przybrał formę socjaldemokracji opierającą się o parlamentarne, demokratyczne metody walki politycznej.

                  Inaczej rzecz się miała w państwie carów, gdzie mieszanina elementów cywilizacji bizantyjskiej, turańskiej, (na elementy żydowskiej cywilizacji przyjdzie czas pod rządami Lenina) wypaczyła założenia marksizmu. Nadano mu ideologiczno-dogmatyczną szatę bez oglądania się na istniejący kontekst społeczny i wykluczając jakąkolwiek demokrację wewnątrzpartyjną.  W myśl najlepszych zasad bizantyjskiej i turańskiej państwowości tylko kierownictwo partyjne, czy to w odsłonie leninizmu, czy stalinizmu, mogło interpretować nauki Karola Marksa wedle własnego uznania. Posiłkowana zmodyfikowanym do własnych potrzeb marksizmem, nowa władza bolszewicka zastąpiła carat przejmując całkowitą i bezwzględną kontrolę nad społeczeństwami zamieszkującymi imperium.

                  Jednakże rewolucja rosyjska wybuchła ze swą siłą dlatego, ponieważ miała za swego orędownika upodlonego i wyzyskiwanego od pokoleń wielkoruskiego chłopa. Ideologia marksistowska była tylko dopełnieniem choroby jaka toczyła państwo carów i musiała doprowadzić do jego rozkładu. Barbarzyństwo rewolucji rosyjskiej nie było tyle wynikiem wypaczenia pierwotnych założeń marksizmu, ale rezultatem uwarunkowań kulturowych.  A najlepszym przykładem takiego uwarunkowania kulturowego była nędza, ciemnota i bestialstwo carskiej wsi. 

                  Rosja na początku XX wieku pozostawała w dalszym ciągu państwem rolniczym, liczącym 130 milionów mieszkańców, z czego około 80 procent  ludności można było przypisać do klasy chłopskiej. Należy wziąć pod uwagę, że nie wszyscy utrzymywali się z samej pracy na roli, ponieważ część chłopów znajdowała zatrudnienie w rozwijającym się przemyśle oraz zajmowała się podupadającą już wtedy wytwórczością chałupniczą. Mieszkanki wsi trudniły się także w miastach, dodajmy na dużą skalę, prostytucją. Państwo Romanowów borykało się z gwałtownym wzrostem liczby chłopów, dla których nie było zatrudnienia.  Z podobnymi problemami demograficznymi, choć na nieco mniejszą skalę, stykały  się również inne kraje europejskie, ale tam wentylem bezpieczeństwa była emigracja zamorska i rozwój przemysłu. Przemysł rosyjski, z jednej strony gwałtownie rozwijający się w tym okresie, z drugiej strony stosunkowo mało potężny względem swych europejskich odpowiedników z powodu późniejszego rozpoczęcia procesu industrializacji, nie był w stanie zapewnić pracy wszystkim jej potrzebującym. W 1900 roku w przemyśle pracowało ok. 2,2 miliony ludzi (z tego połowę stanowili robotnicy fabryczni), i jak się zakłada, co roku ta gałąź gospodarki mogła dać pracę około 300 000 chłopów. Tymczasem na rosyjskiej wsi przybywało co roku około jednego miliona nowych dusz, które trzeba było wyżywić.  Emigracja również nie wchodziła w grę, gdyż specyfika życia społecznego carskiej wsi zabiła umiejętność indywidualnego działania, tak potrzebnego przecież do tak dalekosiężnej zmiany, jak daleka podróż i przemiana swego dotychczasowego stylu życia. Dodatkowym czynnikiem hamującym emigrację było przysłowiowe już ograniczenie rosyjskiego chłopa i jego niewielka wiedza o innym świecie, który składał się dla niego z Niemców i bisurmanów. Za to na masową skalę emigrowali z Rosji jedynie Polacy i Żydzi. 

                  Warto pamiętać, że gdy w 1861 roku dekretem cara Aleksandra II zniesiono w Rosji pańszczyznę, natomiast dotychczasowym właścicielom ziemskim zabrano około jednej trzeciej gruntów ornych, które przekazano wspólnotom gminnym. W centralnej Rosji, gdzie nie było tradycji indywidualnej uprawy ziemi, tytuł własności nadano gminie, a nie indywidualnym gospodarstwom. Rząd zadatkował właścicielom ziemskim odszkodowanie w imieniu chłopów, którzy musieli oddać państwu 80 procent należności w ciągu 49 lat. Pastwiska i lasy pozostawiono w rękach ziemiaństwa, a za korzystanie z nich gminy chłopskie musiały im płacić. W 1910 roku w europejskiej części Rosji do chłopów, czy też wspólnot gminnych, należało 151 mln hektarów, a 14 mln hektarów stanowiło własność ziemian.

                  Reforma ta wymuszona postępującym zacofaniem  domeny Romanowów, co uwidoczniła przegrana przez Rosję wojna krymska, zamiast wyleczyć chorujące już państwo, spowodowała jego dalszą agonię.  Niedostatek plonów jakie uzyskiwano z gruntów ornych centralnych guberni oraz wyjątkowy przyrost naturalny, zmuszał chłopów  do wydzierżawienia dodatkowej ziem od lokalnego dziedzica. Aby wydzierżawić ziemię chłopi zadłużali sie u lichwiarzy i w bankach rolnych,  popadając w jeszcze większe długi. Gdy po 1896 roku koniunktura międzynarodowa spowodowała wzrost cen zbóż, lokalni ziemianie zabierali chłopom dzierżawione grunty lub dzierżawili je po jeszcze wyższych  cenach. Częstokroć także opłata dzierżawna, której i tak mużyk nie mógł podołać,  zamieniana była na odpracowanie dzierżawy na gruntach dziedzica (otrabotka). Zatem był to tak naprawdę powrót do zniesionej pańszczyzny. Szacuje się, że w  1900 roku przeciętny chłop wielkoruski nie mógł utrzymać swojej rodziny z rolnictwa, a praca na roli przynosiła mu od jednej czwartej do połowy potrzebnych dochodów do przeżycia. Nieskuteczność reformy przełożyła się na niezadowolenie chłopów z centralnych guberni, którzy wzięli już aktywny udział w rewolucji z 1905 roku.  Starając sie ratować sytuację rząd anulował  w 1907 roku opłaty wykupowe, niemniej jak pokazały późniejsze wypadki, stało się to za późno. Albowiem jak mówiło mądre porzekadło: w Rosji niebezpiecznie jest przeprowadzać reformy, ale gorzej nie doprowadzić ich na czas do końca.

                  Pomijając indywidualne przypadki oraz lepiej rozwinięte rolniczo peryferyjne tereny  imperium (część nadbałtycka, północny Kaukaz, zachodnia Syberia, czy obfity w czarnoziem Kubań), centralne gubernie przedstawiały obraz rolniczego zacofania.  Na terenach peryferyjnych wykształciła się gospodarka rynkowa (na terenach nadbałtyckim pańszczyznę zlikwidowano już w 1817 roku) i lokalni gospodarze stosunkowo nieźle sobie radzili sprzedając wyprodukowane płody rolne na potrzeby rynku lokalnego, a nawet zagranicznego. Tam można było spotkać porządnie ubranego, dumnego i dobrze odżywionego rosyjskiego chłopa. Natomiast w guberniach centralnych, gdzie głównie na wsiach kwitła naturalna wymiana handlowa, chłopi byli z reguły niedożywieni i cierpieli nędzę. To właśnie te centralne regiony Rosji stały się później bastionami rewolucji.

                  Co było tego  powodem?  Między innymi ogólne zapóźnienie technologiczne carskiej wsi. Najlepszym tego przykładem było używanie na początku XX wieku w centralnej Rosji lekkiego,  drewniany pługa, ciągniętego przez jednego konia lub parę wołów.  Był on mniej efektywny niż używany na zachodzie żelazny pług, zaprzężony w cztery do sześciu koni. Wynikiem tego była mniej intensywna uprawa roli. Nowoczesny płodozmian wprowadzony w Europie juz w XVIII wieku, czyli uprawa roślin korzeniowych na przemian ze zbożami, był również w Rosji nieznany. Ekstensywna uprawa roli wykorzystywała nadal trójpolówkę z ograniczoną wielkością gruntów ugorowanych, co powodowało ograniczenie zwierząt hodowlanych (źródło nawozu) i tym samym niedostatek pastwisk. Pod koniec stulecia jedno na trzy chłopskie gospodarstwa nie miało nawet konia. 

                  Zapóźnienie technologiczne, pomijając inercję państwa, które wolało rozwijać przemysł niż wdrożyć na szerszą skalę programy rozwoju wsi, spowodowane było także niechęcią rosyjskiego chłopa do jakiegokolwiek eksperymentowania i rozwijania uprawy. Najważniejszym tego powodem była krótkość okresu wegetacji oraz ciężkie doświadczenia pańszczyzny. Na terenach centralnej Rosji uprawa roli wymagała wytężonej pracy między kwietniem a wrześniem. Zwłaszcza intensywny był miesiąc sierpień, kiedy trzeba było zebrać plony i zasiać oziminę. Ponadto mużyk centralnych guberni musiał czasem odpracować nawet sześć  dni w tygodniu w ramach pańszczyzny (choć przeważnie pańszczyzna była mniejsza), orząc częstokroć pański grunt w dzień, a swój w nocy! Doświadczenia te odcisnęły swe piętno na psychice pokoleń rosyjskich chłopów (zwłaszcza z centralnych guberni) i zabiło w większości chęć innowacji. Albowiem każdy nieudany eksperyment z uprawą taką czy inną, groził śmiercią głodową. Jeśli nawet lokalny ziemianin, kierowany chęcią polepszenia doli włościan, zachęcał ich do zwiększenia wydajności plonów poprzez intensyfikację roli (np. poprzez oranie o cal głębiej), spotykał się ze zniechęceniem i nieufnością.

                  Kolejna kwestia warta zaznaczenia, to całkowita izolacja chłopa rosyjskiego od państwa. Życie wiejskie regulowało zgromadzenie starszych zwane mirem.  Mir wyznaczał podatki, rozdzielał ziemię uprawną pomiędzy gospodarstwa, organizował święta, rozsądzał drobne spory. Cały świat chłopa rosyjskiego to był mir, gdyż przeciętny włościanin żyjący na wsi rzadko wykraczał poza ramy własnej wioski, czy pobliski targ i majątek dziedzica. Można powiedzieć, że mir był światem i wszechświatem. Nie ma większego ponad mir, jak stanowiło lokalne przysłowie. Członkowie miru rekrutowali się ze starszych (bolszaków), będących głowami gospodarstw. Władza starszego nad pozostałymi członkami swego gospodarstwa była absolutna, włącznie z prawem seksualnego wykorzystywania synowych pod nieobecność męża. Organizacja życia wsi przypominała obóz koczowników, przyzwyczajając chłopa do rządów autorytarnych i braku norm prawnych. Dodajmy, że całe mienie gospodarcze było wspólne, tak samo jak ziemia, która nie należała do chłopa, ale do wspólnoty gminnej (kierowanej przez mir) i była przez nią rozdzielona pomiędzy gospodarstwa w okresach co pięć, dziesięć lat. Nie było mowy o dziedziczeniu ziemi, która wracała do gminy i z powrotem była przez nią dzielona. Majątek ruchomy ulegał podziałowi równo pośród wszystkich spadkobierców, co zapobiegało jego kumulacji i zabijało pojęcie prawa własności. Próbowały temu przeciwdziałać rozpoczęte w 1906 roku reformy ministra spraw wewnętrznych Piotra Stołypina. Miały one na celu przekształcenie chłopskich gospodarstw domowych w prywatną własność bolszaka, aby mógł przekazywać majątek najstarszemu synowi. Zostały jednak przeprowadzone za późno.  Nienauczony jakże pozytywnego wpływu zasad własności prywatnej rosyjski chłop, nigdy nie stał się podporą reżimu, tak jak jego francuski odpowiednik po rewolucji w 1789 roku.          Słusznie zauważył Siergiej Witte (premier Rosji w latach 1905-1906), że: Stosunki prawne między chłopami regulują nie precyzyjne prawa pisane, lecz obyczaj, którego "nikt nie zna". [...] Cóż to za imperium, w którym stu milionów chłopów nie nauczono, co to jest pojęcie własności ziemskiej ani czym jest rygor prawa w ogóle. Chłopi często nie rozumieli, że muszą płacić za użytkowanie lasów i pastwisk obszarnikom, za których w czasie pańszczyzny korzystali bezpłatnie. Mużyk rozumiał, że ziemia stała się jego własnością, ponieważ pracował na niej swoimi rękami, nie respektując w skrytości ducha praw własności ziemian tylko na podstawie jakiegoś świstka papieru. Wieśniacy zwykli mawiać, my należymy do was (czyli do dziedzica), ale ziemia do nas. Wśród ludu panowało przekonanie, że cała ziemia uprawna będzie na nowo rozdzielona i car batiuszka juz dawno to postanowił, jednakże źli urzędnicy cały czas wstrzymują podział. Ilekroć lokalny właściciel ziemski otrzymał dokument urzędowy np. z żądaniem z podaniem jakieś informacji statystycznej w sprawie bydła, lokalni chłopi zwoływali wiec i mówili, że to na pewno dokument w sprawie podziału ziemi. W rezultacie wieś rosyjska była nieustannie zmobilizowana do ataku na prywatne majątki ziemskie, nie należące do wspólnot. Rewolucja rosyjska nie będzie skierowana przeciwko carowi i despotyzmowi, ale przeciwko własności ziemskiej, miał proroczo przewidzieć Lew Tołstoj.

                  Reżim carski natomiast robił wszystko, ażeby chłopa wyalienować całkowicie od reszty społeczeństwa. Skoro wyodrębniająca się inteligencja rosyjska stawała się europejska i coraz bardziej krytyczna w swej postawie wobec instytucji caratu, car musiał oprzeć się na chłopstwie, jako podporze uświęconego porządku samodzierżawia. Elity rosyjskie nie dbały o upowszechnienie edukacji na wsiach słusznie zakładając, że nauka czytania i pisania może mieć wpływ na szerzenie się wywrotowych idei. Jak określił to już Mikołaj I: z punktu widzenia państwowego szkoła wyrządza czasami więcej szkody niż pożytku, a ucząc chłopów czytać umożliwia im poznawanie złych książek. Szkółki wiejskie prowadzone przez popów, których ciemnota była przysłowiowa, doskonale wpisywały się w cały system. Dotykamy tu równiej bardzo ważnego aspektu, mianowicie całkowitej indyferencji religijnej rosyjskiego chłopa. Indyferencji spowodowanej brakiem szacunku wobec własnego duchowieństwa, spowodowanego jego niedostatkami moralnymi i intelektualnymi.  Głęboka, prawdziwa wiara mogła dać mieszkańcom wsi moralną siłę w celu przeciwstawienia się bolszewickiej indoktrynacji rewolucyjnej. Tymczasem bolszewizm z dużą łatwością zmiótł prawosławie z obszarów Rosji właściwej, dając jej w zamian własny kult świecki (dodajmy, że ze społecznościami katolickimi i muzułmańskimi poszło mu znacznie trudniej).  Stosunek chłopa wielkoruskiego do religii najtrafniej oddaje fragment listu pisarza i filozofa Wissariona Bielinskiego do Gogola:   Podstawą religijności jest pietyzm, uwielbienie Boga, bojaźń boża. A Rosjanin wymawia imię boże drapiąc się w tyłek. O świętym obrazie zaś powiada "Nada się-można się pomodlić, nie nada się- można garnek przykryć".  [...]  z natury swojej jest to lud głęboko ateistyczny.  Ma sporo przesądów, ale ani krzty religijności. [...] Większość zaś naszego duchowieństwa odznaczała się zawsze jedynie grubymi brzuchami, pedantyzmem teologicznym i potworną ciemnotą.

       

                  Wymienione powyżej trudności ekonomiczne, bolesne doświadczenia z pańszczyzną poprzednich pokoleń, bezkarność nadal wykorzystujących go ziemian i ponowne uzależnienie od nich,  nauczyły chłopa nienawiści do państwa, od którego jego zdaniem nie dostał nic dobrego. I chłop został skutecznie przez to państwo zdemoralizowany. Jak podsumował Lew Tołstoj: Nigdy nie słyszałem w ludzie żadnego wyrazu uczuć patriotycznych, ale przeciwnie, często słyszałem najpoważniejszych i cieszących się wśród mas najwyższym szacunkiem ludzi głośno wyrażających całkowitą obojętność, a nawet pogardę, dla wszelkiego rodzaju manifestacji patriotyzmu. Chłop przyjmował z fatalizmem ciężar swego wiejskiego życia,  ale godził się z nim, tak jak godził się z pańszczyzną. Póki władza była silna, giął przed nią kark i słuchał się jej. Przed lokalnym naczelnikiem ziemskim, czy ziemianinem u którego dzierżawił pole, chłop nauczył się udawać, aby uczynić swoją egzystencję znośniejszą. Jak konstatował Samarin, rosyjski historyk i działacz społeczny tego okresu: W obecności pana inteligentny chłop błaznuje, prawdomówny łże w żywe oczy, bez żadnych wyrzutów sumienia, uczciwy go okrada, a wszyscy trzej nazywają ojczulkiem.

                  Naczelnicy ziemscy długo po zniesieniu pańszczyzny wymierzali chłopom formalnie zakazane prawo chłosty. Jak słusznie zauważył Czechow, praktyki te: odczłowieczają i brutalizują nie tylko sprawców wykroczenia, ale i tych, którzy  karę wymierzają.  A natura mużyka została skutecznie zdeprawowana i znieczulona. Wieś rosyjska zaczęła być w drugiej połowie XIX wieku wylęgarnią przemocy i patologii. Maksym Gorki, który dobrze poznał rosyjską wieś tego okresu stwierdzał gorzko, że choć chłopi mogli być dobrzy w pojedynkę, to zebrani w jedną szarą masę wyzbywali się wszystkiego co pozytywne. Bójki na wsiach o byle błahostkę były czymś normalnym. Mużycy, którzy jednego wieczora kornie zbierali się w cerki niczym owce w zagrodzie, potrafili następnego dnia rzucić się sobie do gardeł. Gorki opisując awanturę we wsi Krasowidowie nad Wołgą wspominał jak: z powodu marnego stłuczonego glinianego garnka, wartego jakieś 12 kopiejek, trzy rodziny okładały się kijami, starszej kobiecie złamało rękę, a małemu chłopcu pękła czaszka. Takie awantury zdarzają się co tydzień. Zbydlęcenie obyczajów objawiało się w karaniu niewiernych żon za zdradę faktyczną, czy wyimaginowaną. Bito je rozebrane do naga przed całą wsią lub ciągnięto przywiązane do wozu. Jak mówiła rosyjska mądrość ludowa: Uderz żonę obuchem siekiery, uklęknij i sprawdź, czy oddycha. Jeśli tak, znaczy że udaje i trzeba jej dołożyć. Za inne przewinienia, jak choćby kradzież,  wyłupiano oczy, wciskano kij do gardła, owijano nagą ofiarę w mokry worek, przywiązywano do tułowia poduszki i walono w brzuch młotem lub drewnianymi kłodami. Sam Gorki poznał na własnej skórze furię rozpasanego chłopstwa, gdy stanął w obronie kobiety katowanej publicznie przez męża za zdradę, co przypłacił ciężkim pobiciem przez zebrany tłum. Swoje obserwacje zawarł  w gorzkim eseju O rosyjskim chłopie (1922), gdzie stwierdził, że rewolucja jedynie uwypukliła okrucieństwo rosyjskiego ludu. Upodlenie chłopów przerodziło się w ich bestialstwo, które obróciło się przeciw reżimowi w straszliwym barbarzyństwie rewolucji. Jak profetycznie przewidział Wisarion Bieliński: Nasz lud rozumie wolność jako wolę, a wola to dla ludu szkody i chuligaństwo. Wyzwolony naród rosyjski nie ruszy do parlamentu, lecz pogna do karczmy pić alkohol, wybijać szyby i wieszać arystokrację, której jedynym przewinieniem jest golenie brody i noszenie surduta zamiast chłopskiej koszuli.

                  Do wsi zrazili się także intelektualiści. Mniej więcej od połowy XIX wieku, literatura rosyjska stworzyła wyidealizowany obraz chłopa, który  wyrył się w umysłach rosyjskiej inteligencji. A była to specyficzna inteligencja, żyjąca w oderwaniu od rzeczywistości, która pozbawiona przez władze możliwości swobodnej dyskusji intelektualnej,   aprobowała każdy prąd intelektualny z zachodu, niczym prawdę objawioną. Żyliśmy znacznie bliżej książek niż rzeczywistości, miała stwierdzić jedna z aktywistek mienszewickich tego okresu. I zarażeni własnym stworzonym sztucznie obrazem szlachetnego dzikusa, młodzi intelektualiści,  poszli w lud w latach 70-tych wieku XIX-ego. Kierowali się oni szlachetnymi pobudkami, mając na celu uświadomienie chłopu jego nędzę i wyzysk. Swoją ciężką pracą chcieli przekonać go do socjalizmu i zbrojnego wystąpienia przeciw caratowi. Młode kobiety i mężczyźni z miast pracowali w gospodarstwach, ubierali się jak włościanie, umierali na cholerę (ówczesną plagę carskiej wsi), popadali w alkoholizm (ówczesny urok carskiej wsi i wsi późniejszej). A chłop słuchał ich kazań i wydawał policji. Na cóż mu było obiecywanie ziemi obszarników, gdyż sam wiedział doskonale, że  już ją posiadł swa pracą i tylko kwestią czasu jest kiedy dobry car mu ją oficjalnie przekaże. Słuchał z politowaniem agitacji na temat swej parszywej doli i wyzysku ze strony reżimu, bo sam wiedział doskonale od pokoleń, jak jest wykorzystywany i akceptował to ze swoim wrodzonym fatalizmem. Dostałem obuchem w głowę, miał napisać jeden z młodych agitatorów tej doby. Nie rozwiewamy złudzeń, tylko je umacniamy. Chłop nie zamierzał wzniecać powstania. W swoim instynkcie wpisanym w psychikę cywilizacji turańskiej - fundamentu carskiej Rosji,  czuł, że póki władza jest silna to i prawowita, ponieważ się jej boi. Jak trafnie zauważył pewnie rosyjski ekonom: Każdy wieśniak chce być szczupakiem, który zjada karasia. Każdy, jeśli tylko sytuacja pozwoli, będzie w najbardziej przykładny sposób wyzyskiwał innych. I chłop czekał na ten moment.

                  Miłość chłopstwa  do cara, nie mająca nic wspólnego z miłością do państwa, prysła w trakcie pierwszej rewolucji w 1905 roku.  Na skutek przegranej wojny z Japonią reżim zachwiał się w posadach,  a chłop wyczuwszy szóstym zmysłem, że władza słabnie, poszedł upomnieć się o ziemię. I upomnienie to tak jak przewidziało kilku pisarzy i polityków, objawiło się paleniem dworów i rżnięciem znienawidzonego ziemiaństwa. Władza wtedy była jeszcze na tyle silna, że przywróciła spokój, nie będąc zarazem silną na tyle, aby nie pójść na ustępstwa. Ustępstwami było powołanie Dumy, partii politycznych, w miarę niezależnych gazet. Reżim chwiał się dalej, a zabroniona wcześniej publiczna dyskusja na łamach prasy, salonów i ulicy coraz bardziej podmywała zmurszałe fundamenty samodzierżawia. Masy ludowe zakosztowawszy nowych swobód i nie były już w stanie pokładać zaufania w nieomylności cara. Jak rzekł w 1907 roku rosyjski włościanin w rozmowie z angielskim historykiem: Pięć lat temu była wiara w cara i strach. Teraz wiary już nie ma, pozostał tylko strach.

                  Dodajmy, że część młodych chłopów, która na początku XX wieku podjęła prace w fabrykach, szybko zaczęła odcinać się od swojej wiejskich korzeni, świadoma zacofania i barbarzyńskości swego środowiska. Pracę w przemyśle, często ciężką i słabo opłacaną, traktowali mimo wszystko jako awans społeczny. Część z nich, która dzięki własnym umiejętnościom stała się wykwalifikowanymi robotnikami np. w branży metalowej, zyskiwała poczucie własnej godności. Jednym z ich postulatów było wymuszenie na fabrykantach  zwracania się do nich wy, a nie familiarnym zwrotem ty, jak mieli w zwyczaju do ich rodziców zwracać się właściciele ziemscy. Ta grupa nauczyła się czytać i pisać, co było nie lada wyczynem, gdyż przed I wojną światową w imperium tą sztukę posiadło tylko 40 procent społeczeństwa. Ci młodzi robotnicy z trudem zdobywający wiedzę, zaczęli gardzić swymi niepiśmiennymi często rodzinami. Odkrywali bowiem nieznany im wcześniej świat i czuli sie lepsi, bo poznawszy nauki Marksa, znaleźli w nich wyjaśnienie nędzy własnego środowiska. Narastał w nich sprzeciw wobec władzy, która utrzymywała ich bliskich w ciemnocie i ucisku. Czytali dzieła historyczne poświęcone walkom o wyzwolenie w obcych krajach i sami chcieli zmian u siebie. Jak stwierdził jeden z robotników: Czy byli to albigensi toczący bój z inkwizycją, czy garybaldczycy, czy bułgarscy nacjonaliści, we wszystkich widzieliśmy bratnie dusze. Zachłysnęli się Marksem jako jedyną wiedzą, którą nabyli w życiu i jego naukę zaczęli traktować jako dogmat. Marksistowska pochwała industrializacji była dla nich  psychologicznym odrzuceniem własnej chłopskiej przeszłości. Apoteozę tego stanu ducha wyraził w swej twórczości pełen sympatii dla robotnika przemysłowego sam Gorki,  nazywając ponure życie  wsi okrucieństwem nierozumnego plemienia.  Nieuctwo rosyjskiego chłopa, które zdaniem elit rosyjskich miało utwierdzać jego tradycyjną miłość do monarchii i samodzierżawia, spowodowało po części jej upadek. To chłopscy robotnicy z Piotrogrodu rozpoczęli rewolucję lutową w 1917 roku, która miała zakończyć życie carskiej Rosji.   

                 

                  Upodlenie czyni podłym, a podłość skłania to robienia podłych rzeczy. Wyjątkowe barbarzyństwo wojny domowej w Rosji miało swoje korzenie przede wszystkim w rosyjskiej wsi z terenu centralnych guberni. Głównym aktorem spektaklu okrucieństwa rewolucji  był rosyjski chłop, odczłowieczony w swej masie carskim samodzierżawiem, który z chwilą rozpadu trzymających go w ryzach struktur przymusu, pokazał na co go stać. Kiedy władza okazała się za słaba, sam oddał się niepohamowanej anarchii, której dał już próbkę w 1905 roku. W lutym 1913 roku obchodzono trzechsetlecie dynastii Romanowów, a caryca Aleksandra Fiodorowna, żyjąca w oderwaniu od narodu i rzeczywistości, tak jak większość carskiej arystokracji, miała rzec do jednej ze swych dwórek: Nieustannie straszą cara groźbą rewolucji, a tu proszę, wystarczy że się pokażemy, a już sercem [ludzie] są z nami. Tymi ludźmi  większości byli włościanie. Historia pokazała, jak bardzo się myliła.

       sovietpatrioticposters1                                                                                    Bolszewicki plakat propagandowy (domena publiczna)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      środa, 18 października 2017 17:46