Bliżej Rzymu niż Bizancjum

Wpisy

  • wtorek, 18 września 2018
    • Sacrum Imperium Romanum ... Czyli ten sam niemiecki imperializm w różnych szatach

      Koncepcja budowy paneuropejskiego państwa towarzyszy elitom niemieckim od końca XIX wieku. Wpisuje się ona w projekt tzw. Mitteleuropy, który skrystalizował się pod koniec XIX stulecia. Ów projekt  poparty był przez  niemiecką ekonomię polityczną (Friedrich List), zakładającą stworzenie pod egidą Niemiec organizmu państwowego obejmującego Niemcy, Austro-Węgry oraz ziemie pomiędzy Niemcami, a etnicznie pojętą Rosją wraz z Bałkanami i Turcją. Następnie powstał w geopolityce niemieckiej termin tzw. wielkiej przestrzeni (1897 r. Friedrich Ratzl), upowszechniony dalej przez  Alfreda Webera i Karla Haushofera. We wspomnianą koncepcję wielkoprzestrzenną wpisywała się także imperialna polityka III Rzeszy, oparta na rewizji traktatu wersalskiego i dominacji nad Europą Środkowo-Wschodnią. Niemiecki imperializm gospodarczy lansował się hasłami wielkiej przestrzeni życiowej (Lebensraum), tudzież wspólnoty volkistowskiej. Jak zaznaczają w swej książce pt. Nowoczesność, Nacjonalizm, Naród Europejski, Magdalena i Adam Wielomscy:

       

      Nazizm [...] nie był ruchem nacjonalistycznym, lecz imperialnym o wymiarze kontynentalnym, europejskim. Hasłami szowinistycznymi narodowi socjaliści posługiwali się wyłącznie na użytek polityki wewnętrznej.

       

      Oczywiście można z tym stwierdzeniem polemizować, ale podając dalej za autorami, naziści chętnie propagowali  ideę zjednoczenia kontynentu europejskiego. Propagator intelektualny nazizmu Carl Schmitt wysunął projekt związku państw na terenie wspomnianej tzw. wielkiej przestrzeni, które mają być sobie równe, ale z uprzywilejowaną pozycją Niemiec, z racji ich potęgi gospodarczej, politycznej i wojskowej. Inny teoretyk nazizmu Reinhard Höhn, odrzucał istnienie suwerennych wewnętrznie państw na rzecz niemieckiego narodu. Państwa miały zostać zlikwidowane, a w ich miejsce powstać wspólnota ludów aryjskich z dominującą pozycją Niemców. W 1942 roku w Berlinie została wygłoszona seria referatów na temat niemieckiej wspólnoty gospodarczej. Jak chciał minister gospodarki III Rzeszy Walther Funk, gospodarki europejskie zostaną poddane państwowemu kierownictwu i wspólnej polityce walutowej.

                  Kadrami kierowniczymi niemieckiej III Rzeszy byli członkowie SS, którzy w nowym, egalitarnym niemieckim społeczeństwie zaczęli stanowić coś na kształt nowej szlachty. Po wojnie koła ss-mańskie odrzuciły ideologię rasistowską przyjmując w to miejsce koncepcję narodu europejskiego. Przykładem niech będzie czasopismo o złowieszczym tytule: Naród Europa. Miesięcznik w służbie europejskiego nowego uporządkowania, które pod zmienionymi nazwami było wydawane w Niemczech do 2009 roku. Gwoli ciekawości, w czasopiśmie tym propagowano twierdzenie, że kościół katolicki jest wrogiem jedności europejskiej, bo przeszkadza ideowej i etycznej jedności. Rozwiązaniem ma być neopoganizacja całej Europy. Czy trudno zaprzeczyć, że w obecnych czasach ta neopoganizacja następuje?  Albowiem, od czasów reformacji Niemcy są rozbici na dwie wrogie konfesje. Uzyskanie przez naród niemiecki jedności światopoglądowej jest tylko możliwe poprzez zniszczenie katolicyzmu. Należy pamiętać, że Otto von Bismarck nie chciał przyłączyć  Austrii do Niemiec, ponieważ obawiał się austriackiego katolicyzmu.

                  Niemcy Hitlera przeprowadziły także modernizację wewnętrzną, przede wszystkim poprzez zniszczenie różnych pozostałości po systemie feudalnym. Nazizm był ruchem egalitarnym, masowym i ułatwił emancypację mas, doprowadzając do społecznej marginalizacji kręgów arystokratycznych, co przygotowało grunt pod powstanie republikańskiego państwa zachodnioniemieckiego.

       

      zauważyli trafnie Magdalena i Adam Wielomscy w swej publikacji (Nowoczesność..., str.229-281)

      Kontynuując dalej ten wywód, dwie przegrane wojny uwidoczniły Niemcom, że ekspansja ich przemysłu może przebiegać tylko w sposób pokojowy. W RFN paneuropeizm podniesiono do rangi doktryny państwowej, czym charakteryzowała się linia polityczna kanclerza Adenauera. Przyświecał jej cel, że Niemcy muszą stworzyć europejskie super-państwo/państwo uniwersalne, bo inaczej grozi Niemcom rozczłonkowanie pomiędzy silne USA i Związek Radziecki. Niemniej jednak należy mieć na uwadze, że w niemieckiej tradycji politycznej nie istniała nigdy koncepcja istnienia państwa narodowego.

                   Niemcy nie posiadali, jak choćby Polacy i Węgrzy, narodowej tradycji imperialnej, która przeżyłaby zmianę granic, lub utratę niepodległości. Nie dorobili się nigdy pojęcia Korony, (łac. corona regni) która była przyczynkiem do wykształcenia się tożsamości narodowej we Francji, czy w Polsce. Korona bowiem oznaczała także granice monarchii narodowej, tworząc pojęcie ojczyzny. Niemcy za to stworzyli uniwersalne Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, które w przededniu rewolucji francuskiej składało się z 314 księstw i wolnych miast. Nie zaprzeczając istnieniu żywiołu germańskiego, niemiecki nacjonalizm, albo niemiecka koncepcja narodu, kształtuje się dopiero za sprawą emancypacji niemieckiej burżuazji po wojnach napoleońskich. Zjednoczenie Niemiec dokonane przez Prusy wpisuje się w rozwój pangermanizmu, a pruskie cnoty militarne zaczynają być postrzegane przez niemieckich intelektualistów-nacjonalistów jako walory ogólnoniemieckie. Jak trafnie zauważył Roman Dmowski, problemem nie było zjednoczenie Niemiec jako takie, ale zjednoczenie Niemiec pod pruskim przewodem. Prusy były wężem wyhodowanym przez Rzeczpospolitą na własnym łonie. Ów wąż pożarł polskiego żywiciela i na nim się utuczył. A jakiekolwiek odrodzenie Rzeczpospolitej odarłoby królestwo pruskie z najlepiej rozwiniętych gospodarczo terenów i zagroziłoby jego dalszej egzystencji.  I to była praprzyczyna antypolskiego jadu w pruskim wydaniu. Brutalna walka Królestwa Prus ze wszystkimi sąsiadami (jeszcze przed rozbiorami Polski) w celu zdobycia zaplecza gospodarczego i geograficznego, umożliwiającego przeżycie pruskiego politycznego organizmu, stworzyła w umysłach pruskich elit  ksenofobię wobec sąsiadów. Ksenofobia została podparta luterańskim uwielbieniem państwa omnipotentnego (opartego na szlachcie), któremu poddany/obywatel winien bezwzględne posłuszeństwo. Pruski nacjonalizm i ksenofobia wobec innych  (z patologicznym antypolonizmem), sztucznie i odgórnie zostały narzucone pozostałym Niemcom. Rodząca się niemieckość identyfikowała się także z niechęcią wobec Francji (okupacja napoleońska), Rzymu i katolicyzmu. Owe "pruskie wartości" zostały przyjęte ochoczo przez resztę Niemców, ponieważ Prusy zjednoczyły Niemcy. A zjednoczenie Niemiec przełożyło się na ekspansję przemysłu i podniesienie poziomu życia wszystkich klas społecznych obywateli w nowo powstałym cesarstwie. Zatem  pruski model niemieckiego państwa wydał się słuszny i pożyteczny. I tutaj dochodzimy do pewnej filozofii myślenia wywodzącej się z niemieckich nauk społecznych, że naród jest niczym innym, jak sztuczną konstrukcją i produktem manipulacji (tzw. teoria o konstruktywistycznej genezie narodu), ponieważ naród niemiecki został stworzony odgórnie, bazując tylko na wspólnocie języka.

                  Wydaje mi się, że obecne elity niemieckie, mające zaprogramowane umysły konstruktywistyczną wizją kreowania narodu, zdecydowały się na otworzenie granic Niemiec i Unii na imigrantów. Imigracja miała na celu wzmocnienie gospodarcze Niemiec oraz rozpoczęcie procesu wynaradawiania innych państw członkowskich UE. Owe wynarodowienie miało stępić tlące się jeszcze europejskie nacjonalizmy, aby nie były przeszkodą w budowie paneuropejskiego państwa pod niemieckim przewodem. Obce nacjonalizmy zawsze były wrogiem niemieckiej racji stanu. Pamiętajmy, że  siłą Hitlera nie był niemiecki nacjonalizm (SS ślubowało wierność swemu wodzowi, a nie niemieckiemu narodowi), ale przekonanie, że nacjonalizm słabnie u jego adwersarzy, dzięki czemu nie byli oni  gotowi mentalnie aby walczyć za swój kraj, exemplum Francja (Adam i Magdalena Wielomscy, Nowoczesność...,). 

                 Pewnymi popłuczynami teorii konstruktywistycznej jest niemieckie multi-kulti, będące także próbą odreagowania szowinizmu rasowego, który jako ideologia fałszywa był główną przyczyną klęski hitlerowskich Niemiec. Generalnie, kierownicy niemieckiej polityki głęboko wierzyli także, że w myśl o konstruktywistycznej genezie narodu, zaaplikowanie narodowi niemieckiemu odmiennych cywilizacyjnie przybyszów pomoże także stworzyć nowy naród Federalnej Republiki Niemiec. Przykładem niech będzie lansowana jeszcze przed kryzysem emigracyjnym przez niemieckie elity koncepcja euroislamu.  Pysznym przykładem tego myślenia była szczera wypowiedź Angeli Merkel, że islam jest wpisany w niemiecką tradycję. Bóg jeden wie, czy kropla racjonalizmu łacińskiego skapnęła na czoło Pani Kanclerz, kiedy po pewnym czasie wydobyła z siebie, że Niemcy powinni śpiewać kolędy...

            

                  Kwestią otwartą pozostaje przyszłość quasi paneuropejskiego tworu  UE pod niemiecką egidą. Wyrzucenie z Unii Wielkiej Brytanii, a później Polski i Węgier, zapewni Niemcom swobodę sterowniczą do ugruntowania swojej pozycji nad resztą państw członkowskich. Zagadką jest na jaką skalę elity innych państw członkowskich wytrzymają krzepnięcie kolejnego Świętego Imperium Rzymskiego Narodu Niemieckiego, opartego na rozmytych wartościach liberalnych, którego kościołem będzie wszechwładna biurokracja. Sprzeczności i niekonsekwencje Unii Europejskiej trafnie wypunktował nestor amerykańskiej dyplomacji Henry Kissinger:

       [...] czy Unia Europejska odegra swoja globalną rolę, jak to ogłaszała w dokumentach, czy też, podobnie jak imperium Karola V, okaże się niezdolna do zachowania swojej spójności. [...] Ta powstała struktura łączy w sobie poszczególne aspekty podejścia narodowego i regionalnego bez, jak to było dotąd, wykorzystania zalet każdego z nich. Unia Europejska ogranicza suwerenność swoich państw członkowskich  i tradycyjne funkcje rządów takie jak kontrola nad walutą i granicami. Mimo to polityka europejska wciąż prowadzona jest przede wszystkim na poziomie narodowym i w wielu krajach zasadniczą kwestią wewnętrzną stają się zastrzeżenia wobec unijnych decyzji [...]. Wprowadza unię monetarną, a jednocześnie zróżnicowanie podatkowe w krajach członkowskich i niezgodną z zasadami demokracji biurokrację. W polityce zagranicznej kieruje się uniwersalnymi ideałami bez zagwarantowania środków, dzięki którym mogłaby wcielać je w życie i opowiada się za niemożliwością do pogodzenia z uczuciami narodowymi tożsamością kosmopolityczną [...] (Porządek Światowy, 2007, str. 92-93).

       

                  Kończąc, nie wydaje mi się, aby z przyczyn ideologicznych był możliwy na dłuższą metę sojusz niemiecko-polski, ponieważ Polska musiałaby się wyrzec resztek własnej tożsamości  narodowej. Co więcej, nie jest on na rękę także Berlinowi, ponieważ polska odmienność kulturowa będzie zagrożeniem dla niemieckiej ideologii państwowej. W niemieckich elitach może znowu pojawić się przeczucie (o ile już się nie pojawiło), że państwa Europy środkowo-wschodniej stoją kością w gardle niemieckiej ekspansji i budowie  imperium. Tak jak począwszy od X i XI wieku, monarchie łacińskie (Polska i Węgry) blokowały ekspansję Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego na wschód, teraz te same twory polityczne blokują imperialne zakusy paneuropejskiego imperium brukselskiego narodu niemieckiego. Darem Niebios, jak sądzę, jest migracja muzułmańska do Niemiec. Będzie ona zarzewiem napięć społecznych i religijnych w  państwie niemieckim, pamiętając zarazem  o pewnych niebezpieczeństwach wynikających z tejże emigracji dla Polski, na jakie Polska musi się przygotować. Niewykluczone, że kryzys migracyjny może być przyczynkiem do większej federalizacji Republiki Federalnej Niemiec, co może pozwolić na wybicie się Polsce i innym państwo Europy Środkowej na pełną podmiotowość.

       

       DSC_04291

      Personifikacja Germanii pędzla Friedricha Augusta von Kaulbacha, ze zbiorów Deutsches Historisches Museum (foto. autor)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 września 2018 21:29
    • Sacrum Imperium Romanum ... Czyli wojna cywilizacji łacińskiej i bizantyjskiej

      Jeśli Polexit jest bardzo prawdopodobny, gdyż wielkim potęgom jest to na rękę, zadajmy sobie pytanie, czy jest na rękę Polsce? Doceniając ruch bezwizowy w granicach krajów UE oraz pewne profity dla polskiej gospodarki powiązanej z niemieckim przemysłem, należy mieć na uwadze, że jest to model na dłuższą metę nie do utrzymania. Rozwijająca się Polska pomimo targających nią błędów, wypaczeń, inspirowanych z zewnątrz obstrukcji i korupcji, będzie powoli zaczynać odchodzić od swojego pierwotnego przeznaczenia ekonomicznego, czyli zaplecza surowcowego i rezerwuaru taniej siły roboczej dla gospodarki niemieckiej. To jest oczywiście trudne do przełknięcia dla unijnych i niemieckich elit (vide ataki legislacyjne na polską branżę transportową). Próby utrzymania państwa polskiego po 2015 roku  w karbach przez Niemcy przynoszą fiasko, pomimo silnych niemieckich kanałów wpływu, które jednak okazują się niewystarczające. Jednakże największym grzechem Rzeczpospolitej wobec niemiecko-unijnego sumienia jest posiadanie jeszcze całkiem dużych elementów cywilizacji łacińskiej. Cywilizacji objawiającej się stawianiem na piedestał personalizmu, co jest nie do zaakceptowania przez elity unijne, ale przede wszystkim elity niemieckie. Dlaczego? Ponieważ gen cywilizacji łacińskiej stoi w opozycji do coraz bardziej dusznego bizantynizmu niemiecko-unijnego i planów budowy państwa paneuropejskiego pod niemiecką egidą.

                  Według twórcy nauki porównawczej o cywilizacjach, Feliksa Konecznego, cywilizacja to nic innego jak forma życia/bytu zbiorowego. Cywilizacja łacińska powstała ze zrębów wcześniejszej cywilizacji ateńskiej, rzymskiej oraz nauki kościoła katolickiego. Cywilizacja ta jako jedyna rozwinęła pojęcie personalizmu, który można wytłumaczyć trywialnie w ten sposób,  że poddany/obywatel posiada wolną wolę i może starać się kształtować swój los w pewnej niezależności od władzy. Było to możliwe, albowiem kościół katolicki narzucił zasadę dualizmu prawnego i autonomii społeczeństwa wobec państwa. Kościół, wbrew obiegowym opiniom, nie chciał narzucać żadnych przepisów religijnych w życiu państwowym, dążył jednakże do zasady, żeby w życiu publicznym i prywatnym dominowała etyka katolicka. Etyka zaś jest niczym innym jak kodeksem norm społecznych, których dobrowolnie chce przestrzegać dane społeczeństwo. Bez wspólnej, wytworzonej oddolnie etyki, nie ma możliwości ukształtowania się narodu, ale wszelkie próby narzucenia odgórnie sztucznej etyki są skazane na porażkę. W Polsce oczywiście nie mamy społeczeństwa jednorodnego cywilizacyjnie, ale śmiało można powiedzieć, że w dalszym ciągu przeważa gen łaciński, który broni się przed napływem wzorców właściwych cywilizacji bizantyjskiej, turańskiej i żydowskiej.

                   Przykładem niech będą różnorakie w Polsce afery komornicze. Zabranie niewinnemu rolnikowi ciągnika przez kancelarię komorniczą wywołało oburzenie całego polskiego społeczeństwa wobec zwykłej kradzieży (oraz altruistyczną pomoc dla poszkodowanego rolnika), niezależnie od wyznawanych sympatii politycznych (gen łaciński). Kancelaria komornicza powołując się na niejasne przepisy (kruczkarstwo prawne właściwe cywilizacji żydowskiej), sprzeczne z filozofią prawa rzymskiego, zabrała czyjąś własność, tłumacząc użytkowaniem jej przez innego, faktycznego dłużnika (zaburzone pojęcie własności prywatnej rodem z cywilizacji turańskiej). Mimo słusznego oburzenia opinii publicznej, kancelaria komornicza nie miała sobie nic do zarzucenia, gdyż działała wedle przepisów (bizantyjski formalizm prawny).

                  Wracając do głównego tematu, charakterystyką cywilizacji bizantyjskiej jest to, że stara się przepisami regulować życie wszystkich swoich obywateli. Obywatel musi zaakceptować wszechpotęgę państwa w którym żyje, i które to państwo ma mieć nad nim władzę absolutną. Oczywiście biurokracja podkreśla wolność i swobodę jednostki, lecz kolejnymi przepisami skutecznie ją ogranicza, w myśl starej jakobińskiej zasady, nie ma wolności dla wrogów wolności. Następuje monizm prawny, czyli deprecjacja prawa prywatnego kosztem prawa publicznego i zwiększenia ingerencji państwa w życie prywatne obywateli. Widzimy to gołym okiem w większości państw UE, gdzie rządząca omnipotentna biurokracja ma aspiracje kontrolowania wszystkich aspektów życia swoich obywateli. Biurokracja sama przez się wydaje miliony nowych przepisów i dyrektyw, aby uzasadnić swoje istnienie. Siłą bezładu bezlik wymyślanych nowych regulacji wpływa stopniowo na ograniczenie własności prywatnej obywateli. Tragicznym przykładem niech będzie sprawa małego Alfiego Evansa, kiedy brytyjska biurokracja szermując hasłami dobra dziecka, odebrała rodzicom chłopca możliwość decydowania o jego losie. A wszakże posiadanie dzieci przez rodziców było jedną z najstarszych form własności prywatnej na świecie (podobnie jak posiadanie ognia). Nowo wchodzące przepisy o regulacji internetu, tzw. ACTA 2, mające teoretycznie chronić prawa autorskie, tak naprawdę chcą dać biurokracji unijnej kontrolę nad wyrażaniem myśli obywateli UE,  pozbawiając ich tym samym własności własnych przekonań, wkładając je w obcęgi poprawności politycznej. A  tzw. RODO to nic innego tylko produkt aberracji biurokratycznej konfirmującej nim potrzebę swojego istnienia.

       

                  Cywilizacja łacińska ma jeszcze jedną cechę, która dla unijnej biurokracji brzmi jak litania do szatana, w którego zresztą ustawowo owa biurokracja nie wierzy. Mianowicie, tylko cywilizacja łacińska wykształciła pojęcie narodów, ponieważ:

       

      Nie ma żadnego narodu poligamicznego, nie ma go przed emancypacją rodziny, nie ma bez swobód społeczeństwa ani bez odrębnego prawa publicznego [...]. Narodowość nie jest genezy państwowej, lecz wyłącznie społecznej (Feliks Koneczny, O ład w historii)

       

                  A czemu poligamia jest szkodliwa? Ano dlatego, że poligamia uniemożliwia wytworzenia się pojęcia własności prywatnej, której brak jest czymś nagminnym wśród ludów koczowniczych. Tylko społeczeństwo z silną rodziną monogamiczną wytwarza automatycznie pojęcia prawa spadkowego i majątkowego, co jest przyczynkiem do rozwoju materialnego społeczeństwa. Rodzice chcą się dorabiać dla dzieci czując za sobą jasne przepisy dotyczące poszanowania własności prywatnej. Cywilizacja bizantyjska w wydaniu europejskim, atakując  podstawy prywatnej własności, demontuje tym samym instytucję rodziny. Biurokracja dlatego lansuje np. grupy LGBT w celu budowy nowoczesnego społeczeństwa, aby zniszczywszy instytucje rodziny monogamicznej przejąć całkowicie kontrolę nad portfelem i duszą swych obywateli. Biurokracja unijna bardzo nie lubi silnej, autonomicznej rodziny, a wszelkie przejawy jej obrony okłada całą gamą przygotowanych wcześniej stereotypów (vide wypowiedź prezydenta Hollande na temat "faszystów" protestujących w Paryżu na rzecz obrony tradycyjnego modelu rodziny).

                  Trzeba z całą mocą podkreślić, że państwa zachodu Europy będą sukcesywnie ubożeć (oczywiście jest to proces mogący trwać co najmniej dwa pokolenia), gdyż rozbudowywana biurokracja będzie wymagać coraz większych nakładów finansowych i podniesienia podatków dla dobijanej sukcesywnie tzw. klasy średniej. Elity biurokratyczne są w ścisłym sojuszu z oligarchią bankowo-przemysłową. Podtrzymując komunały o dobru ludzi pracy, zwiększają obciążenia dla drobnej przedsiębiorczości, aby scementować przewagę wielkich koncernów. Ten proces uległ przyspieszeniu na skutek polityki migracyjnej, którą zaaplikowała krajom członkowskim wierchuszka UE. A zaaplikowała Europie nowych przybyszów z zupełnie innego kręgu cywilizacyjnego. Wszelkie bajania o ich asymilacji są zwykłą bzdurą, gdyż nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Przybysze Ci z racji swoich uwarunkowań cywilizacyjnych nie szanują pracy fizycznej i będą przybierać postawę agresywną i roszczeniową na rzecz oczekiwanych apanaży socjalnych. Owe świadczenia mają być zapewnione przez pracującą klasę średnią, która na swoich barkach także ma nosić ciężar utrzymania całego i rozrastającego się aparatu biurokratycznego. Ba, migracja jest także na rękę luminarzom unijnej biurokracji, bo wszakże w bizantyjskim umyśle zachodzi konieczność powołania nowych urzędów czuwających nad asymilacją przybyszów. Asymilacja oczywiście nie nastąpi, ale  subiektywizm idealistyczny jest nieodzownym stanem umysłu brukselskich elit. Przejawia się on tym, że jeżeli o czymś się nie mówi, to tego nie ma, co stoi wbrew racjonalizmowi epistemologicznemu właściwemu każdemu łacinnikowi, oznaczającemu, iż obiektywna rzeczywistość istnieje niezależnie od naszego poznania.

                   Kwestią czasu pozostaje kiedy ta bomba społeczna wybuchnie z całą siłą. Na razie jest to skutecznie powstrzymywane przez rządzące elity unijne, wtłaczające coraz bardziej brutalnie ideologię wolnomularsko-liberalną. Przejawia się ona tzw. poprawnością polityczną i penalizuje wszelkie objawy kontestowania tego stanu rzeczy przez poszczególne grupy społeczne, w których ostały się pierwiastki łacińskości (vide, reakcja rządu federalnego na zamieszki w Chemnitz).  Dodajmy, że biurokracja unijna postrzegająca rzeczywistość w oparach postmodernizmu (np. negacja prawdy obiektywnej) nie jest skłonna do żadnej autorefleksji na większą skalę. Mamy do czynienia z idealizmem biurokratycznym, czyli prawdą jest tylko to, co jest zapisane w dokumentach i co mogą odczytać tylko uprawnione do tego autorytety. A unijne autorytety utwierdzają się w swoim dobrym samopoczuciu.

                  Odrzucenie filozofii katolickiej wywodzącej się ze wspomnianego realizmu epistemologicznego (Arystoteles), cementuje gmach UE. Chęć utrzymania władzy przez decydentów unijnych popycha ich do pewnej inżynierii społecznej, która ma swoje podobieństwo do bolszewizmu polegającego na stworzeniu nowego gatunku człowieka: bezwolnego, pozbawionego korzeni i kontrolowanego przez państwo w którym żyje.  Obecnie elity unijne w swojej nowomowie nazywają to liberalizmem, który  z pierwotnym znaczeniem tego słowa ma nie wiele wspólnego.

                  Jak stwierdził Ryszard Legutko:

      Głębokim węzłem jednoczącym oba ustroje (tj. liberalizm i bolszewizm) jest podobna koncepcja człowieka opisująca go jako istotę płaską, bez większych aspiracji i bez dramatyzmu, obojętnego na wielkie ideały i na lęk przed wielkim upadkiem (Triumf człowieka pospolitego, 2012, str. 311-317)

       

                  Podsumowując, obecna cywilizacja bizantyjska przekształca się w pewien twór ideologiczno-społeczny, którymi wedle polskiej szkoły socjocyberentyki możemy nazwać tzw. pseudosakralną cywilizacją tolerancką opartą na dialogokracji. Cywilizacje sakralne to takie byty społeczne, gdzie przepisy religijne regulują każdy aspekt życia. Decydenci unijni nie znoszą słowa religia, ale z fanatyzmem propagują tzw. wartości unijne, które bliżej niezdefiniowane, mają być wyznacznikiem moralnym dla obywateli UE. Zdefiniowanie tychże wartości możemy zamknąć zdaniem: zabrania się czegokolwiek zabraniać w imię wolności. Jest to ideologia wolnomularsko-liberalna zwalczająca u swej podstawy wszelki dogmatyzm pojęciowy, będący np. immanentną częścią teologii katolickiej. Ale jak w bolszewizmie czerpiącym garściami z rewolucji francuskiej, nie było wolności dla wrogów postępu, takoż wśród elit unijnych nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji. Aby tychże wrogów zniszczyć intelektualnie promuje się dialogokrację, która nie ma nic wspólnego z dialogiem i wspólnym kompromisem. Chodzi tylko o bezwzględne ustąpienie jednej ze stron, którą ma oczywiście być szerokorozumiany konserwatyzm. Jest to niewątpliwa bakteria intelektualna podtrzymująca relatywizm i upadek więzi społecznych. Ale żeby nie było tak smutno, całkowicie weźmie ona w łeb  przy próbie asymilacji przybyszów z Azji i Afryki. Imigranci mają bowiem silne poczucie etyczne własnych wartości, całkowicie wrogich do normotypu cywilizacyjnego lansowanego w Unii. Owa nowa próba pewnej rewolucji bolszewickiej w kolorowym opakowaniu w wydaniu UE całkowicie się nie powiedzie. I parafrazując Karola Marska, jeśli rewolucja bolszewicka była dramatem, to rewolucja UE będzie już tylko komedią.

       

                  Jeśli tak, można sobie zadać pytanie końcowe, to czemu decydenci unijni zezwolili na migrację dużej ilości odmiennych kulturowo przybyszów, którzy mogą zniszczyć samą Unię? Odpowiadając na to pytanie, trzeba wpierw zdefiniować, zgodnie ze stanem faktycznym, samą Unię Europejską. I odrzucając na bok wszelkie propagandowe miazmaty, należy stwierdzić, że Unia Europejska to nic innego jak kolejne wcielenie niemieckiego imperializmu, tylko że w innej szacie. Nie można oczywiście stwierdzić, że struktury UE są w całości kontrolowane przez politykę niemiecką, bo Unia na szczęście rozmywa nieco niemiecką potęgę. Jednakże podłoże ideologiczne UE jest całkowicie zbieżne z niemieckimi naukami społecznymi, a istnienie Unii jest niemiecką racją stanu.

       Zapraszam do ostatniej części rozważań...

       

      DSC_0978Archanioł Michał górujący nad Zamkiem św. Anioła w Rzymie (foto. autor)

       

      Święty Michale Archaniele broń nas w walce.
      Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną ...

      (fragment modlitwy Leona XIII)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 września 2018 21:24
    • Sacrum Imperium Romanum, III Rzesza, czy Unia Europejska? Czyli Polska siedzi teraz na dwóch stołkach

        Ostatnie wydarzenia na scenie wielkiej polityki pokazują dobitnie, nawiązując do wypowiedzi Józefa Piłsudskiego, że Polska dłużej nie może siedzieć na dwóch stołkach. Jeden z tychże stołków to USA, a drugi to Niemcy. Rzeczpospolita będąca obecnie państwem słabym, nie do końca w pełni podmiotowym na arenie międzynarodowej (i dodajmy, rozgrywanym przez różne siły zewnętrzne i wewnętrzne), musi wybrać pomiędzy sukcesywnie słabnącą super-potęgą amerykańską, a zdemilitaryzowaną, ale gospodarczo potężną Republiką Federalną Niemiec. Co do prowadzenia własnej, podmiotowej, niezależnej polityki względem Rosji, nie ma u nas mowy. Powodem są ograniczenia ideologiczne naszych obecnych elit politycznych i lekceważenie Warszawy przez elity rosyjskie. Lekceważenie zostało  wyrobione na skutek miękkości państwa polskiego (szczególnie w ciągu ostatnich 10 lat) i postrzeganiu przez Kreml Rzeczpospolitej jako bezrefleksyjnego reprezentanta polityki USA w tym regionie.

                  Ostatnie wypowiedzi szafarzy polskiej polityki (Pana Prezydenta Dudy, tudzież ministra Czaputowicza) z jednej strony krytykujące bizantyjski twór jakim jest Unia Europejska, z drugiej strony pełne panegiryków na jej cześć, pokazują pewne rozterki polskiej klasy politycznej. Owe rozterki na dłuższą metę są nie do zaakceptowania, a wizyta polskiej pary prezydenckiej w Białym Domu ma na celu wymuszenie na Rzeczpospolitej (tak mi się wydaje) jednoznacznego samookreślenia wobec przyszłej polityki. Albowiem, wydawanie sprzecznych komunikatów nie ma nic wspólnego z makiawelizmem, tudzież przebiegłością. Słynęła z tego dyplomacja II RP kierowana przez Józefa Becka, uważającego się za Mefistofelesa polityki (tak go ochrzciła prasa francuska). Ale jak stwierdził Cat-Mackiewicz, Mefistofeles to potęga inteligencji, a Beckowi często nie dopisywała właśnie inteligencja.

                  A obranie jakiej drogi dyktuje nam inteligencja? Czy pozostawanie w bliskim sojuszu z USA, noszącym wszelkie cechy tzw. sojuszu egzotycznego (podgrzewającego wyimaginowane roszczenia różnych organizacji żydowskich), czy wspierania UE jako gwaranta pokoju w Europie, za cenę deprecjacji cywilizacyjnej, tudzież propagowania atawizmu społecznego (czyli bolszewizmu w kolorowym opakowaniu), grożącego zniszczeniem wszelkich więzi społecznych? Być może żadna z tych dróg nie jest dobra i trzeba poszukać innej...

                  Wystarczy posłuchać naszych rodzimych specjalistów od geopolityki (np. Jacek Bartosiak i Leszek Sykulski), aby wyrobić sobie opinię, że zaczyna się proces tzw. policentryzacji świata. Mianowicie, Stany Zjednoczone Ameryki tracą pozycję światowego hegemona kosztem wzrostu potęgi Chińskiej Republiki Ludowej. Warto zapoznać się także z polską Cybernetyczną Metodą Analizy Procesów Sterowania Międzynarodowego, autorstwa Józefa Kosseckiego, stworzoną w 1980 roku. Metoda ta bazuje na badaniach profesora Kurowskiego o potęgotwórczej roli stali w dziejach świata i dzieli globalny system geostrategiczny na państwa, czyli systemy. Najważniejszą cechą tej metody jest określenie energii swobodnej poszczególnych systemów (państw) służącej do sterowania w otoczeniu geopolitycznym. Nie wchodząc dalej w szczegóły, podając za Tomaszem Banysiem (wykład z października 2017 roku), uczniem Józefa Kosseckiego, możemy otrzymać następującą analizę sytuacji międzynarodowej (you tube: Tomasz Banyś, Schyłek NATO i inne trendy):

                  Sukcesywnie spada udział USA w sterowaniu międzynarodowym. Podobny spadek odczuwa Rosja i Japonia, jednakże jest on powolniejszy od amerykańskiego. Chiny w myśl ideologii konfucjańskiej polegającej na wyczekiwaniu, będą skupiały się na własnym pokojowym rozwoju i wzmacnianiu się kosztem potęgi USA. W 2021 roku Chiny będą mieć ok. 1,5 krotną przewagę nad USA, a w 2025 roku dwukrotną. Od 2014 roku Rosja ze swoim udziałem w sterowaniu światowym na poziomie 8% już jest zdominowana przez Chińską Republikę Ludową. Gwoli ciekawości, według analizy przedstawionej przez Tomasza Banysia, w  2017 roku udział Chin w sterowaniu światowym wynosił ok. 20%, a USA niecałe 16%, Niemiec zaś  ponad 6% .

                  Osłabianie potęgi USA będzie skutkowało rozpadem Paktu Północnoatlantyckiego. Jeżeli w 2000 roku kraje anglosaskie (USA, Kanada, Australia, Wielka Brytania) posiadały ok. 30% udziałów w sterowaniu światowym (pozostałe kraje NATO posiadały ok. 23%), to w roku 2024 powyższe kraje anglosaskie będą posiadały ok. 18% udziałów, natomiast inne państwa członkowskie NATO będą mieć też ok. 18%. Skutkiem czego Anglosasi nie będą w stanie sztucznie utrzymywać Sojuszu Północnoatlantyckiego i w 2024 roku sojusz ten się rozpadnie. Powyższy rok będzie również krytyczny dla USA pod tym względem, iż wraz z państwami anglosaskimi Stany Zjednoczone mogą wtedy utracić możliwość dalszego utrzymania Japonii w swojej strefie wpływów.

                  Z socjocybernetycznego punktu widzenia, w interesie USA jest także przeciągnięcie Rosji na swoją stronę w trakcie ewentualnego konfliktu z Chinami. Innym sposobem neutralizowania potęgi Rosji przez USA w regionie, która ma przecież swoje aspiracje mocarstwowe, jest wspieranie idei Trójmorza z wymogiem przeciągnięcia Kijowa do siebie, czego obecnym przykładem jest sukcesywne dozbrajanie Ukrainy przez USA.

                  Z kolei ideologia niemiecka to budowa państwowości paneuropejskiej, Niemniej jednak ciągle Republika Federalna Niemiec znajduje się pod dwukrotnym wpływem przewagi USA w udziałach sterowania światowego. Ażeby wyjść spod hegemonii amerykańskiej i dokończyć budowę swojego super-państwa, Niemcy mają trzy drogi do wyboru. Rozebrać ekonomicznie Polskę i Czechy zwiększając tym samym swój potencjał sterowniczy lub wejść w sojusz z Ukrainą i Rosją. Trzecią możliwością jest wyrzucenie Polski i innych krajów Europy Środkowej ze struktur UE, zyskując tym samym ponad 50% udziałów sterowania w Unii Europejskiej.

                  Ewentualny sojusz rosyjsko-niemiecki jest natomiast nie do zaakceptowania dla Stanów Zjednoczonych i Chińskiej Republiki Ludowej. W przypadku Chin istnieje jednakże ta różnica, że w 2025 roku Chiny mogą już posiadać ponad 2-krotną przewagę na takim sojuszem. Chiny nie mogą także pozwolić na sojusz niemiecko-ukraiński, jednakże do końca 2018 roku powinny mieć dwukrotną przewagę i nad tym aliansem.

                  Sprowadzając powyższe rozważania do sprawy polskiej, w interesie USA i Niemiec jest wyjście Polski ze struktur UE. Niemcy pozbawią się jednego z najsilniejszych oponentów wobec budowy własnego super-państwa, a USA zyskują jeszcze wierniejszego sojusznika i reprezentanta swoich interesów na pomoście bałtycko-czarnomorskim. Sojusznika, który będzie przeszkadzał sojuszowi niemiecko-rosyjskiemu. Nieodzownym także będzie utrzymanie Ukrainy w swojej orbicie wpływów przez Stany Zjednoczone i niepozwolenie, aby Ukraina znalazła się pod wpływem Rosji, tudzież Niemiec. Rosyjską inwazję na Ukrainę w 2014 roku należy postrzegać, jako wynik utracenia przez USA ponad dwukrotnej przewagi nad Federacją Rosyjską w sterowaniu międzynarodowym. Należy także mieć na uwadze, że Rosja nie mogła także pozwolić na wejście Ukrainy w sferę wpływów Berlina, co było w myśl najlepszych zasad niemieckiej geopolityki w 1919 roku, paralelnej z koncepcją prometejską Józefa Piłsudskiego.

      Podsumowując, w myśl Cybernetycznej Metody Analizy Procesów Sterowania Międzynarodowego, niestety Polexit jest prawie pewny, gdyż wielkim potęgom jest to na rękę.

       Tradycyjnie, tak się rozpisałem, że zapraszam do następnej części rozważań.

       

      DSC_0363Alegoria Smutku pędzla Gerharda von Kügelgenaze ze zbiorów Deutsches Historisches Museum (foto. autor)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 września 2018 21:05
  • poniedziałek, 25 czerwca 2018
    • Sytuacja w Kościele jest alarmująca

       

      "Sytuacja w Kościele jest alarmująca", miał przyznać kardynał Raymond Leo Burke, metropolita Saint Luis, w rozmowie z tygodnikiem W Sieci. "Przede wszystkim dlatego (jak przyznał kardynał), że fundamentalne prawdy wiary są podważane, stawiane pod znakiem zapytania"... (https://wiadomosci.onet.pl/swiat/kard-raymond-leo-burke-sytuacja-w-kosciele-jest alarmujaca/z3rcppq).

       

                  Co jest przyczyną rozmywania fundamentalnych prawd wiary w kościele katolickim? Oczywiście to temat wielce skomplikowany i nie chce popaść w grzech pychy, iż wiem, co jest tego przyczyną. Mogę tylko powiedzieć, co mi się wydaje, na miarę mojej skromnej wiedzy. A wydaje mi się, że jednym z powodów jest rezygnacja przez kościół ze swego międzynarodowego języka liturgicznego, co uniemożliwiło ostatecznie duchowieństwu różnych narodów precyzyjne porozumiewanie się ze sobą. Nastąpiło to podczas II Soboru Watykańskiego (1962-1965), w ramach ekumenizmu i otwarciu się na dialog z innowiercami. Po pierwsze, plusem łaciny było to, że zawsze była językiem martwym, dzięki czemu w zasadzie nie była zmieniana (mam na myśli łacinę średniowieczną, znacznie prostszą od klasycznej) i unowocześniana.  Dzięki temu, nie można było zmieniać tekstów kanonów wiary, co wykluczało ewentualną manipulację lub dezinformację. Ten pełen majestatu szlachetny język łączył wiernych na całym świecie, jako powszechny, niezmienny i nienarodowy. Jak zauważył papież Pius XII:

       

      Język łaciński, którego używa wielka część Kościoła, jest widocznym i pięknym znakiem jedności, jest też lekarstwem skutecznym przeciw jakimkolwiek skażeniom autentycznej nauki.

       

      Z chwilą usunięcia języka powszechnie używanego przez wiernych na świecie, kościół przestał być Powszechny (http://www.traditia.fora.pl/msza-swieta-ryt-trydencki,5/lacina-jezyk-sakralny,83.html).

       wwwww

      ,,Czterech Doktorów Kościoła'' pędzla  Luigi Primo, obraz ze zbiorów Pałacu Królewskiego w Madrycie

      autor podziwiał na wystawie czasowej: od Caravaggia do Berniniego (foto. autor)

       

       

                  Pomijam kwestie jeśli nie błahe, to o mniejszym ciężarze intelektualnym, jak choćby fakt, że na lekcjach religii bardziej skupia się na podkreślaniu starotestamentowych korzeni chrześcijaństwa wraz z totalnie chybionym i ukutym dla doraźnej potrzeby terminem: judeochrześcijaństwa. Zapominając tym samym, że teologia katolicka, nadbudowa intelektualna chrześcijaństwa (lub katolicyzmu jak kto woli),  swymi korzeniami sięga de facto antyku i filozofii klasycznej, w której:

       

      Oddzielono od religii warstwę przesądów i przynajmniej częściowo oczyszczono ją w drodze analizy racjonalnej. Na tej właśnie podstawie Ojcowie Kościoła nawiązali owocny dialog ze starożytnymi filozofami, otwierając drogę dla głoszenia i zrozumienia Boga objawionego w Jezusie Chrystusie (Encyklika papieska Fides et Ratio, wprowadzenie). 

       

                  Kolejną sprawą jest wyrzucenie z porządku mszy świętej Ewangelii Św. Jana (In principio erat Verbum), będącym najbardziej precyzyjnym przekazem dla wiernych na temat spirytualizmu w ontologii/metafizyce  (teorii poznania) katolickiej. Powtarzanie wiernym początku ustępu z Ewangelii Św. Jana było najlepszym intelektualnym orężem przeciwko zwulgaryzowanej formie materializmu sączonego przez postmodernizm. Jeśli wierni zwątpią w spirytualizm (czyli przewagę ducha nad materią), to wówczas jest to najlepsza droga do zachwiania się w wierze, co staje się coraz bardziej nagminne wśród samego kleru.

       

      Pozytywne osiągnięcia nie powinny jednak przesłaniać faktu, że tenże rozum, skupiony jednostronnie na poszukiwaniu wiedzy o człowieku jako podmiocie, wydaje się zapominać, iż powołaniem człowieka jest dążenie do prawdy, która przekracza jego samego. Bez odniesienia do niej każdy zdany jest na samowolę ludzkiego osądu, a jego istnienie jako osoby oceniane jest wyłącznie według kryteriów pragmatycznych, opartych zasadniczo na wiedzy doświadczalnej, pod wpływem błędnego przeświadczenia, że wszystko powinno być podporządkowane technice (...).

      Doprowadziło to do powstania różnych form agnostycyzmu i relatywizmu, które sprawiły, że poszukiwania filozoficzne ugrzęzły na ruchomych piaskach powszechnego sceptycyzmu (Encyklika papieska Fides et Ratio, wprowadzenie).  

       

       

                  Istnieje także sam problem z poziomem nauczania teologii w kościele katolickim. Fenomen katolicyzmu polega (albo polegał niestety) na tym, że był jedyną religią na świecie, która wymagała od wiernych zarówno użycia rozumu jak i wiary (metafizyka św. Tomasza z Akwinu).

      14 września 1998 r. papież Jan Paweł II wydał encyklikę FIDES ET RATIO, na wstępie której stwierdził:

      Wiara i rozum (fides et ratio) są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. Sam Bóg zaszczepił w ludzkim sercu pragnienie prawdy, którego ostatecznym celem jest poznanie Jego samego, aby człowiek - poznając Go i miłując - mógł dotrzeć także do pełnej prawdy o sobie.

       

                  W encyklice zawarta była ostra krytyka samego fideizmu (metafizyka Wilhelma z Ockham), zakładającego zasadniczą sprzeczność między rozumem a wiarą. Według fideizmu wiara ma prymat nad rozumem i doświadczeniem, a sam świat zatracił swój racjonalny charakter. Bóg w każdej chwili może odmienić prawidła fizyki, matematyki itd., co skutkowało poglądem, że wszystko na świecie jest względne. Podążanie za fideizmem groziło i grozi całkowitym rozmyciem pojęć i katolickiej konstrukcji teologicznej, co Jan Paweł II określił dobitnie w encyklice:

      Inne przejawy ukrytego fideizmu to lekceważąca postawa wobec teologii spekulatywnej oraz pogarda dla filozofii klasycznej, której pojęcia dopomogły w rozumowym wyjaśnieniu prawd wiary, a nawet zostały wykorzystane w formułach dogmatycznych. Papież Pius XII przestrzegał przed skutkami takiego zerwania z tradycją filozoficzną oraz odrzucenia tradycyjnej terminologii (...)

      Myśl filozoficzna jest często jedynym terenem porozumienia i dialogu z tymi, którzy nie wyznają naszej wiary. (...) Chrześcijański filozof, który buduje swoją argumentację w świetle rozumu i zgodnie z jego regułami, choć zarazem kieruje się też wyższym zrozumieniem, czerpanym ze słowa Bożego, może dokonać refleksji dostępnej i sensownej także dla tych, którzy nie dostrzegają jeszcze pełnej prawdy zawartej w Bożym Objawieniu. Ten teren porozumienia i dialogu jest dziś szczególnie potrzebny (...)

      (Fides et Ratio, rozdział V, 55).

       

                  Niestety myśl teologiczna katolicka obecnie kuleje (protestanckiej chyba już nie ma wcale). W średniowieczu scholastycy wprowadzili analizę: Syn Boży to obraz Boga Ojca w nim (ale nie tożsamy), a Duch Święty to relacja między Synem a Bogiem Ojcem i Bogiem Ojcem a Synem. Relacją tą jest miłość, ale sama miłość była wówczas pojęciem psychologicznym, a wtedy psychologia i filozofia była tym samym. Przy ówczesnej metodologii sprawa była poprawna. Jednakże dzisiaj, przy rozwoju nauki, jest to nieprawidłowe, "jakby do dowodów twierdzeń matematycznych używalibyśmy twierdzeń fizyki" (powiedział kiedyś Józef Kossecki).

                  Takie podejście  jest przestarzałe i wręcz niebezpieczne w swej formie podczas prowadzenia przez Kościół dialogu ekumenicznego. Wszelki dialog ekumeniczny np. z duchownymi muzułmańskimi sprowadza się do wycofywania z dogmatu o Trójcy Świętej, gdyż muzułmanie stoją na twardym stanowisku, że Trójca Święta to przejaw politeizmu. Nie rozumieją zawiłości dogmatu Trójcy Świętej, i nie można temu dziwić, gdyż przedstawiany im dogmat w formie stricte literackiej, jest dla nich całkowicie niezrozumiały.

      Z kolei dzięki aksjomatycznej teorii poznania i ogólnej jakościowej teorii informacji (cybernetyki społecznej) można twierdzenia teologiczne udowadniać naukowo, za pomocą wzorów matematycznych, w formie dedukcji. Prawidłowo przeprowadzone rozumowanie potwierdza dogmat religijny, co wpisuje się jak najbardziej we wspomnianą tradycję tomistyczną (wywodzącej się z racjonalizmu epistemologii Arystotelesa) i encyklikę Fides et Ratio. Niestety, kościół podejmując dialog z innymi religiami (który powinien polegać na polemice, jak na seminarium naukowym), odrzuca cały swój sztafaż naukowy (wedle najlepszej tradycji fideistycznej), co przekłada się na rozmywanie dogmatów wiary, będących szkieletem wiary katolickiej (you tube: Kossecki, Wykład NAI pt: Opis trzech dogmatów wiary w języku aksjomatycznej teorii poznania).

                  Podsumowując, sytuacja w kościele, w którym fundamentalne prawdy wiary są podważane, wzięła się stąd, że tenże kościół rozpoczął  dialog ekumeniczny nieuzbrojony odpowiednio w narzędzia walki (powiedzmy, od biedy, informacyjnej). Rozmywanie pojęć jest także wynikiem wpływu  judaizmu (można mówić o podobieństwach tradycji fideistycznej i judaizmu) na Kościół Rzymski, który to judaizm zakłada irracjonalną wiarę w Boga. Natomiast katolik powinien posiłkować się w swej wierze rozumem i empirią, według najlepszych tradycji myśli greckiej. Zatem warto, aby różni "zawodowi katolicy" uczestniczący we mszy świętej, starali się myśleć podczas kazania księdza, a nie tylko klepali formułki. Katolik nie może tylko wierzyć, ale musi też myśleć...

      In principio erat verbum, et verbum erat apud Deum, et Deus erat Verbum. Hoc erat in principio apud Deum. Omnia per ipsum facta sunt et sine ipso factum est nihil,  quod factum est.

      Na początku było Słowo i słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga, wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało (Ewangelia św. Jana).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Sytuacja w Kościele jest alarmująca”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 czerwca 2018 20:44
  • wtorek, 22 maja 2018
    • O tym jak zniszczono nasz system samodzielnego myślenia ...

      Średnio wyedukowana polska klasa polityczna potrafi myśleć i planować co najwyżej na szczeblu taktycznym i taktyczno-operacyjnym, natomiast obca jest jej wiedza o działaniach strategicznych (czyli działaniach długofalowych, obliczonych na dekady). Przyczyny tego stanu rzeczy są bardzo złożone i w dużym skrócie można je przedstawić w następujący sposób (wg : youtube Wywiad z doc. Józefem Kosseckim na temat kształcenia polskich elit).

       

      I. Zniszczenie przedwojennego sposobu kształcenia elit przez Jakuba Bermana po 1948 roku (elity tworzyły już szkoły średnie, a nie studia)  polegające na wyrzuceniu ze szkół łaciny, propedeutyki filozofii, nauki porównawczej o cywilizacjach (Feliks Koneczny), polskiej szkoły socjologii porównawczej (Piętka, Petrażycki),  zastępowanie filozofii  dialektyką marksistowską (obronił się jedynie KUL mający swoistą licencję na fideizm), kastracji nauczania logiki (np. wyrzucenie pojęć prawdy i fałszu) oraz zniszczenie studiów prawniczych na skutek wyrzucenia z programu nauczania prawa kanonicznego i elementów prawa naturalnego, zastępując je szkodliwą, turańską teorią dowodową autorstwa Andrzeja Wyszyńskiego.  

      II. W okresie PRL celowe ograniczanie przez Moskwę programowania rodzimych, komunistycznych elit, aby nie były w stanie rozwiązywać problemów na szczeblu strategicznym i ideologicznym, pozostawiając im zakres działania na polu taktyczno-operacyjnym. Elity PRL miały np. zakaz zgłębiania zasad geopolityki jako fałszywej burżuazyjnej nauki, podczas gdy pod zmienioną nazwą była ona wykładana na wyższych radzieckich uczelniach wojskowych.

      III. Kompletna indolencja tzw. opozycji demokratycznej, nie posiadającej żadnych perspektywicznych planów, dostosowanych do zmieniającej się rzeczywistości. Opozycja ta nie posiadała nawet żadnej wiedzy na szczeblu taktyczno-operacyjnym, dzięki czemu po dojściu do władzy nie była w stanie rozwiązywać problemów na powyższym szczeblu, oddając tutaj pole byłym kadrom PZPR. Oddzielną sprawą było zastosowanie przez opozycję starych wzorców z początków XX wieku, nieadekwatnych do zmienionego już społeczeństwa oraz bezkrytyczne przyjmowanie wzorców społeczno-gospodarczych z Zachodu, podsuwanych przez zagraniczne rządy i ośrodki wpływu, mające wielokrotnie cechy dywersji ideologicznej. 

      IV. Odcięcie się na dość szerokim szczeblu akademickim od spuścizny  dorobku Mariana Mazura, (jak mniemam, jednego z najgenialniejszych polskich umysłów XX wieku),  twórcy pionierskiej,  jakościowej teorii informacji i cybernetyki społecznej, wykorzystywanej obecnie w Niemczech i Izraelu. 

       

                  Reasumując, absolwenci wyższych uczelni w Polsce, z których przecież ma składać się elita kraju,  są pozbawieni umiejętności samodzielnego, krytycznego myślenia, selekcjonowania podawanych im informacji i podejmowania decyzji.  Nasze elity narodowe natomiast mają problem w określeniu, co jest faktycznym interesem narodowym, czyli  jak powinny być wyznaczone  właściwe cele działań społecznych (ideologia państwowa) i jaką  właściwą strategię powinno się obrać do ich realizacji. Przebija się tu myślenie neokolonialne, mające swoje korzenie także w ciężkiej historii Polski w ciągu ostatniego stulecia. Sączona przez rodzime środowiska skrajnej lewicy, tudzież wolnomularsko-liberalne, odcinające się od strategicznego interesu narodowego, pedagogika wstydu, wydała swoje owoce w postaci ciągłej ekspiacji za wyimaginowane grzechy. A przecież propedeutyka filozofii, tudzież cybernetyka społeczna,  mogła być puklerzem chroniącym przed owym programowaniem destrukcyjno - autonomicznym, polegającym na np. na działaniach  dezintegracyjnych opartych na wytworzonych uprzednio – głównie przez media – negatywnych stereotypach, vide antysemita, faszysta, ksenofob; (podaje wg Józefa Kosseckiego, Bezpieczeństwo europejskie we współczesnej  wojnie informacyjnej w ujęciu socjocybernetyki, wydanej na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach). Zatrważa także totalnie niediagnostyczna i powierzchowna nauka historii, sprowadzająca się tylko do recytowania dat i wydarzeń, bez prób ujęcia ich w bardziej analityczne ramy, nie mówiąc już o wyciąganiu syntez.

       

                  Owe braki widać niestety w wypowiedziach większości polskich polityków i Pana Prezydenta. Wywołany na dywanik przez Prezydenta Izraela był w stanie tylko wyrazić stosunek wiernopoddańczy wobec moralnie stojącego wyżej adwersarza i wygłosić niespójny pamflet na rzecz antysemityzmu, nie potrafiąc nawet w sposób rzeczowy przeciwstawić się werbalnemu atakowi swojego żydowskiego odpowiednika, którego wypowiedź wpisywała się wojnę informacyjną prowadzoną aktualnie przez państwo Izrael i diasporę żydowską.  Nie jest to jednak wina Pana Prezydenta, że nikt nie zdołał przygotować go socjocybernetycznie do prowadzenia wojny informacyjnej z przeciwnikami Polski.

       

      20180522222552_1

      Strategia w wydaniu domowym (foto. autora za pomocą Print Screen; Cywilizacja VI)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 maja 2018 23:00
    • Dlaczego przegrywamy wojnę informacyjną, czyli o tym jak zniszczono nasz system samodzielnego myślenia

      Politycy rządowi mówią o wstawaniu z kolan  bardzo dużo, tylko, że ich słowa nie zawsze stają się ciałem. Ostatnio, pewne niewielkie sukcesy odnieśliśmy na froncie brukselskim, ale polegliśmy za to z kretesem na froncie żydowskim.  Warto się zastanowić nad przyczynami słabości polskiej dyplomacji, albo raczej, nad słabością polityczną III RP, przekładającą się na brak woli walki i oddawania ciosu za cios?

       

                  Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że państwo polskie nie ma akademii dyplomacji z prawdziwego zdarzenia, gdzie  przyszłych dyplomatów uczono by języków obcych na najwyższym poziomie, tudzież szkolono z zakresu socjocybernetyki i geopolityki, bez których to dziedzin wiedzy nie można nawet myśleć o stworzeniu fachowej kadry dyplomatycznej. Obecny rząd nie rozumie tejże potrzeby, a organy z nim powiązane zaczynają powoli stosować cenzurę prewencyjną wobec uczonych i analityków, którzy swoimi opiniami nie wpisują się w optymistyczną narrację państwową. Przykładem tego niech będzie żądanie Biura Bezpieczeństwa Narodowego dotyczące usunięcia pięciu uczonych z konferencji organizowanej przez  rzeszowski oddziału IPN-u. Konferencja miała dotyczyć zagadnień geopolitycznych i odbyć się z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości.  Jednym z proskrybowanych uczonych został doktor Leszek Sykulski (moim skromnym zdaniem jeden z najlepszych rodzimych znawców geopolityki), wielokrotnie wytykający mankamenty współczesnej polskiej myśli politycznej (youtube: Sykulski, BBN a wolność nauki w Polsce).

       

                  Przypominają się najlepsze czasy rządów sanacji, z którą to sanacją porównywane jest Prawo i Sprawiedliwość. A sanacja niepokornych potrafiła zamykać w Berezie Kartuskiej. Porównanie oczywiście jest na wyrost, gdyż współczesna władza nikogo jeszcze nie zamknęła, ale chciałbym żeby potrafiła prowadzić wojnę informacyjną na poziomie przedwojennych rządów pułkowników. A sanacja potrafiła to robić i akurat na tym się znała. Nie krzyczała, nie tupała, tylko robiła swoje. Najlepszym tego przykładem była konferencja zwołana w Londynie przez ambasadora Edwarda Raczyńskiego w 1934 roku, w celu zbicia zarzutów zagranicznej prasy wobec "antysemickich i faszystowskich" działań II RP, czego dobitnym przykładem miało być stworzenie Berezy Kartuskiej. Ambasador Raczyński wyjaśnił zagranicznym dziennikarzom, iż Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej ma przecież służyć do walki z antysemickim Obozem Narodowo-Radykalnym, co ucięło od razu wszelkie spekulacje. A inna sprawa, że faktycznie w Berezie oprócz działaczy ONR-u, znajdowali się OUN-owcy, KKP-owcy, paskarze oraz pospolici bandyci, z których pewien odsetek stanowili Żydzi. Ale cóż, na wojnie informacyjnej trzeba trochę się znać ...

       

                  To są oczywiście detale, ponieważ prawdziwym przyczynkiem do przyjęcia serwilistycznej postawy rządu polskiego względem Izraela, jest przemożna wiara w to, że pogarszając stosunki z Izraelem pogorszymy stosunki z USA. A wszakże elity post-okrągłostołowe mają zakodowane, że USA jest największym gwarantem polskiej niepodległości, zwłaszcza wobec agresywnych działań Federacji Rosyjskiej. Nie umniejszając wagi sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, obecni polscy politycy nie widzą innej strategii, jak tylko wypełnianie wszystkich poleceń Waszyngtonu. A Waszyngton zajęty jest prowadzeniem własnej globalnej polityki i gotów jest w imię swoich doraźnych interesów poświęcić interesy swoich mniej ważnych sojuszników, czego przykładem jest osławiona ustawa nr 447. To, że polski rząd nie potrafi (bo nie rozumie zasad geopolityki) wykorzystać siły swojego położenia geograficznego na pomoście bałtycko-czarnomorskim jako punktu zaczepienia amerykańskich interesów w Eurazji, to inna sprawa. Oczywiście, całkowicie odrzucam tu wszelkie bajania o polskiej mocarstwowości, tudzież radosnych wizji Trójmorza/Międzymorza jako zwartego politycznego bloku państw pod polską egidą. Przynajmniej na razie...Jednakże polscy politycy mentalnie nie są w stanie wypracować wizji wystawienia rachunku USA za pozostanie z nim w sojuszu, który również dla Stanów Zjednoczonych ma znaczenie jako warunek utrzymania ich mocarstwowości w Eurazji. Albowiem, po co Waszyngton ma cokolwiek zapłacić, gdy nie jesteśmy w stanie wyartykułować ceny za nasz sojusz, albo wręcz pomyśleć o własnej, bardziej podmiotowej polityce zagranicznej. Prowadzimy za to politykę neokolonialną opartą na wierze, że naszą pokorną postawą zasłużymy na wdzięczność naszych partnerów. Zwracam uwagę na opinię, cenionego przeze mnie, Jacka Bartosiaka, podkreślającego już od pewnego czasu, że amerykańscy politycy kreślą kasandryczne wizje przed polskimi elitami, strasząc powtórką z 1939 roku, jeśli nie będziemy polegać na bliskim sojuszu z USA. Sojuszu, za który powinniśmy zapłacić każdą cenę. Tymczasem, kasandryczna rzeczywistość może czekać nas, jeśli nie będzie stanowczej polskiej reakcji na ustawę 447, mogącą zrujnować gospodarczo odbudowywane  z trudem państwo polskie. Polska dyplomacja nie potrafi nawet rozeznać się w grze sił i interesów samych organów władzy USA, gdzie zwyczajowo Departament Obrony analizujący sytuację międzynarodową ze stricte geopolitycznego punktu widzenia jest bardziej przyjazny Polsce niż liberalno-wolnomularski Departament Stanu.     

                  Polski rząd potrafi świetnie emablować kolejne organizacje i środowiska żydowskie, dając się całkowicie rozgrywać lobby żydowskiemu, i ich ewentualnym oskarżeniom o biologiczny polski antysemityzm. Nawet nie próbujemy wykuć własnego oręża w postaci biologicznego żydowskiego antypolonizmu, który jest tak prawdziwy, jak rzekomy polski antysemityzm. A moglibyśmy wziąć przykład z starszych żydowskich braci, nazywających wszelkie sprzeciwy wobec polityki Izraela, antysemityzmem (vide, ostatnia masakra Palestyńczyków w Strefie Gazy). Przyczyną tego jest pedagogika wstydu sączona polskiemu społeczeństwu w latach 90-tych. Praprzyczyną, że owa pedagogika  w ogóle odniosła skutek, jest zniszczenie procesu szkolenia polskich elit państwowych wedle najlepszych wzorców sanacyjnych.

       

      A to psucie elit to już temat na kolejny artykuł, do którego lektury serdecznie zachęcam.

       

       

      raczyskiEdward Raczyński - ambasador RP w Londynie w latach 1934-1945 (fot: google.foto)

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 maja 2018 22:15
  • środa, 18 kwietnia 2018
    • Wszystkie drogi prowadzą do faszyzmu. Ciąg dalszy

      Należy zwrócić uwagę, że faszyzm włoski był przede wszystkim kultem scentralizowanego państwa, czyli statolatrii (włoskie stato-państwo, łacińskie latria-oddawanie czci boskiej), która widoczna była także w Królestwie Prus w XIX wieku.

       

      Dla faszyzmu państwo jest absolutem, wobec którego jednostki i grupy są czymś względnym. Jednostki i grupy dają się pomyśleć o ile "istnieją" w państwie. Państwo liberalne nie kieruje grą sił i rozwojem materialnym i duchowym zbiorowości, lecz ogranicza się do zarejestrowania wyników; państwo faszystowskie ma swoistą świadomość, swoista wolę; dlatego zwie się państwem etycznym (Benito Mussolini, Doktryna faszyzmu, Lwów 1935 rok, str. 44-45).

       

                  Sprawą dyskusyjna jest czy podczas rządów Mussoliniego poziom życia w faszystowskich Włoszech uległ poprawie. Z jednej strony, na początku finansami Włoch zarządzał liberał Alberto de Stefani, państwo popierało szeroko zakrojoną prywatyzację spółek państwowych oraz modernizację przemysłu. Z drugiej jednak strony, kierowane  przez Mussoliniego Włochy poszły w nadmierną etatyzację oraz autarkie gospodarczą, nie mówiąc już o uporczywej obronie przed dewaluacją włoskiego lira, co oczywiście uderzało w eksport. Niemniej dzięki polityce prorodzinnej za rządów Mussoliniego liczba Włochów wzrosła o 10 mln (przed II wojną Włochy liczyły ok. 43 mln ludności). Jeżeli siłę przemysłu Włoch zmierzymy pod względem produkcji ton stali (tuż przed wojną), to należy przyznać, że Włochy ustępowały w zasadzie wszystkim państwom europejskim (z Czechosłowacją i Belgią włącznie), chociaż wyprzedzały Hiszpanię i Polskę.  Katastrofą da włoskiego faszyzmu było wejście na drogę imperialną, które to działanie osłabiło pozycję samych Włoch na arenie międzynarodowej oraz okazało się także zgubne dla gospodarki.

      Trafnie podsumował to Roman Dmowski:

       

      Jednocześnie faszyzm, łączący się z potężnym ruchem ideowym, podnoszącym w duszy włoskiej poczucie wartości dziejowej narodu włoskiego, budzący szlachetną dumę i wielkie aspiracje narodowe postawił w polityce zewnętrznej wielkie cele, przez co ogromnie podniósł energię i wzmocnił zwartość narodu [...]. To zmusiło państwo włoskie do przygotowań militarnych, zbyt kosztownych na jego obecne środki, przygotowań, których Włochy w swym położeniu geograficznym w takiej mierze nie potrzebowały. To znów się fatalnie odbiło na budżecie państwa  (Roman Dmowski, Świat powojenny i Polska, Wybór Pism, tom 2, 2015, str. 469).

       

                  Powinniśmy się pochylić także nad samym znaczeniem  słowa faszyzm. Termin ten  może tak naprawdę oznaczać ideę jedności.  Albowiem, współcześni utożsamiali słowo faszyzm także z faszyną służącą do regulowania rzek. Wedle ówczesnego hasła faszystowskiego: każdy patyczek można złamać, ale wiązki są tak silne, że można nimi regulować rzeki. W słowie faszyzm tkwiło pojęcie jedności, ponieważ  każdy faszysta  jest tym patyczkiem, który łatwo złamać, ale jako część wiązki faszyny tworzy siłę nie do złamania. Należy zatem podkreślić pokrewieństwo między jednością/solidarnością a faszyzmem, i zadać sobie pytanie, czy tłumaczona na język polski Narodowa Partia Faszystowska nie powinna być przetłumaczona jako Narodowa Partia Jedności. Gwoli ciekawości, do takowego wniosku doszedł Józef Kossecki, który na początku Stanu Wojennego chciał opublikować artykuł w Nowych Drogach, o pokrewieństwie ideowym faszyzmu i solidarności (you tube: Kossecki, SPP 01. Społeczne procesy poznawcze - wprowadzenie).

      Z kolei w samej Doktrynie faszyzmu mowa jest o tym, iż jego symbolem jest pęk rózeg liktorskich (łac. fasci) , symbol jedności, siły, sprawiedliwości.

      Podkreślmy, że terminy jak faszyzm, socjalizm (łac. societas - wspólnota) , jedność (ewentualnie solidarność), mają tak naprawdę te same znaczenie, tylko potem przekształcono je w stereotypy.

       

      Na bazie socjoznaczeń charakterystycznych dla danej cywilizacji powstają stereotypy - jako słowa-klucze, które obok elementów poznawczych (najczęściej zawężonych) zawierają silne, wręcz dominujące, elementy oceniająco-decyzyjne. W masowym procesie społecznej wymiany informacji wypierają one pojęcia związane z tymi samymi słowami-kluczami [...] . Ewolucja społecznego procesu przetwarzania i upowszechniania informacji przebiega w ten sposób, że stereotypy charakterystyczne dla danej cywilizacji najpierw dominują, a następnie wypierają i zastępują pojęcia. Często też bywa tak, że stereotypy od razu powstają zamiast pojęć (Kossecki, Podstawy nowoczesnej nauki porównawczej o cywilizacjach, 2002, . s 132).

       

       

                  Faszyzmem chłostano się już w latach 30-tych XX wieku, vide samokrytyka Grigorija Zinowjewa wygłoszona na własnym procesie w 1936, przyznającego się, że przez trockizm doszedł do faszyzmu. Jednakże, rozpowszechnianie na masową skalę negatywnego stereotypu faszyzmu rozpoczęło się w 1941 roku,  kiedy nazistowskie Niemcy napadły na Związek Radziecki. Oba totalitaryzmy będące wcześniej w ścisłym sojuszu zaczęły się zwalczać, zatem zaistniała konieczność dyskredytacji przeciwnika w ramach prowadzonej wojny informacyjnej. Politrucy, kierujący pracą polityczno-wychowawczą w pododdziałach Armii Czerwone,j dzielili wcześniej socjalizm na rodzimy- internacjonalistyczny (nie mający tak naprawdę z internacjonalizmem wiele wspólnego, a skrywający pod swoją czerwoną szatą rosyjski nacjonalizm) oraz na narodowy socjalizm, który promowała niemiecka partia robotnicza. Z chwilą niemieckiej agresji nie można było mówić już o niemieckim nazizmie, ponieważ istniało niebezpieczeństwo jego konotacji z narodowym socjalizmem, a przecież z przyczyn propagandowych nie mogło dojść do walki między dwoma socjalizmami. Podtrzymywanie takowego przekazu groziło trudnymi do przewidzenia skutkami, zatem zaczęto używać negatywnego stereotypu faszyzmu. Było to o tyle ułatwione, gdyż w stalinowskiej Rosji jako cywilizacji turańskiej pojęcie prawdy jest zastępowane przez stereotyp, który oznacza zgodność informacji z nakazem władzy, co ułatwiło proces kodowania informacji w radzieckim społeczeństwie, w celu przypisania hitlerowskiemu totalitaryzmowi nazwy faszyzmu.

       

                  Kończąc rozważania na temat włoskiego faszyzmu warto pamiętać, że Benito Mussolini był wpierw politycznym przeciwnikiem Adolfa Hitlera. Na konferencji w Isola Bella w kwietniu 1935 roku wystąpił jako obrońca niepodległości Austrii i pragnął wspólnej polityki mocarstw zachodnich przeciwko Niemcom. Włoskie dywizje stanęły wówczas na przełęczy Brenner (przełęcz alpejska na granicy Austrii i Włoch), a konflikt włosko-niemiecki stał się całkowicie realny. Napięcie na linii Berlin - Rzym zostało wtedy zażegnane przez dyplomację brytyjską (prowadzącą własną tajną grę międzynarodową), która zezwoliła w tym okresie Hitlerowi na remilitaryzację III Rzeczy. Dopiero podbój Abisynii przez Włochy w latach 1935-1936 spowodował potępienie ich przez całą międzynarodową opinię publiczną, co wykorzystały Niemcy dążąc do zbliżenia ze Zjednoczonym Królestwem Włoch. Od roku 1938 pod wpływem hitleryzmu włoski faszyzm zaczyna się przekształcać w kierunku szowinizmu i rasizmu, czego przykładem było przejęcie tzw. ustaw norymberskich. Same zresztą ustawy do warunków włoskich za bardzo nie pasowały, gdyż populacja Żydów była nieliczna, świetnie zasymilowana, a wielu Żydów pozostawało prominentnymi działaczami partii faszystowskiej.

       

      Uważam, że jedną z trafniejszych analiz faszyzmu włoskiego dokonał Feliks Koneczny w języku nauki porównawczej o cywilizacjach:

       

       [...] Stał się najpopularniejszym mężem stanu Europy (tj. Mussolini), wprost ulubieńcem wszystkich pragnących wolności myśli i pracy a tęskniących do moralności w życiu publicznym. [...] Wnet okazało się, że jego państwo korporacyjne polega na statolatrii i mieści w sobie nie jedną domieszkę bizantynizmu, a osnute jest na metodzie bezwzględnej jednostajności. [...] Akcentowano łacińskość ze względów politycznych "impero romano", ale zabrano się do tej roboty metodą bizantyjską.

      Dbał wielce o oświatę, zależało mu tedy na podniesieniu poziomu nauczycieli wiejskich. Jakiż obmyślił na to środek ? W rozmowie z członkiem akademii francuskiej przebywającym w Rzymie [....] powiedział o nauczycielach: "Zamierzam dać im mundur, żeby im lepiej przypominał ich obowiązki". Obmyślił też nader prosty środek przeciw wyludnianiu się wsi: trzeba pozwolenia, żeby móc udać się do miasta; pod miastami stoją straże nie puszczające chłopów [...].

       Szczegóły tego rodzaju poświadczają ogólne wrażenie statolatrycznego aprioryzmu Mussoliniego. Powstrzymał statolatrię socjalistyczną, zastępując ją bizantyjską (Feliks Koneczny, Cywilizacja bizantyjska, 1973, str. 391).

       

       2WWmarengo2

      Rysunek z 1936 roku przedstawiający "Wilczycę Kapitolińską" karmiącą światowych dyktatorów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      środa, 18 kwietnia 2018 22:39
    • Wszystkie drogi prowadzą do faszyzmu

                 

        

                  We współczesnej Europie podczas wojenek politycznych z lubością nadużywa się terminu faszyzmu. Wszelkie zło tego świata wedle luminarzy lewicy i kręgów liberalnych, w myśl zasady tzw. poprawności politycznej, związane jest z faszyzmem. Pod faszyzm podciąga się obecnie wszystko: wafelki w kształcie swastyki, nacjonalizm, ostentacyjny patriotyzm, konserwatyzm, tudzież obronę tradycyjnego modelu rodziny, czy nawet uporczywą obronę własnych przekonań nie wpisujących się w kanon ideologii wolnomularsko-liberalnej. Faszystą będzie osoba przywiązana usilnie do swojego heteroseksualizmu, wiary katolickiej, albo małżonek marzący o tym, aby jego żona zajmowała się domem i wychowywała dzieci.

                  Oczywiście nikt w debacie publicznej nie zadaje sobie trudu zdefiniowania faszyzmu, a już istną pochwałą ignorancji i zwykłego szalbierstwa intelektualnego jest utożsamianie włoskiego faszyzmu z niemieckim nazizmem. To trochę tak, jakby wrzucać do jednego worka trockizm i marksizm. A na polskim podwórku z lubością mianem faszyzmu określa się ugrupowania nawiązujące do przedwojennej endecji, co również wygląda trochę tak jakby Polską Partię Socjalistyczną utożsamiać z Komunistyczną Partią Polski.

       

      Warto zatem przynajmniej podać co najmniej trzy definicje faszyzmu (podaje za Adamem Wielomskim: Wielomski VLOG, Faszyzm to skrajna prawica).

                  Niemiecka komunistka Clara Zetkin określiła faszyzm jako ruch wielkiej burżuazji, która przeszła do metod terrorystycznych w celu ochrony swojego status quo własnościowego, posługując się zradykalizowaną klasą średnią. W jej opinii faszyzm był nawet neobonapartyzmem, ponieważ Napoleon III będący włodarzem II Cesarstwa Francuskiego rządził tak naprawdę w imieniu burżuazji, co oczywiście nie było najszczęśliwszym wytłumaczeniem. Sama bowiem rewolucja francuska stymulowana przez rosnącą w siłę burżuazję stworzyła monarchię burżuazyjną Ludwika Filipa, potem II Republikę Francuską, później II Cesarstwo, a po II Cesarstwie nastała dumnie III Republika. Burżuazja francuska uchwyciwszy ster rządów dzierżyła go twardo do I wojny światowej, nieważne w jakiej aktualnej kreacji politycznej i nie można dlatego tylko bonapartyzmu wiązać z rządami kapitalistów-burżujów.

      Inni badacze, podobnie jak Zetkin, nazywali faszyzm terrorystyczną dyktaturą burżuazji chroniącą własność jej właścicieli. Uważam osobiście, że podobne twierdzenia o dyktaturze burżuazji nie są do końca pozbawione sensu, gdyż jeśli prześledzimy historię III Republiki Francuskiej do początku XX wieku, dojdziemy do wniosku, że państwo to przede wszystkim istniało w interesie kół przemysłowych i burżuazji. Ówczesna socjaldemokracja francuska szybko skonstatowała, że propagowana przez poszczególne rządy walka z Kościołem była tylko zręcznym manewrem burżuazji mającym na celu odwrócenie uwagi od reform społecznych i osłabienie czujności środowisk robotniczych. Rządy stosowały nierzadko terror zarówno wobec robotników jak i osób wierzących (np. wydanie rozkazu wojsku strzelania do demonstrantów w 1904 roku protestujących przeciwko zamykaniu szkół zakonnych).

                  Żydowski historyk Zeev Sternhell uważał z kolei, że faszyzm wywodził się ze skrajnej lewicy. Marksiści - radykałowie utracili wiarę w zwycięstwo rewolucji proletariackiej, czyli w tryumf internacjonalizmu. Doszli do wniosku, że tylko silne państwo narodowe jest gwarantem sprawiedliwości społecznej. Trzeba tu od razu zaznaczyć, że tendencje nacjonalistyczne powiązane ze wstrząsem I wojny światowej nie tylko dotknęły środowiska lewicowe, ale również wolnomularskie, które z chwilą wybuchu Wielkiej Wojny zawiesiły swoją walkę z Kościołem i przeszły na pozycje wybitnie nacjonalistyczne (np. deklaracja z 4 sierpnia 1914 roku jaką wygłosił przewodniczący francuskiej loży Wielkiego Wschodu Georges Corneau).

                  Wreszcie wedle opinii amerykańskiego socjologa Seymoura Martina Lipseta,  faszyzm był  tzw. skrajnym centrum. Elektorat ruchów faszystowskich wobec traumy Wielkiego Kryzysu z 1929 roku zatęsknił za przywróceniem minionych stosunków społecznych. Przy zachowaniu poszanowania własności prywatnej elektorat centrowy chciał uporządkowania stosunków gospodarczych, oceniając zarazem negatywnie preponderancję nieokiełznanego kapitalizmu.

       

                  I jeśli prześledzimy rozwój faszyzmu włoskiego to tak naprawdę rozpoznamy w tym ruchu elementy wszystkich trzech wyżej wspomnianych prób zdefiniowania samego, szerokorozumianego faszyzmu.

      Benito Mussolini, jak i wielu innych twórców włoskiego ruchu faszystowskiego, był działaczem socjalistycznym przerażonym pauperyzacją społeczeństwa włoskiego po zakończonej I wojnie światowej. Wzruszał go los milionów zdemobilizowanych żołnierzy pozostających bez pracy i środków do życia. W celu poprawy ich losów powołał do życia organizację kombatancką pod nazwą Fascio Italiani di Combatimento, która potem przekształciła się w Partito Nazionale Fascista, czyli Narodową Partię Faszystowską. Partia ta powstała przy pełnym wsparciu organizacyjnym i finansowym masonerii, np. loży Wielkiego Wschodu Włoch, która za wszelką cenę chciała ocalić kraj od anarchizmu i bolszewizmu. Wielki mistrz Wielkiego Wschodu D. Torrigiani wyraził nawet opinię, że:

       

      faszyzm ma duszę wolnomularską.

       

      Sympatia kół wolnomularskich i burżuazji wobec ruchu faszystowskiego wiązała się także z faktem, że faszyści jako antykomuniści tłumili również strajki robotników w fabrykach. A ówczesne Włochy radykalizowały się i przesuwały bardzo w lewą stronę. Dyrektorów przedsiębiorstw państwowych, lub nawet fabrycznych majstrów nie chcących słuchać partii, wywożono na taczkach, a same fabryki były często zajmowane przez aktyw robotniczy w imieniu "ludu". Gwałtowny wzrost radykalnych sympatii lewicowych przyjmował takie rozmiary, że maszyniści zatrzymywali jadący pociąg jeśli podróżował nim choć jeden ksiądz.

      Sami działacze faszystowscy wywodzący się ze środowisk lewicowych, nie mieli tak naprawdę na początku żadnej ideologii. Łączyło ich tylko poczucie buntu społecznego oraz negatywny stosunek do kościoła. Były wówczas wcale liczne przypadki atakowania księży przez bojówki faszystowskie. Jednakże po zdobyciu władzy włoscy faszyści sprzymierzyli się z nacjonalistami, których duchowym ojcem był Enrico Corradini, autor hasła: klasy proletariusze-socjalizm; narody proletariusze-nacjonalizm.  

       

      Corradini trafnie zauważył, że podziały na wyzyskiwaczy i proletariuszy można trafnie przełożyć na sytuację międzynarodową. Osobiście uważam, że jego teorie są dzisiaj wyjątkowo aktualne, biorąc pod uwagę napięcia polityczne pomiędzy państwami zachodu Europy czerpiącymi zyski z morskiej wymiany handlowej, a chcącymi wybić się na podmiotowość ekonomiczną państwami Europy Wschodniej, widzącymi swoją szansę w próbie odwrócenia szlaków handlowych przez Chiny i przebudowy tym samym całej architektury gospodarczej świata.

      Państwo faszystowskie, od kiedy zawarło sojusz z włoskimi nacjonalistami, zaczęło zwalczać organizację wolnomularskie oraz nawiązało stosunki dyplomatyczne z Watykanem. Sam papież przestał być już więźniem Watykanu, odkąd siłą zlikwidowano  państwo kościelne w 1870 roku. Mussolini odrzucił komunizm oraz socjalizm, a oparł się na korporacjonizmie, zalecanym w encyklikach papieskich Rerum novarum Leona III i Quadragesimo anno Piusa XI, gdzie rozwiązaniom socjalistycznym Stolica Apostolska przeciwstawiała politykę społeczną opartą o Kościół, państwo i stowarzyszenia zawodowe robotników. Faszyzm w wydaniu włoskim oznaczał poszanowanie stosunków własności, ale był zarazem wrogi wobec burżuazji i reprezentowanej przez nią formy drapieżnego kapitalizmu, na rzecz wprowadzenia udogodnień socjalnych ułatwiających byt klasy robotniczej. Aktualni działacze lewicy powinni mieć na uwadze, że właśnie faszystowskie rządy włoskie wprowadziły: ośmiogodzinny dzień pracy, emerytury, renty, ubezpieczenia, zakaz pracy dzieci, urlopy wypoczynkowe, słowem typowy program socjaldemokratyczny. Zarazem znamionami włoskiego faszyzmu była polityka pronatalistyczna oraz brak do 1938 roku jakichkolwiek doktryn rasistowskich. Wszyscy którzy łączą faszyzm z rasizmem powinni zaznajomić się z pieśnią faszystowską "Faccetta Nera" (czyli Czarna Twarzyczka,  https://www.youtube.com/watch?v=NmcJD6_DwFE), która sławi piękna murzynkę z Abisynii jako wolną i szczęśliwą obywatelkę imperium włoskiego, mogącą  uczestniczyć w defiladzie przed Mussolinim i królem Włoch Wiktorem Emanuelem III.     

       

      Sam Duce miał się wyrazić (co prawda, nieco nieporadnie pod względem intelektualnym), że:

       rasa to kwestia uczucia, a nie rzeczywistość; jest w niej 95 % uczucia.

       

      Należy zatem z całą mocą podkreślić, że włoski faszyzm poprzez afiliację z nacjonalizmem oraz środowiskami konserwatywnymi stał zarazem na straży szeroko rozumianych tradycyjnych wartości, ale był niesamowicie wrażliwy na sprawy gospodarczo-socjalne.

       

      BenitoMussolini

       

       

      Jak miał powiedzieć sam Mussolini w 1926 roku:

      Założyliśmy państwo korporatywne i faszystowskie, państwo społeczności narodowej, państwo skupiające, kontrolujące, harmonizujące i uzgadniające interesy wszystkich warstw społeczeństwa, które wiedzą, że są w równej mierze pod jego opieką. I gdy przedtem za czasów państwa demoliberalnego, masy pracujące odnosiły się do państwa z nieufnością, [...] były przeciwko państwu [...] nie ma dzisiaj Włocha, który by pracował, a nie domagał się swego miejsca w korporacjach, w federacjach, który by nie pragnął być żywą komórką tego wielkiego, niezmierzonego organizmu, jakim jest narodowe korporatywne państwo faszystowskie  (Benito Mussolini, Doktryna faszyzmu, Lwów 1935 rok, str. 65).  

      Ideę korporacjonizmu gospodarczego trafnie ujął Julius Evola, teoretyk włoskiego faszyzmu, konserwatysta, znawca religii, postać ciekawa intelektualnie, myśliciel dzielący ludzką umysłowość psychiki na solarną (elitarną) i chtoniczną (egalitarną): 

       

      Duch korporacjonizmu, polityczny wysiłek odnowienia państwa poprzez tworzenie stowarzyszeń zawodowych, to istota pracy grupowej i twórczej solidarności, solidna podstawa zasad, wiedzy, umiejętności i naturalnej hierarchii, która charakteryzuje się pełną aktywnością. Bezinteresowna i godna, stoi ponad jednostką. Wszystko to było w średniowiecznych korporacjach rzemieślniczych, wyraźnie widoczne w gildiach i cechach

      (https://pl.wikipedia.org/wiki/Korporacjonizm).

       

       

       Tradycyjnie tak się rozpisałem, że zapraszam do drugiej części tekstu.

       

       

      220pxMussoliniposter

      „Jego Ekscelencja Benito Mussolini, Głowa Rządu, Przywódca Faszyzmu i Twórca Imperium...” (autor zaczerpnął z Wikipedii).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      środa, 18 kwietnia 2018 22:19
  • poniedziałek, 09 kwietnia 2018
    • Paragrafiarstwo nas zżera, kruczkarstwo demoralizuje ... a duch Andriuszy Wyszyńskiego nie opuszcza

      Po raz kolejny pochylając się na sprawą Tomasza Komendy i skazaniu go przez ówczesny sąd w oparciu o niepewny materiał dowodowy należy poruszyć inną kwestię. Mianowicie, znowu jak mi się wydaje, problemem jest teoria dowodowa wykładana obecnie na studiach prawniczych. Pomijając milczeniem kolejne podręczniki dotyczące zasady swobodnej oceny dowodów (gdzie sąd nie jest skrępowany żadnymi formalnymi regułami dotyczącymi ustawowego wskazania jak ma oceniać dowody), wszystkie tak naprawdę swoimi korzeniami sięgają do Teorii dowodów sądowych w prawie radzieckim pióra Andrieja Wyszyńskiego. Postać nietuzinkowa, Andriej Januarowicz Wyszyński, z pochodzenia polski szlachcic, był czołowym stalinowskim prokuratorem, oskarżającym w wielu procesach politycznych.

      Jak sam podkreślał, sąd radziecki nie jest skrępowany żadnymi formalnymi wymogami i wymaganiami w zdobywaniu i ocenie dowodów (Kossecki, Podstawy nowoczesnej nauki porównawczej o cywilizacjach, str. 149).

       

      Sama praktyka stalinowskiego sądownictwa opierała się na trzech filarach, w myśl najlepszej zasady cywilizacji turańskiej, gdzie prawdą określa się to, co władza zdecyduje się za prawdę uznać:

       

      1) Do tego by skazać oskarżonego nie jest konieczne udowodnienie mu winy w stu procentach lecz wystarczy tylko jej uprawdopodobnienie [...].

      2) Za współdziałanie można uznać jakikolwiek związek danej osoby z popełnionym przestępstwem lub nawet tylko z przestępcą, a zatem do skazania oskarżonego nie jest nawet konieczne uprawdopodobnienie (czy tym bardziej pełne udowodnienie) popełnienia przez niego czynu przestępczego, wystarczy tylko wykazać jakikolwiek jego kontakt z przestępstwem lub z przestępcą [...]

      3) Przyznanie się oskarżonego do winy stanowi samodzielny, pełnowartościowy dowód (w praktyce było traktowane jako korona dowodów " (Kossecki, op. cit, str. 149).

                 

                  I znowu, jak mi się wydaje, przynajmniej w części polskich sądów za dostateczny dowód winy oskarżonego stawia się samo podejrzenie jego związku z przestępstwem. Zasada ta jest z lubością stosowana w polskim prawie cywilnym, vide ustawa o komornikach mogących na podstawie własnego widzi mi się zajmować majątek osób trzecich rzekomo użytkowany przez dłużnika.  

      Udowodnienie winy oskarżonemu ułatwia wspomniana zasada swobodnej oceny dowodów, co oczywiście nie świadczy często o złej woli sędziego, tylko jest wynikiem złego programowania/kształcenia środowisk prawniczych w III RP. Na marginesie warto wspomnieć, że zapomniany został już przedmiot wykładany w przedwojennych liceach jak propedeutyka filozofii, który uczył młodego człowieka weryfikacji podawanych mu informacji.

                  Kolejną bolączką polskiego sądownictwa (a może się mylę) jest uznawanie jako koronnego dowodu przyznanie się oskarżonego do winy, przed czym nawet przestrzegał sam Wyszyński. Jak niebezpieczne jest poleganie w czynnościach dochodzeniowo-śledczych na ochoczym przyznawaniu się oskarżonego do winy wspominał jeden z polskich sędziów:

       

      Może to zabrzmi jak herezja, ale tak to widzę na gruncie własnych sądowych doświadczeń, że nie ma niczego gorszego dla śledztwa niż podejrzany ochoczo przyznający się do winy. Prowadzący śledztwo tracą wtedy głowy. Przestają myśleć o zabezpieczeniu śladów, eksperymentach, ekspertyzach, opiniach, poszukiwaniu obiektywnych, wiarygodnych świadków. Nic tylko przesłuchują podejrzanego dziesiątki razy maglują na wszystkie strony od świtu do wieczora i "kupują" największe nawet brednie  (Kossecki, op. cit, str. 150).

       

       

                  Kolejną zmorą polskiego sądownictwa, a może bardziej prokuratury, jest podtrzymywanie oskarżeń na podstawie donosów oraz zeznań jednego świadka, wbrew rzymskiej zasadzie, że testis unus testis nullus - jeden świadek, żaden świadek. Praktyka ta stoi całkowicie w przeciwieństwie do polskiej przedwojennej zasady śledczej, gdzie donosiciel, o ile nie był ofiarą, traktowany był z największą podejrzliwością. Tymczasem mamy wiele przypadków, że polscy prokuratorzy z lubością bazują na zeznaniach gangsterów posiadających wiedzę na temat spraw, w których prokuratorzy nie dysponują żadnymi innymi dowodami. Wynikiem tego są dramaty wielu niewinnych biznesmenów, trzymanych długie miesiące w aresztach tylko na podstawie zeznań "współpracujących" z prokuraturą pojedynczych członków grup przestępczych. Inną sprawą jest zagadnienie, czy nie powinno się przywrócić funkcji sędziego śledczego, który nie będąc stroną postępowania mógł je nadzorować w sposób bezstronny i rzeczowy.

                  Całości chaosu w polskim systemie prawnym (europejskim również) dodaje typowe rozmywanie przepisów oraz mnożenie ich zarówno w prawie cywilnym i karnym, istne kruczkarstwo prawnicze, skutecznie dezorganizujące życie społeczne i ekonomiczne. Widać tu wpływ sakralnej cywilizacji żydowskiej ubranej w szatę dogmatyczno-talmudyczną, czyli mnożenia komentarzy do Tory w Talmudzie, a potem komentarzy do komentarzy (np. Gemara do Miszny w Talmudzie). Zwiększenie ilości przepisów religijnych mających obejmować wszelkie aspekty życia przełożyło się na swoistą elephantiasis prawa, nazywaną również potocznie biegunką prawną. Wystarczy posłuchać kilku polskich marszałków sejmu, którzy z dumą opowiadali o tysiącach nowych ustaw przegłosowywanych przez sejm pro publico bono. Mnogość przepisów których nikt nie jest w stanie spamiętać tak naprawdę umożliwia bezprawie, co wiedzieli prawnicy rzymscy: perditissima respublica plurimae leges - gdy państwo nierządne bardzo dużo praw. Mnożenie przepisów zabija etykę w społeczeństwie i zaczyna rozmywać podstawowe pojęcia dobra i zła. Ciągle aktualne wydają się słowa Feliksa Konecznego:

       

      Paragrafiarstwo nas zżera, kruczkarstwo demoralizuje, a wyłączność kazuistyki  wysusza umysłowość naszą. Do ciężkich niesprawiedliwości wiodą nasze kodeksy przez to, że wszystko chcą przewidzieć, a sędziego krępują, nie dopuszczając do głosu słuszności i sumienia. W interpretacji prawa zapanowała metoda talmudyczna finezyjnego krętactwa i komentatorstwa bez granic. Prawo stało się doprawdy siecią pajęczą na drobne muchy, przez którą przebijają się jednak doskonale grube owady; najgorsze łotry rozbijają się bezkarnie "w zgodzie z ustawami". Byle nakręcić do litery przepisu! Z tym musi się zerwać, jeżeli nie mamy utracić sam zmysł moralności (Koneczny, Cywilizacja żydowska, str. 457).

       

      Albowiem (podając dalej za Konecznym) zasada interpretacji prawa polega na dokładnym rozumieniu całości przepisów, ich pobudek i celów, a nie na cząstkowym i oderwanym od całości ich stosowaniu.

       

      Obserwując reformy aktualnego rządu chcącego naprawić niewydolny system prawny III RP, co jest bardzo chwalebne w swoim zamiarze, nasuwa się pytanie, czy wprowadzanie kolejnych ustaw, tudzież zmiany personalne (czasami niewątpliwie potrzebne) na poszczególnych szczeblach biurokracji sądowej, poprawią w sposób znaczący tą niewydolną strukturę. Czy nie powinno się zacząć od zmiany sposobu nauczania przyszłych adeptów prawa, co również musiałoby się wiązać z reformą szkolnictwa wyższego i przywróceniem przedwojennego sposobu kształcenia przyszłych elit państwowych. I o czym również należy pamiętać, czy nie powinno się ograniczyć rozbuchanej i nieefektywnej biurokracji sądowej, która sama przez się czyni z sędziów i prokuratorów biurokratów w togach, przestających tym samym być urzędnikami służby publicznej służącymi społeczeństwu.

       

      wikipedia.org_wyszyskiPodczas procesu Lwa Kamieniewa i Grigorija Zinowjewa krzyczał: żądam, by tych wściekłych psów rozstrzelano, wszystkich! Wszystkich co do jednego!

      (zdjęcie Andriuszy autor znalazł na wikipedia.org).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 kwietnia 2018 19:57
    • Pojęcie prawdy i fałszu w polskim sądownictwie, czyli 18 straconych lat Tomasza Komendy

      Uwolnienie Tomasza Komendy poruszyło polską opinię publiczną. Tragizm tejże sytuacji i fakt spędzenie przez niewinnego człowieka 18 lat w więzieniu wywołuje słuszny gniew w każdym, który zapoznał się ze szczegółami sprawy. Dodatkowo automatycznie pojawia się pytanie, jak to możliwe, że mogło dojść do tak koszmarnej pomyłki. Biorąc pod uwagę dramat Tomasza Komendy i zestawiając go z pozostałymi tragediami ludzkimi będącymi rezultatami pomyłek i bezduszności polskiego wymiaru sprawiedliwości pojawia się nam smutny i ponury obraz rodzimego sądownictwa. Abstrahując od błędu ludzkiego, czy też zwykłego, celowego działania w celu wyrządzenia krzywdy drugiej osobie, większość pomyłek polskiej Temidy wynika z samej złej struktury sądownictwa.

      Osobiście uważam, że zła kondycja polskiego wymiaru sprawiedliwości jest pokłosiem szkodliwej mieszanki cywilizacyjnej toczącej nasz kraj, przenikania się wpływów cywilizacji bizantyjskiej, łacińskiej, turańskiej i żydowskiej. A wszakże podstawowa teza nauki porównawczej o cywilizacjach według Feliksa Konecznego brzmi:

       

      Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby.

       

      Mieszanka cywilizacyjna przekłada się na pogłębianie chaosu polskiej jurysprudencji i niszczenie społeczeństwa obywatelskiego, którego fundamentem powinien być sprawny i sprawiedliwy system wymiaru sprawiedliwości. W znacznej części polskiego społeczeństwa hołdującego elementom cywilizacji łacińskiej, jak choćby poszanowanie własności prywatnej oraz nietykalności osobistej, oburzeniem napawa fakt pomyłek sądowych przekładających się na zamykanie w więzieniach osób niewinnych, tudzież pozbawianie ich majątku. Pamiętajmy, że podobne pomyłki sądowe np. w Rosji,  będącej mieszaniną bizantynizmu i turańszczyzny, budzą o wiele mniejsze oburzenie społeczne. Zdecydowana większość tamtejszego społeczeństwa ma niejako w genach przekazaną predylekcję do wyżej wymienionych form bytu zbiorowego, jak choćby przekonanie o słuszności omnipotencji państwa mogącego bez podania wyraźnego uzasadnienia pozbawiać swoich obywateli majątku i wolności. Aby nie wgłębiać się nazbyt w tego typu rozważania, warto wspomnieć o instytucji dzierżawy wieczystej, którą obecny polski rząd stara się zmodyfikować do oczekiwań polskiego społeczeństwa. Dla łacinnika wychowanego w poszanowaniu dla własności prywatnej, niezrozumiałym jest sama instytucja dzierżawy wieczystej, bo albo coś jest moje, albo nim nie jest. Sama, rodem z PRL, dzierżawa wieczysta zapodana nam z ZSRR jest tworem cywilizacji turańskiej, dalekim pokłosiem stosunków panujących w państwie Wielkiego Chana, gdzie nie było własności prywatnej, a sam chan mógł dowolnie rozdysponowywać majątek pomiędzy swoich poddanych.

                  Jednakże pozostawiając z boku powyższe rozważania o wpływie form życia zbiorowego, czyli cywilizacji, na stanowione prawa, należy skupić się na najbardziej palących problemach polskiego wymiaru sprawiedliwości. A jednym z najpoważniejszych jego niedomagań jest być może niedostateczne programowanie/nauczanie rodzimych adeptów prawa na szczeblu teorii dowodowej oraz logiki. Nie mam zamiaru oczywiście wygłaszać zdecydowanych tez, albowiem zdaje sobie sprawę z powagi zagadnienia i mojej niedostatecznej wiedzy. Niemniej jednak interesującym dla mnie był wykład Józefa Kosseckiego z 2013 roku dotyczący usunięcia pojęć prawdy i fałszu z nauki logiki (Kossecki, https://www.youtube.com/watch?v=RXRdO-uV--Y&t=112s).

      Oczywiście problem jest szerszy i wpisuje się w celowe niszczenie polskiej nauki po 1947 roku. Jeśli jeszcze w pracach dotyczących zarysu logiki w latach 50-tych i 60-tych (Hajdukiewicz, Kuratowski) obowiązywało w logice formalnej pojęcie prawdy i fałszu, to z biegiem lat zaczęto programować umysły przyszłych prawników, że sama logika jest już tylko nauką o poprawnym rozumowaniu i wyciąganiu wniosków, zapominając, że logika powinna zajmować się oddzielaniem prawdy od fałszu. A wszakże, na pojęciu prawdy obiektywnej (materialnej) rozumianej jako zgodność z rzeczywistością, opiera się tak naprawdę cała nasza nauka. Bez pojęcia prawdy i fałszu nie byłoby matematyki, chemii, fizyki, mechaniki, komputerów, ekspresów do kawy, czy lotów w kosmos. W świetle nauk rozumienia prawa, wykluczenie powyższych pojęć uniemożliwia dociekanie faktów i prowadzi do relatywizmu moralnego. Na potwierdzenie moich słów przytaczam słowa Pani sędzi Barbary Piwnik, która komentując casus Tomasza Komendy w jednym z wywiadów stwierdziła, że prokuratorzy bardziej powinni skupiać się na dochodzeniu do prawdy materialnej, w trakcie przeprowadzanych przezeń czynności procesowych.

                  W polskim systemie sprawiedliwości, jak mi się wydaje, króluje typowo bizantyjskie podejście do prawdy, czyli nie rozpatruje się danej informacji czy jest zgodna z rzeczywistością, ale czy jest ona zgodna z twierdzeniami głoszonymi przez biurokratyczne urzędowe autorytety, w wypadku zaś, gdy jest ona z nimi niezgodna, oceniana jest jako fałszywa. Jest to wówczas prawda formalna.

       

      Samo pojęcie prawdy jest zastępowane przez stereotyp, który jest syntezą pojęcia prawdziwości i prawomocności, przy czym decydujące znaczenie ma ta druga część, oznacza to, że prawda materialna ustępuje przed prawdą formalną (Kossecki, Podstawy nowoczesnej nauki o cywilizacjach, 2002, str. 140).

       

      Wpisuje się to doskonale w wypowiedź prokuratora, który oskarżał niewinnego Tomasza Komendę, wyjaśniającego, że pod względem formalnym nie ma sobie nic do zarzucenia. Albowiem, prokurator posługiwał się stereotypem właściwym dla cywilizacji bizantyjskiej: kodowania i przetwarzania informacji, w którym najważniejsze znaczenie ma formalna zgodność z prawem. Dlatego ja osobiście jako łacinnik nie znoszę podnoszonego postulatu, że powinniśmy wszyscy żyć w państwie prawa, ponieważ ja pragnąłbym żyć w państwie etyki !!!

       

       

       

       

       Na ciąg dalszy rozważań na ten temat zapraszam Państwa do następnego artykułu: Paragrafiarstwo nas zżera, kruczkarstwo demoralizuje ...

       

       

       

       Temida1

      Temida wypożyczona z domeny publicznej.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 kwietnia 2018 19:20
  • wtorek, 06 marca 2018
    • Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami!

      Mimo przyrodzonej cesarzowi łagodności, częstokroć porównuje się go do rzeźnika, który poprzez swoje chore ambicje i żądze podboju wyludnił całą francuską ziemię. Pokutuje tu zwłaszcza stwierdzenie skądinąd wybitnego radzieckiego historyka Tarle, który wspomniał w jednej z prac o wyludnionych francuskich wsiach za rządów Napoleona, ponieważ mężczyźni zginęli na polach bitew napoleońskiej epopei. Inny, obecnie żyjący wielki rosyjski znawca Napoleona, profesor Oleg Sokołow, skwitował owe enuncjacje swego rodaka, iż stalinowskie kołchozy pomyliły się jemu z francuską wsią. Jeżeli przytoczymy najnowsze ustalenia historyków (Sokołow, Lentz) to możemy założyć, że w latach 1800-1815 przez szeregi Wielkiej Armii samych Francuzów przewinęło się około 1,8 mln. Francja liczyła wówczas około 28 milionów ludzi (roczny przyrost naturalny to ok. 936 tys.), czyli pod broń powołano mniej więcej 6 % obywateli. W ciągu piętnastu lat zginęło około 800 tysięcy samych Francuzów, co przekłada się na średni roczny ubytek w postaci 60 tys. (0,2 % ludności kraju). Dla porównania w trakcie I wojny światowej 40 milionowa Francja wystawiła pod broń 8 milionów żołnierzy, czyli 20 % swojej populacji, a utraciła prawie 10,5 % swoich obywateli (Oleg Sokołow, Armia Napoleona, 2014, str. 47-56).

                  Jeśli nie dorabia się Napoleonowi łatki rzeźnika to szafuje się porównaniami z Hitlerem, tudzież Stalinem oraz innymi krwawymi tyranami minionych stuleci. Pamiętam francuski film Brygady Tygrysa z 2006 roku, gdzie rosyjska arystokratka podczas rozmowy z francuskim komisarzem policji przyrównuje Iwana Groźnego do Napoleona. Nie ma sensu zestawiać działalności opryczniny z działalnością napoleońskiej tajnej policji. Trzeba przyznać, że za rządów Napoleona przeciwników politycznych wsadzano do więzień, czasami bez wyroku sądu. Przyjmuje się, że reżim napoleoński więził około 2500 ludzi, co jest liczbą śmiesznie małą jeśli porównamy ją z setkami tysięcy aresztowanych w czasie terroru Rewolucji Francuskiej. Sam Napoleon zanim koronował się na cesarza przeprowadził plebiscyt, gdyż nie chciał przybrać cesarskiej purpury wbrew narodowi. W plebiscycie wzięło udział około 40% z ponad 8 mln uprawnionych do głosowania Francuzów  (oczywiście głosowali tylko mężczyźni), zgadzając  się na powołanie do życia instytucji cesarstwa. Już ten sam fakt zbija wszelkie idiotyczne oskarżenia wobec Bonapartego, iż był tyranem. Jak sam powiedział:

       

      Moją polityką jest rządzić ludźmi tak, jak sobie tego życzy większość. Jest to, moim zdaniem, właściwy sposób uznawania suwerenności ludu.

       

                  Warto tutaj się na chwilę zatrzymać i zadać sobie pytanie, na czym polegał fenomen władzy Napoleona. Trzeba z całą mocą podkreślić, że sam Korsykanin był dzieckiem rewolucji francuskiej. A sama rewolucja francuska, pomijając milczeniem jej bezprzykładny terror, była masowym ruchem społecznym wywołanym przez rosnącą w siłę burżuazję. Potężniejące w siłę ekonomiczną mieszczaństwo, wsparte przez rodzącą się ideologię liberalno-wolnomularską zniszczyło stary porządek (ancien regime) opierający się na sojuszu szlachty (świeckiej i duchownej) z władzą królewską, legitymizowany przez teologię katolicką. Napoleon wiedział, że zmiany społeczne zaszły tak daleko, iż nie ma już możliwości sprawowania władzy monarszej we Francji z Bożej Łaski, gdyż zlaicyzowane społeczeństwo francuskie nie zaakceptowałoby takiego rozwiązania. Ludwik XVI nakładając w przypływie trwogi na swoje skronie czerwoną czapkę frygijską, będącą symbolem rewolucji, starł tym samym święty olejek namaszczający go jako Wikariusza Boga. Sacrum zostało podeptane i od tego nie było już odwrotu. Społeczeństwo liberalno-mieszczańskie wierzyło już tylko w swoją wolną wolę w kształtowaniu polityki państwa i odrzuciło religię na rzecz politycznego ateizmu. Co więcej, rewolucja stworzyła świadomość polityczną i narodową wśród chłopstwa i mieszczaństwa. Dało to rewolucyjnej Francji siłę do odparcia agresji ze strony sąsiadów.

                  Kiedy Cesarstwo Francuskie pokonało w 1806 roku Prusy pod Jeną, zdaniem niektórych badaczy nastąpiło wówczas symboliczne zwycięstwo porządku liberalno-demokratycznego nad monarchistyczną Europą. Rozpoczął się wówczas pochód nowoczesnego ładu politycznego przejawiającego się silnym i kompetentnym państwem, podporządkowaniu się państwa rządom prawa oraz odpowiedzialności rządu przed ogółem obywateli (Francis Fukuyama, Historia ładu politycznego, 2012, str. 467).

       

                  Napoleon koronując się na cesarza Francuzów wpisał się całkowicie w spuściznę rewolucyjną. Jednakże mądrość cesarza przejawiła się tym, że pomimo laicyzacji życia państwowego, wyhamował bezprzykładne zwalczania religii. Jak sam  przyznał:

       

      Ze wszystkich religii katolicyzm jest tą, która najbardziej pasuje do ustroju demokratycznego, gdyż skutecznie umacnia prawa i najlepiej wyjaśnia jego zasady [...] Największym republikaninem był Chrystus.

      Religia chrześcijańska jest religią społeczeństwa cywilizowanego. Ona podnosi człowieka, głosząc wyższość ducha nad materią. Nie szanować tej religii, to znaczy być pozbawionym zdrowych pojęć moralnych i oddawać się libertynizmowi myślowemu, który niesie dezorganizację społeczeństwa.

                 

                  Nie trzeba komentować tych słów. Napoleon zrozumiał jak ważna jest otoczka duchowa w życiu publicznym przekładająca się na wzrost etyki w stosunkach społecznych i do jakiego wynaturzenia może doprowadzić tworzenie społeczeństwa konsumpcyjnego. Warto przypomnieć sobie te myśli cesarza zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

                  Mimo, że Napoleon został pokonany przez siły europejskiej reakcji, czyli państw kierowanych przez swoje elity polityczne hołdujące ancien regime, nie można było zatrzymać przemian społecznych przyspieszonych przez Rewolucję Francuską. Święte Przymierze tylko opóźniło nieco te przemiany, które zaczęły przejawiać się w budzeniu się świadomości narodowej na kontynencie europejskim. Jak zauważył francuski konserwatysta de Maistre, Ludwik XVIII nie wstąpił po upadku Napoleona na tron Burbonów. Wstąpił tylko na tron Bonapartego. Pod przykrywką Restauracji utrzymały się u władzy bonapartystowskie elity polityczne, administracyjne i społeczne, a cenzus urodzenia został zastąpiony przez cenzus majątkowy, co potem zaowocowało powstaniem pierwszej monarchii burżuazyjnej Ludwika Filipa (Adam Wielomski, Filozofia polityczna francuskiego tradycjonalizmu, 2013, str. 289-306).

                  Mit Napoleona Bonaparte stał się pożywką dla rewolucjonistów całego globu. Albowiem, prócz Europy Simon Bolivar czynił krwawą łaźnię Hiszpanom w Ameryce, nurzając się oparach napoleońskiej legendy. Kajdany Świętego Przymierza miały być znienawidzone przez liberałów, którzy w sercach nosili idee liberalnej, napoleońskiej monarchii. Mniejsza, czy nie był to obraz fałszywy, czy też Napoleon tak naprawdę pragnął stworzyć jedne paneuropejskie państwo przezwyciężając lokalne partykularyzmy. Prawdą natomiast jest, że romantyczni poeci przepojeni ideą wolności i samostanowienia narodów pokochali cesarza, czemu dali wyraz w swojej twórczości.

      Mickiewicz: Życie Napoleona to nieziemska epopeja naszego wieku.

      Puszkin: Niech piętno hańby dotknie tych, co mu urągają. Chwała mu! Jego testament to wolność świata!

      Goethe: Jest on istnym streszczeniem świata a jego życie to życie półboga. Blask, który go otaczał, nie przygasł ani na chwilę.

      Byron: Łotr Wellington jest szczenięciem fortuny [...]. Nigdy zwycięstwo nie było tak zmarnowane, jak na tę jałową glebę, tę kupę gnoju tyranii, z której nic poza jajami żmii się nie wylęgnie.

       

       

      DSC_03121

      Napoleon I jako cesarz Francuzów pędzla Gérarda. Obraz autor bloga sfotografował w Deutsches Historisches Museum w Berlinie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 marca 2018 14:24
    • Code Civil des Français. Niech żyje Napoleon!

      O Napoleonie napisano dużo, bardzo dużo. Jeśli zliczymy wszystkie opracowania, dysertacje, książki popularnonaukowe, artykuły w gazetach, które ukazały się o wielkim Korsykaninie poprzez dwa stulecia, to jestem przekonany, że liczba ta przekroczyłaby setki tysięcy. W samej Rosyjskiej Bibliotece Narodowej w latach 1801-1803 znajdowało się 1795 pozycji traktujących o Pierwszym Konsulu, który miał potem zostać cesarzem. I co najciekawsze są to pozycje wyrażające się o Napoleonie w sposób nad wyraz pochlebny, co może zdziwić, bo wszakże Rosja i Francja złączyły się potem w śmiertelnych zapasach. Korsykanina w carskich dokumentach określano: ów energiczny geniusz; czułe i życzliwe ludziom serce z wstrzemięźliwością, umiłowaniem chwały i odwagą zwycięzcy.

      Nikołaj Karamzin, ojciec rosyjskiej historiografii stworzył swym piórem sugestywny opis Napoleona:

      Czyż można bowiem za pomocą pędzla albo dłuta wyrazić ogień płonący w jego oczach albo przyjemny wyraz jego ust (Oleg Sokołow, Napoleon, Aleksander i Europa 1806-1812, 2016, str. 26-27).

                  Coś było w jego oczach i spojrzeniu, co uwodziło i przyciągało. Przyciągało i  pociągało kobiety, a charyzma i dotyk Korsykanina działały jak afrodyzjak na ówczesne mieszczki i damy.  Księżna d’Abrantes miała zachwycić się jego dłońmi: z których największa kokietka byłaby dumna i których skóra, biała i gładka, osłaniała stalowe mięśnie.

      Napoleon potrafił uwodzić nawet niechętne mu niewiasty. Luiza, królowa Prus, nienawidząca tego strojącego się w purpurę parweniusza, po spotkaniu z nim miała przyznać:

       

      Głowa jego ma piękny kształt, a rysy świadczą o wybitnej inteligencji. Przypomina cezara rzymskiego. Kiedy się uśmiecha, w kącikach ust pojawia mu się rys dobroci.

                 

                  Skupiając się jeszcze przez chwilę na wyglądzie cesarza warto zwrócić uwagę, wbrew utartym poglądom, że był dość wysoki jak na swoje czasy, ponieważ mierzył 169 cm. Wszelkie bajania o jego niewielkim wzroście trzeba odłożyć na bok jako kalumnie.  Typowy francuski woltyżer (żołnierz lekkiej piechoty) mierzył wówczas około 160 cm. Złośliwości stwierdzające, że cesarz był niskiego wzrostu brały się stąd, gdyż nad wyraz często oglądano go w otoczeniu gwardzistów. Jeśli gwardzistami byli  grenadierzy gwardii mierzący co najmniej 180 cm, to rzeczywiście Bonaparte był od nich niższy. A dodajmy, że gwardziści chodzili w bermycach, które to nakrycia głowy samo przez się czyniły ich wyższymi wobec cesarza noszącego charakterystyczny bikorn.

       

                  Niewątpliwie Napoleon nie był taki niski wzrostem jak zwykli go oczerniać adwersarze. Iż cesarz był wielki duchem, temu chyba nikt nie zaprzeczy. Ale Napoleon był również wielki intelektem. Nie dziwi to, gdyż był oficerem artylerii, elity ówczesnych sił zbrojnych. Rasowy oficer musiał mieć umysł ścisły i zdolności matematyczne. Jeden z historyków nazwał Bonapartego przywódcą państwa matematyków. On sam, zwiedzając Piramidę Cheopsa miał podziwiać ogrom budowli i popaść z zadumę. Towarzyszącemu mu uczonemu  oznajmił, że z bloków kamiennych użytych do jej budowy można byłoby znieść wokół Francji mur wysoki na trzy metry i szerokości jednego metra (Paul Strathern, Napoleon w Egipcie, 2009, str. 171).

      Korsykanin był pełen szacunku dla nauki i zawsze cenił chwilę, kiedy został przyjęty do sekcji mechaniki Akademii Francuskiej. Cenił także uczonych, a jak tylko dotarł do Torunia od razu zażyczył sobie odwiedzić dom Kopernika. Zostawszy władcą Francuzów miał powiedzieć: Nauka i szkolnictwo wyższe są dla mnie najwartościowszymi atrybutami Cesarstwa.

      Sam pobierał edukację w Królewskim Kolegium Militarnym w Brienne-le-Chateau, w Akademii Wojskowej w Paryżu i szkole oficerskiej artylerii w Auxonne. Zbiór pism Napoleona dotyczący rozważań na temat dzieł fortyfikacyjnych zachował się przeszło w 50 tomach, gdzie była mowa o idei twierdzy otoczonej fortami (obozu warownego), która to koncepcja weszła w życie pod koniec XIX wieku. Umysł cesarza był szeroki i otwarty. Zadziwia pewna wygłoszona przezeń uwaga, jakby zwiastująca przewrót darwinowski:

       

      Skonstatowawszy na polowaniu jak podobne ludzkim są wnętrzności zwierząt, zrozumiałem, że człowiek to tylko wyżej rozwinięty organizm w łańcuchu, którego pierwszym ogniwem jest roślina.

       

                  Największym jednak intelektualnym wkładem cesarza był kodeks. Jak sam miał przyznać:

       

      Moja sława nie polega na tym, że wygrałem 40 bitew; Waterloo wymazało wspomnienie tych zwycięstw, ale nie wymaże tego, co żyć wiecznie będzie - mojego kodeksu cywilnego.

       

      Warto poświęcić kodeksowi Napoleona nieco uwagi.

      Albowiem, w chwili wybuchu Wielkiej Rewolucji we Francji obowiązywało około 360 odmiennych zbiorów praw, co stanowiło mieszaninę lokalnych praw zwyczajowych, feudalnych, kanonicznych, tudzież prawodawstwa rzymskiego. Owa różnorodność prawna dezorganizująca życie społeczne i gospodarcze państwa była jedną z przyczyn wybuchu samej rewolucji. Do ujednolicenia przepisów została powołana komisja prawnicza Rady Stanu, w 1800 roku, w której zasiedli ówcześni wybitni prawnicy: Tronchet, Portalis, Bigot de Préameneu, Maleville. Prace trwały do 1804 roku a nadzorował je sam cesarz. Code Civil des Français ogłoszony został 21 marca 1804 roku. Po 1852 roku powszechnie zaczęto określać go mianem Kodeksu Napoleona.  

      Kodeks Napoleona liczył 2281 artykułów i składał się z trzech ksiąg obejmujących przepisy dotyczące osób fizycznych (art. 7-515), prawa rzeczowego  (art. 516-710) oraz prawa spadkowego, małżeńskiego i majątkowego (art. 711-2281). Sam kodeks przede wszystkim znosił feudalne uprawnienia i przywileje arystokracji. Podkreślał wolność osobistą jednostki, równość wszystkich wobec prawa, nienaruszalność własności prywatnej, swobodę umów, wolność wyznania i pracy. Trzeba podkreślić, że kodeks utrwalał także rewolucyjne zdobycze burżuazji. Ograniczał możliwość dziedziczenia całości majątku przez najstarszego syna, aby nie dopuścić do akumulacji majątku w łonie jednej rodziny, co mogło w przyszłości przełożyć się na powstanie potężnych rodów nowobogackiej arystokracji mogących mieć wpływ na politykę państwa. Code Civil wprowadzał też silną władzę ojcowską i mężowską, co w zamyśle prawodawcy miało stanowić zgodną z interesem państwa ochronę rodziny. Ponadto powodował laicyzację państwa wbrew wcześniejszej feudalnej monarchii. Odbierał władzę kościołowi pozbawiając akt małżeństwa wymiaru sakralnego oraz wprowadził możliwość orzekania cywilnych rozwodów (Natalia Bujniewicz, http://napoleon.org.pl/index.php/artykuly-historyczne).

       

      Gwoli ciekawości, Kodeks Napoleona stosowany jest także w III RP. Powołał się na niego prezydent Łodzi wobec działki, do której Skarb Państwa nie posiadał żadnego dokumentu poświadczającego nabycie nieruchomości. Sąd Najwyższy w uchwale z dnia 27 czerwca 2013 roku przyznał rację prezydentowi Łodzi uznając, że przepis art. 713 KN (Dobra nie mające właściciela należą do państwa) może być podstawą orzeczeń sądowych, albowiem ów przepis zgadza się z wykładnią przepisów z dekretu z dnia 8 marca 1946 r. o majątkach opuszczonych i poniemieckich.

      (http://www.lex.pl/czytaj/-/artykul/sn-kodeks-napoleona-nadal-w-polsce-dziala; Sygn. akt III CZP 29/13 ).

                  Tytaniczna praca wykonana przy kodyfikacji praw jest najlepszym exemplum jak Napoleon traktował swoje obowiązki, jako Pierwszy Konsul, czy później jako cesarz. Do legendy przeszły liczne połajanki Napoleona wobec zasypiających ze zmęczenia ministrów podczas nocnych obrad. Śpiącego ministra budził cesarski kopniak w krzesło z przypomnieniem, że pobiera pensje za swoją pracę. Sam Napoleon potrafił pracować bez wytchnienia kilka dni bez snu, co jest świadectwem jego charakteru. Jako władca postanowił, że godłem cesarstwa będzie pszczoła, symbol pracowitości.

                  Jednakże Napoleon Bonaparte miał również, o czym się zapomina, bardzo wrażliwą duszę. Ba, próbował za młodu nawet swych sił na polu literatury. W 1791 roku popełnił  Dialog o miłości, gdzie zawarł zdanie:

       

      Miłość to namiętne, fatalne uczucie niewolące dusze samotną, świadomą swej bezsiły (...). Uważam ją za szkodliwą dla społeczeństwa i dla osobistego szczęścia człowieka, wierzę mocno, że wyrządza ona więcej zła niż dobrego i że byłoby to prawdziwe szczęście, gdyby nas od niej jakaś czarodzieja uwolniła.

       

      Czy późniejszy bóg wojny był wówczas zapatrzony w boga Erosa i nieszczęśliwie zakochany, trudno dociec. Natomiast pierwsze żarliwe uczucie zstąpiło nań w 1794 roku w Marsylii, kiedy poznał Eugenię Clary, szwagierkę swojego brata Józefa. Z szalonego uczucia nic nie wyszło, gdyż po upływie roku związek się rozpadł. Mniejsza czy on zostawił ją, czy ona jego, niemniej młody Napoleon musiał cierpieć, gdyż przelał swój żal na papier, tworząc romans Clisson i Eugenia, pełen ckliwości i patosu:

       

      Dzięki twojej miłości zakosztowałem słodkiego uczucia bycia mężczyzną.

      Z miłości w końcu się wyleczył, a wspomniana Eugenia Clary po pewnym perypetiach została żoną marszałka Bernadotte'a i zakończyła życie jako królowa Szwecji (Waldemar Łysiak, Napoleoniada, 1998, str. 168-169).

                  Jeżeli wrażliwość wymagana jest przy profesji literata, to Napoleon chociaż nim nie został, wielokrotnie podczas swojego panowania ukazywał wrażliwość na polu społecznym i wojskowym. Po bitwach kazał opatrywać wszystkich rannych nie rozróżniając ich na swoich i nieprzyjaciół. Należy pamiętać, że Napoleon w 1802 roku założył pierwsze centrum zdrowia dziecka: L'Hospital des Enfants Malades w Paryżu. Także warto podkreślić, że zlikwidował karę śmierci za homoseksualizm, gdy w tym czasie w Wielkiej Brytanii za grzech sodomii karano śmiercią. Generalnie, być może jedną z przyczyn upadku Napoleona była zbyt duża łagodność, która u władcy bywa oznaką słabości. Podkreślmy, że Napoleon ułaskawił przeszło dziewiętnastu zamachowców, którzy próbowali mu odebrać życie.  Jak stwierdził Armand de Caulaincourt, generał i dyplomata z najbliższego otoczenia cesarza:

       

       

      Karał niechętnie. Wrodzona łagodność skłaniała go do oszczędzania winnych.  

       

       

      Na ciąg dalszy zapraszam do kolejnego wpisu.

       

      kapelusz_

      Bikorn i szpadę Napoleona z Waterloo autor sfotografował w Deutsches Historisches Museum w Berlinie.

       

      DSC_0349

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 marca 2018 14:00
  • środa, 28 lutego 2018
    • O grzechach cudzych trzeba krzyczeć

                 

       

                  Rząd Polski dzielnie walczy o obronę polskich interesów. A walczy tak wytrwale, że wysyła komisję do Izraela, aby załagodzić aktualny spór. Cóż, nie rozumiem meandrów wielkiej polityki, bo kompletnie nie pojmuje czemu suwerenne państwo za jakie się uważamy, konsultuje z innym państwem swoje ustawy. Dla mnie trąci to odrobinę neokolonializmem, ale chyba trzeba nazwać rzeczy po imieniu i potwierdzić, że Rzeczpospolita Polska jest państwem neokolonialnym, jak zauważył to swojego czasu Rafał Ziemkiewicz. Nie powinno to dziwić, skoro izraelski Kneset obradował 27 stycznia 2014 roku w Krakowie. Nie da się ukryć, że był to pewnie symbol, ale czy pozytywny lub negatywny, trzeba sobie odpowiedzieć samemu.

      Przychodzą mi na myśl żądania przedstawicieli ze Związku Posłów Narodowości Żydowskiej w II RP, którzy w 1920 roku w Komisji Konstytucyjnej domagali się ażeby wszelkie mniejszości (narodowości niepolskie) posiadały autonomiczne prowincje. Liderem związku był Izaak Grünbaum, jeden z późniejszych sygnatariuszy deklaracji o powołaniu państwa Izrael. Mieczysław Niedziałkowski z PPS-u miał wówczas odpowiedzieć:

      Stanowczo,   zupełnie   kategorycznie  i  również  z  całym  spokojem  i  z zupełnie  czystym sumieniem socjalistycznym odrzucamy wszystkie te koncepcje, które chciałyby z Państwa Polskiego uczynić wspólną  własność Polaków i Żydów. […] Jesteśmy gotowi  przyznać wszelkie  prawa  dla   rozwoju   kulturalnego i politycznego poszczególnych  odłamów mniejszości  narodowościowych,  rozsianych po  całym  Państwie Polskim,  ale zachować  musimy  koniecznie  zasadę  ogólną, iż  Państwo Polskie jest państwem tylko polskim (Ewa Kurek, Trudne sąsiedztwo, str. 32).

       

                  W szeroko rozumianej debacie publicznej odrzuca się często powyższe przykłady, przemilczając, że wielu przedstawicieli mniejszości żydowskiej w II RP miało do swojego państwa stosunek ambiwalentny. Z drugiej strony uważam, że nie powinno mieć się pretensji do władz Izraela, tudzież środowisk żydowskich, które stoją na straży swojej polityki historycznej. Co więcej, uważam, że należy mieć pretensje do wielu polskich rządów, które całkowicie lekceważyły polską politykę historyczną. I obecna sytuacja, kiedy Nasz Umiłowany Kraj obrywa cięgi za nieswoje winy, jest wynikiem lat błędów, głupoty i zaniechań, tudzież wpajania naszemu narodowi pedagogiki wstydu. Dochodzi jeszcze nieśmiertelna sprawa z Jedwabnem. Pragnąłbym, ażeby w Jedwabnem wznowiono badania archeologiczne. Raport profesora Andrzeja Koli, który nadzorował prowadzenie badań jest utajniony, co jest cokolwiek dziwne, bo jak można utajniać wyniki badań naukowych? Abstrahując od wielu rzeczy, czy rzeczywiście Polacy dokonali pogromu w Jedwabnem, czy też nie, pierwsze prace archeologiczne ukazały pod warstwą humusu łuski po niemieckich pociskach karabinowych ...

      (http://www.geocities.ws/jedwabne/rozmowa_z_prof_kola.htm)

       

                  Nie wolno utajniać raportów badań archeologicznych. Nie wolno utajniać wyników jakichkolwiek badań. Jest to nic innego jak blokowanie wolnego obiegu informacji, co jest czymś niedorzecznym dla każdego przedstawiciela cywilizacji łacińskiej. Pachnie to zatęchłą turańszczyzną, gdzie wiedza dostępna była tylko dla chana i jego najbliższych mandatariuszy. Nie wiem, czy historię stosunków polsko-żydowskich nie powinno nazywać się tajną historią polsko-żydowską. Całkowicie, nieomal tajne są słowa napisane przez profesora Tomasza Strzembosza o Jedwabnem i specyfice relacji polsko-żydowskich. O tym, z jaka radością Żydzi witali Armię Czerwoną na wschodzie i z jaką ochotą wydawali swoich polskich pobratymców siepaczom z NKWD.

      Roman Sadowski, oficer AK, mąż Haliny, siostry Kazimierza Odyńca, wywiezionej 20.06.1941 roku w głąb ZSRR, tak napisał do mnie 10.11.2000 r.: "W czasie okupacji sowieckiej Żydzi byli 'władcami' tych terenów. Całkowicie współpracowali z władzami sowieckimi. Według relacji kuzynów mojej żony, to Żydzi wspólnie z NKWD ustalali listy do internowania wywiezienia (Tomasz Strzembosz, Przemilczana kolaboracja, http://www.geocities.ws/jedwabne/przemilczana_kolaboracja.htm).

       

      Oczywiście należy to podkreślić z całą mocą, wielu Żydów spolonizowało się i jak najbardziej utożsamiało się z Rzeczpospolitą Polską swoja Ojczyzną. Pozwolę sobie ponownie zacytować Panią doktor Ewę Kurek:

       

      W wojnie obronnej we wrześniu 1939 roku „uczestniczyło w walce z Niemcami w szeregach armii polskiej około 120.000 Żydów, obywateli polskich; 32.216 poległo, a 61.000 zostało wziętych do niewoli niemieckiej”. Niewielka grupka polskich Żydów-żołnierzy założyła jesienią 1939 roku żydowską konspiracyjną organizację „Świt”, która przekształciła się w Żydowski Związek Wojskowy (ŻZW), konspiracyjną organizację wojskową porównywalną w celach i działaniu z Armią Krajową, na czele której stanął porucznik Dawid Apfelbaum. Żołnierze Żydowskiego Związku Wojskowego jako jedyni Żydzi utrzymywali kontakty z Armią Krajową i innymi polskimi organizacjami konspiracyjnymi; w sile szacowanej na 150- 400 dobrze uzbrojonych żołnierzy walczyli w Powstaniu w Getcie Warszawskim w 1943 roku (Kurek, op.cit., str. 63).

       

      Gwoli ścisłości warto zapamiętać ten fragment, aby przygotować się na wszelkie próby oczerniania AK, iż nie pomogła z wrodzonego antysemityzmu Żydowskiej Organizacji Bojowej w powstaniu w getcie. Różnica polegała na tym, że ŻOB był przesiąknięty komunizmem i niechęcią (delikatnie mówiąc) wobec państwa polskiego, natomiast ŻZW do końca posłuszny był dyrektywom rządu londyńskiego, a jego bojownicy bili się pod polską flagą.

       

                  Całkowicie tajny, wręcz przemilczany przez niektóre organizacje żydowskie jest udział samych Żydów w mordowaniu narodu żydowskiego. Tymczasem, II RP jako jedyne z okupowanych państw przez Niemców stworzyło organizację pomagającą w ratowaniu Żydów od zagłady: Żegotę. Podczas II Wojny Światowej organizacje żydowskie z USA nie pofatygowały się, aby ratować swoich pobratymców (vide dramat pasażerów statku St. Louis). W sumie pofatygowały się zakładając jedną organizację do ratowania żydowskich dzieci w roku 1946, kiedy wojna się skończyła. Przemilcza się obecnie fakt, ile żydowskich dzieci uratowanych zostało w prawie 200 klasztorach na terenie Polski.

                  Natomiast sami Żydzi współpracowali z Niemcami w anihilacji swojego narodu. Dajmy na to w getcie łódzkim, w machinie śmierci kierowanej przez wyjątkową bestię Chaima Rumkowskiego, pracowało około 10 tys. Żydów, jako wykonawcy niemieckiego procesu niszczenia i śmierci:

       W ciągu ostatnich 8 dni przyjęto do Służby Porządkowej około 100 nowych członków spośród mężczyzn ostatnio przesiedlonych do getta. Są nimi wyłącznie byli oficerowie armii niemieckiej, austriackiej i czeskiej. Na razie wszyscy oni zostali przyjęci w charakterze zwykłych szeregowych. Wśród przyjętych jest 2 byłych majorów (Kronika getta łódzkiego, 2 grudnia 1941 r.).

                 

                  Milczy się o zbrodniach Rad Żydowskich (Judenratów), których funkcjonariusze współpracowali z Niemcami. "Bez daleko posuniętego współdziałania Rad Żydowskich zamordowanie tak wielkiej liczby Żydów byłoby niemożliwe", miała gorzko stwierdzić Hannah Arendt. I sama dodaje, że sędzia izraelski Benjamin Halevi w procesie Eichmanna przyznawał, że "Judenraty prowadziły politykę współpracy z nazistami [...] naziści uważali tę współpracę za "kamień węgielny" swej polityki żydowskiej" (Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie, Kraków 1998, str. 160).  Jakże strasznie czyta się obecnie pamiętniki Adama Czerniakowa o działaniach urzędników z warszawskiego Judenratu, którzy dostarczyli władzom niemieckim pełną listę chrześcijan żydowskiego pochodzenia ... Z drugiej strony polscy księżą narażając życie wypisywali Żydom metryki chrztu. Za serce chwyta relacja  nowojorskiego prawnika Miltona  Kestenberga o swoim ojcu:  

       

      Leżącego przy torach ze zwichniętą nogą znaleźli strażnicy, których poinformował, że szedł właśnie do znajomego księdza, aby w ten wojenny czas przystąpić do sakramentu pokuty. Doprowadzony do najbliższej plebani, został przywitany przez obcego mu proboszcza jak stary znajomy. Dostał dach nad głową i doskonałą opiekę. Przyjaźń mego ojca, Żyda, i tego przypadkowego proboszcza o dobrym sercu przerwała wiele lat po wojnie dopiero śmierć (Kurek, op. cit. str. 122-123).

                 

                  Świadomość zbrodni dokonanej przez swoich rodaków miał sam Dawid Ben Gurion, konstatując:

      Tym, którzy ocaleli, gdyby niebyli tym, kim byli: złymi, brutalnymi egoistami, na pewno by się to nie udało. To, co przeżyli, wyrwało z ich duszy wszystko, co najlepsze.

       

                  Cóż, utajnianie informacji, które mają być tylko przeznaczone dla warstw kierowniczych, a nie dla ogółu, jest immanentną cechą każdej cywilizacji sakralnej, w tym również cywilizacji żydowskiej. Po dziś dzień żydowscy rabini czytają szeptem księgę Estery, gdzie jest mowa o tym, jak Żydzi zamordowali swoich perskich prześladowców. Jeśli wykrzykiwane mają być zbrodnie Persów nad Żydach, to szczegóły żydowskiego odwetu winny być czytane przyciszonym głosem, gdyż o grzechach cudzych trzeba krzyczeć, a o swoich winno się milczeć.

                  Badając skomplikowane stosunki polsko-żydowskie trzeba odrzucić dwie skrajne postawy: antysemityzm i filosemityzm. Bo ani filosemityzm, ani antysemityzm jako dwie skrajności nie powinny mieć miejsca. Natomiast powinno mieć miejsce dochodzenie do prawdy. Owe święte słowa miał wypowiedzieć swojego czasu profesor Maurycy Horn, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, iż Żydzi nie potrzebują filosemityzmu, ani antysemityzmu, tylko potrzebują prawdy.

       

       

       

      LodzStamp_2Znaczek pocztowy wydawany w łódzkim getcie z podobizną Chaima Mordechaja Rumkowskiego

      (autor wypożyczył ze strony http://tropicielehistorii.pl)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      środa, 28 lutego 2018 09:19
  • wtorek, 20 lutego 2018
    • Kto chciał wojny z bolszewikiem? czyli ciąg dalszy ciągu dalszego

                 

       

                  Zgłębiając dzieje polskiego podziemia niepodległościowego na początku XX wieku, nie sposób nie wspomnieć o wizycie Dmowskiego i Piłsudskiego w Tokio w lipcu 1904 roku. Świeżo wybuchła wojna rosyjsko-japońska otworzyła bowiem nowe możliwości dla walki z caratem. Obydwu późniejszym tuzom polskiego ruchu niepodległościowego towarzyszył korespondent lwowskiego Słowa Polskiego James Douglas. Ów James Douglas, można rzec naturalizowany Polak o szkockich korzeniach, urodzony  w 1878 roku na Ukrainie, był także obywatelem brytyjskim. Do Tokio miał przybyć oficjalnie jako korespondent gazety, a zarazem potajemnie miał monitorować poczynania Dmowskiego dla PPS (listy Douglasa do działaczy PPS-u Jodko-Narkiewicza i Jędrzejowskiego). W praktyce mógł być również aniołem stróżem z ramienia brytyjskich służb obu działaczy polskiego podziemia. Jak wspomina w swojej pracy Józef Kossecki:

       

      mógł też Douglas w sposób niewidoczny i dla jednych dla drugich (zwłaszcza gdy nie znali oni ówczesnych celów tajnej polityki brytyjskiej) wywierać dyskretny wpływ na ich poglądy i działania. Tego rodzaju ukryta inspiracja może być często bardziej skuteczna niż oficjalne jawne sterowanie (Józef Kossecki, Tajemnice mafii politycznych, str.  237-239).

       

      Sam Douglas cieszył się zaufaniem władz japońskich. Został nawet zatrudniony jako cenzor korespondencji polskich jeńców z armii carskiej. On sam umożliwił Piłsudskiemu, który wówczas był tak naprawdę tylko jednym z wielu działaczy polskiego PPS-u, a który to PPS bynajmniej nie reprezentował politycznie całej polskiej sceny organizacji niepodległościowych (Dmowski był przedstawicielem Ligi Narodowej), spotkanie z wyższymi urzędnikami Cesarstwa Japonii.

                  Oczywiście wszelkie rozważania, że James Douglas był agentem brytyjskiego wywiadu jest zwykłym gdybaniem, jednakże należy mieć na uwadze, że ów wywiad miał ułatwione zadanie aby monitorować szeregi Polskiej Partii Socjalistycznej. Mianowicie w latach 1891-1902 w Londynie wychodziła gazeta PPS Przedświt,  a jego redaktorem był Leon Wasilewski (późniejszy minister spraw zagranicznych i wolnomularz).  Dmowski nazywał Przedświt organem myśli PPS-u, gdzie była

       

      kombinacja zamkniętej już przeszłości z nieotwartą jeszcze i nie wiadomo, czy mającą się kiedykolwiek otworzyć przyszłością. [...] nie rozumiano współczesnej rzeczywistości i nie umiano stanąć na jej gruncie (Dmowski, Polityka Polska i odbudowanie państwa).

       

      Służby imperium mogły rozpracowywać polskich socjalistycznych działaczy u siebie na miejscu. W Londynie wielokrotnie przebywał nawet sam Józef Piłsudski. Oczywiście nie znaczy to, że brytyjski wywiad dla swoich celów mógł werbować poszczególnych członków PPS-u, tudzież samego Piłsudskiego. Pomijając wszelkie dywagacje o wulgarnej, agenturalnej działalności, trzeba mieć na uwadze, iż  metody tajnego sterowania mogły mieć o wiele bardziej subtelny charakter:

      można na przykład operować jakimiś niby społecznymi funduszami, można postarać się o to, aby określone osoby pozyskały sobie autorytet i zaufanie danego środowiska i mogły mu następnie udzielać "dobrych rad", można serwować odpowiednio dobrane "poufne" informacje pochodzące ze sfer dobrze poinformowanych (Kossecki, op. cit. str. 252).

       

      Jeśli rzeczywiście Wielka Brytania mogła wywierać pewien wpływ, tudzież inspirować działalność poszczególnych działaczy PPS-u,  aby była ona zgodna z brytyjską racji stanu, to na czym polegała brytyjska  racja stanu wobec Polski, której wtedy nie było na mapie?

       

      Ograniczając się do samej wojny rosyjsko-japońskiej,  to niewątpliwie w interesie angielskim leżała wówczas przegrana Rosji. Z tego względu, że Rosja nieporównywalnie silniejsza od Japonii stanowiła większe zagrożenie dla supremacji Brytanii w Azji (zwłaszcza w Chinach) niż Japonia. Najlepszym potwierdzeniem kierunku polityki angielskiej był podpisany w 1902 roku sojusz z Japonią. Piłsudski, który przybył do Tokio żeby namówić władze Nipponu do poparcia powstania antyrosyjskiego w Kongresówce (miał np. spotkanie z gen. Muratu, zastępca szefa Sztabu Generalnego),  mógł wpisywać się swoim działaniem w cele polityki brytyjskiej. Na szczęście Dmowskiemu udało się pokrzyżować zapędy towarzysza Wiktora, gdyż wzniecenie takowej irredenty w zaborze rosyjskim zakończyłoby się podobnie jak powstanie styczniowe.

                 

                  Sama polityka brytyjska  kierowała się niezłomną zasadą zwalczania najsilniejszego podmiotu politycznego w Europie, sprzymierzając się z drugim z najsilniejszych państw, które z racji rzeczy było głównym adwersarzem tego pierwszego. I jeśli począwszy od połowy XVIII  do  XIX wieku Wielka Brytania zawsze wspierała Prusy wobec Francji, to po zjednoczeniu Niemiec w 1871 roku polityka brytyjska uległa zmianie. Angielskie koła polityczne z  niepokojem  patrzyły na niepokojący w swej szybkości wzrost potęgi Cesarstwa Niemieckiego i tak  narodziło się "serdeczne przymierze" z Francją. Dopóki Niemcy były silne i mogły być kandydatem na hegemona Europy, Imperium Brytyjskie wspierało niepodległościowe dążenia Polaków, vide poparcie dla Komitetu Polskiego utworzonego przez Romana Dmowskiego. Należy tutaj podkreślić, że jeśli Liga Narodowa, której to Dmowski był liderem, szukała oparcia dla polskiej niepodległości w słabnącym państwie rosyjskim, to PPS z Piłsudskim na czele kierowali swoje nadzieje na niepodległość wobec Cesarstwa Niemieckiego.  Niemieckie afiliacje PPS-u  ułatwiały ponadto powiązania z niemieckimi socjalistami, co trafnie zauważył sam Dmowski:

       

      Polska Partia Socjalistyczna należała do partii socjalistycznych prawowiernych. Tak jak prawowierność rzymskiego katolika zewnętrznie poznaje się po tym, że uznaje on papieża za głowę Kościoła, prawowierne partie socjalistyczne uznawały za głowę Socjalną Demokrację niemiecką [...] Z drugiej strony, nie można było odmówić socjalnym demokratom niemieckim, że byli wcale niezłymi Niemcami: podczas wojny europejskiej wykazali oni wiele niemieckiego patriotyzmu. Umieli nawet rozwijać akcję polityczną na zewnątrz w interesie wojującego cesarstwa, niewątpliwie w ścisłym, porozumieniu z rządem [...] np. ofensywa pokojowa niemiecka na początku 1917 pod hasłem "pokój bez aneksji", robota dobrze świadcząca [...] o ich zdolności zużytkowania swych wpływów za granicą na korzyść państwa niemieckiego  (Dmowski, Polityka Polska i odbudowanie państwa).

       

      Poniekąd tymi to zależnościami można tłumaczyć predylekcję obozu piłsudczykowskiego, wywodzącego się z szeregów PPS-u, do koncepcji federacyjnej, wpisującej się tak naprawdę w niemiecką rację stanu, o czym wspominałem we wcześniejszym tekście. Co więcej, koncepcja federacyjna wpisywała się też całkowicie w interesy polityki brytyjskiej. Albowiem, gdy pobite Niemcy przestały już stanowić zagrożenie, na konferencji pokojowej w Paryżu  angielscy politycy pragnęli żeby Niemcy nie wyszły z wojny za bardzo osłabione. Osłabienie Niemiec i wzmocnienie Francji nie wpisywało się w linię polityki angielskiej. A wzmocnieniem Francji byłoby powstanie silnej Polski, która była wyraźnie postrzegana jako najbliższa sojuszniczka Francji. Jeszcze w trakcie I wojny światowej Roman Dmowski miał usłyszeć od późniejszego premiera Nevilla Chamberleina, że w interesie angielskim leży umożliwienie Niemcom swobodnej ekspansji na wschód, w czym silna Polska będzie tylko przeszkadzać.  Można tylko spekulować, czy propagowanie brytyjskiej racji stanu odbywało się również na szczeblu lóż wolnomularskich, pamiętając o dużym wpływie lóż masońskich na polskie życie polityczne w 1919-1920 r., o czym również wspominałem we wcześniejszym tekście.

       

                  Na zakończenie warto powiedzieć, że jeśli wpływy niemieckie i brytyjskie zwiększyły w kręgach piłsudczykowskich tendencje do forsowania koncepcji federacyjnej, to przełożyło się to pośrednio na podjęcie decyzji przez Piłsudskiego o wyprawie kijowskiej, która zakończyła się klęską. Warto wspomnieć, że konto obozu piłsudczykowskiego obciąża także opieszałość Naczelnika Państwa do udzielenia pomocy obrońcom Lwowa walczącym tam w 1918 roku przeciwko nacjonalistom ukraińskim. Można pozostawić historykom domysły, czy było to działanie celowe, gdyż w umyśle Piłsudskiego koncepcja federacyjna brała górę nad chęcią przyłączenia Lwowa do macierzy, czy kalkulacja, gdyż tworzące się dopiero siły polskie były niewystarczające do obrony  wszystkich zagrożonych odcinków rodzącego się państwa. Faktem jest natomiast, że szef sztabu generalnego generał Rozwadowski 14 listopada zażądał od Naczelnego Wodza wydania rozkazu odsieczy pod groźbą własnej dymisji (co choćby przytacza Jędrzej Giertych w Tragizmie losów Polski).  

                 

                  Niemniej jeszcze raz trzeba podkreślić, że wojna polsko-bolszewicka zakończyła się zwycięstwem. Rzeczpospolita odsunęła niebezpieczeństwo od doliny Wisły dzięki Cudowi nad Wisłą. Następnie dzięki zwycięskiej bitwie niemeńskiej i talentom dowódczym samego Piłsudskiego odsunęła dalej  niebezpieczeństwo ze wschodu za linię Niemna,  zabezpieczając tym samym kierunki operacyjne od Bramy Smoleńskiej i Bramy Brzeskiej. Traktat Ryski dał Rzeczpospolitej wschodnie granice poza wcześniej ustaloną linią Curzona, dzięki czemu młode państwo polskie na wypadek kolejnej wojny z Sowietami zyskało głębię strategiczną i dogodną bazę operacyjną  do odparcia ewentualnej agresji. Niestety pierwszy atak nadszedł z zupełnie innej  strony ...  

       

       Pisudskisushi

      Autor wypożyczył ze strony: http://muzeumpilsudskiblog.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 lutego 2018 21:42
  • piątek, 16 lutego 2018
    • Kto chciał wojny z bolszewikiem? ciąg dalszy

      Profesor Paweł Wieczorkiewicz, jeden z najwybitniejszych polskich znawców historii Związku Radzieckiego, stwierdził dobitnie, że Józef Piłsudski miał rację nie udzielając pomocy  Denikinowi. Albowiem, dopomagając w zniszczeniu czerwonych, Polska stanęłaby w sąsiedztwie Rosji białej, sojuszniczki Ententy. Denikin co prawda deklarował zgodę na niepodległość Polski (np. sławetny bankiet w Taganrogu w nocy z 14 na 15 września 1919 roku), ale widział Polskę do Bugu, a kwestię ziem zamieszkałych przez polską ludność dalej na wschód pozostawiał do ewentualnych negocjacji. Zatem całkowicie zrozumiała wydawała się konstatacja Naczelnika Państwa, że biała Rosja jest sojusznikiem niepewnym, bo niepewne były same deklaracje Denikina wobec uznania ostatecznych granic odrodzonej Polski. Inna sprawa, że późniejsza propaganda sanacyjna stworzyła przekaz, że Denikin nie uczynił żadnych deklaracji odnośnie niepodległości Polski, co było oczywistą nieprawdą.

       

      Młode państwo polskie nie mogło sobie absolutnie pozwolić na przyszły konflikt o wschodnią granicę z Rosją białą, kontynuatorką carskiego imperium, będącą sojuszniczką Ententy oraz najsilniejszym sojusznikiem militarnym Francji. Dodajmy, Francji będącej wręcz akuszerką polskiej niepodległości. Sam Denikin, podobnie jak wielu byłych carskich generałów, uważał iż niemożliwością będzie odtworzenie przedwojennego państwa carów w pierwotnych granicach (dodajmy, że państwo rosyjskie miało być już republiką). Zgadzał się iż Polska oraz Finlandia muszą być państwami niepodległymi, gdyż sama Rosja nie będzie miała sił, aby niepodległości tychże ziem przeszkodzić. Niemniej kierownictwo polityczne białych nie chciało słyszeć o niepodległości dla Ukrainy, Łotwy, Estonii, czego z kolei domagał się Piłsudski w ramach swoje koncepcji federacyjnej. Koncepcji polegającej na odgrodzeniu państwa polskiego łańcuchem państw buforowych od Rosji.

       

                  Sam Piłsudski wojny ze wschodnim sąsiadem chciał, gdyż jego zdaniem tylko zwycięska walka mogła wyleczyć naród polski z kompleksów przegranych powstań. Zdaniem Piłsudskiego wojna z Rosją była nieunikniona i nieważne w jaki polityczny płaszcz Rosja ta byłaby odziana. A, że jak było wskazane powyżej, wojna z Rosją białą nie wchodziła w rachubę, ewentualna wojna z Rosją czerwoną mogła przysporzyć Polsce sojuszników na zachodzie. Istota Rosji bolszewickiej polegała na odcięciu się od tradycji Rosji carskiej. A takiej Rosji żaden zachodni rząd nie był w stanie zaakceptować. Kierownictwo polskie napawał nadzieją krwawy, bezprzykładny terror władzy ludowej, skutkujący rzezią starej arystokracji, elit intelektualnych, co musiało się przełożyć na osłabienie państwa radzieckiego. Należy też pamiętać, że specyfika przewrotu bolszewickiego zasadzała się na tym, że ster Kraju Rad  przejęli ludzie odcinający się wręcz od kultury i tradycji rosyjskiej, w dużej mierze nie będący nawet etnicznymi Rosjanami (głównie Polacy i Żydzi). Jakże sugestywna jest  anegdota opowiadająca o spotkaniu Leona Wasilewskiego (działacza PPS, ministra spraw zagranicznych) z Feliksem Dzierżyńskim. Kiedy Wasilewski zarzucił Dzierżyńskiemu, że ten jest iście "krwawym Feliksem", sam Feliks miał odpowiedzieć:

       

      Daj spokój, zabijam nie ludzi, tylko Ruskich!

       

                  Zatem Piłsudski uważający, że z Rosją białą czy czerwoną bić się będzie trzeba, z powyższych względów wybrał do bicia czerwoną. Być może liczył także na ułatwioną przyszłą penetrację wywiadowczą elit partii komunistycznej, z racji dużej diaspory polskiej na ziemiach rosyjskich i pewnych wspólnych, starych powiązań polskich i rosyjskich nielegałów  zwalczających carat. Nie miejsce tutaj aby opisywać późniejszą walkę wywiadów i działalności polskiego II Wydziału, gdyż jest to temat wielce skomplikowany. Wielu historyków podkreśla rozpracowanie polskiego wywiadu przez agenturę sowiecką, inni z kolei zaznaczają, że rzeź polskiej mniejszości w Rosji Radzieckiej w 1937 roku przez szefa NKWD Jeżowa jest najlepszym potwierdzeniem siły penetracji przez II Wydział struktur państwa radzieckiego. Albowiem, bez biologicznej eliminacji potencjalnej polskiej agentury Związek Radziecki nie był w stanie obronić się kontrwywiadowczo.

                   Można oczywiście rozważać racje, czy wojna z bolszewikami była nieunikniona, czy też nie. Profesor Wieczorkiewicz zwrócił uwagę, że wszelkie propozycje pokojowe Sowietów nie mogły być brane poważnie gdyż:

       

       Bolszewicy podchodzili do układów międzynarodowych z mentalnością Kalego.

       

      Unieważnione przez Lenina np. traktaty rozbiorowe Polski nie miały większego znaczenia, ponieważ rząd ludowy w ramach swoistego resetu dziejowego unieważnił wszystkie akty wydane przez rząd carski.

                  Z drugiej strony warto przytoczył opinię Jana Engelgarda zwracającego uwagę na jeden znamienny fakt. Polski atak na Kijów został potraktowany przez bolszewickie koła polityczne jako atak na kolebkę Rusi. Internacjonalista Lew Trocki wydał wtedy pamiętną odezwę: Ojczyzna w niebezpieczeństwie. Wstępujcie do Armii Czerwonej, co było czymś niebywałym dla bolszewików odrzucających wszelką tradycję narodową. Ciężaru tej odezwie dodał apel byłego carskiego generała Aleksieja Brusiłowa, najwybitniejszego dowódcy rosyjskiego, wzywający białych oficerów do ochrony przez polską inwazją. Wcale słusznie zauważył Jędrzej Giertych, że inwazja na Kijów będzie potraktowana jako zagrożenie geostrategicznych interesów Rosji, i nieważne że była to Rosja Radziecka:

      Ukraina naddnieprzańska jest Rosji potrzebna jako dostęp do morza Czarnego oraz zabezpieczenie dostępu na Kaukaz i na Don.

                 

                  Aby oddać sprawiedliwość faktom, wojna z bolszewikiem została przez Piłsudskiego wygrana, jednakże ledwo co, wbrew początkowym fatalnym błędom polskiego dowództwa, które obciążają konto samego Naczelnika Państwa. Sam Piłsudski załamał się psychicznie na skutek sukcesów radzieckich składając w sierpniu 1920 roku dymisje na ręce premiera Witosa. Dodajmy, że bardzo niebezpieczna dla spoistości młodego państwa polskiego była także agitacja bolszewicka ferująca hasłami zmiany praw własności na wsi. Jak podatna była to propaganda potwierdzają choćby pamiętniki Izabeli Lutosławskiej, opisującej postawę chłopów w jej majątku w Drozdowie pod Łomżą. W kręgach polityczno-wojskowych po Cudzie nad Wisłą, kiedy bezpośrednie zagrożenie radzieckie minęło, zaczęto zdawać sobie sprawę jak szalenie niebezpiecznym jest reżim radziecki. Reżim ten podparty przez siły i zasoby byłego imperium, uzbrojony w zbrodniczą ideologię przejawiającą się chęcią zniszczenia zastanych stosunków społeczno-gospodarczych, zglajszachtowania instytucji rodziny, własności prywatnej i religii, był śmiertelnym zagrożeniem dla cywilizacji. Nawet najczarniejsze dni carskiego terroru wydawały się czymś daleko lżejszym niż bolszewizm w wydaniu rosyjskim. Zaczęły znowu pojawiać się plany wsparcia resztek sił białych (armia generała Wrangla na Krymie), co więcej zaczęto krytykować wcześniejszą neutralność Piłsudskiego, czego wyrazicielem na jesieni 1920 roku był podpułkownik Ignacy Matuszewski, Szef Oddziału II Naczelnego Dowództwa.  

       

                  Na zakończenie należy postawić pytanie, dlaczego obóz piłsudczykowski wsparty masonerią tak lansował koncepcję państw federacyjnych. Można przytoczyć wiele argumentów, że projekt ów w zasadzie służył interesom niemieckim, ale niekoniecznie polskiej racji stanu. Zatem dlaczego Piłsudski i jego mandatariusze podzielali tą koncepcję, suflowaną im przez polskie koła wolnomularskie? Uważam, że cała koncepcja federacyjna służyła interesom brytyjskiej racji stanu, która pośrednio kierowała m.i. poprzez loże masońskie polityką obozu piłsudczykowskiego i tym samym II Rzeczpospolitej. Ale to już rozważania na następny artykuł.

       

      Bij_Bolszewika

      Plakat propagandowy autor wypożyczył ze strony pl.wikipedia.org

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      piątek, 16 lutego 2018 12:09
    • Kto chciał wojny z bolszewikiem?

       

      Obchodzimy aktualnie rocznicę wybuchu wojny polsko-bolszewickiej, czy też wojny polsko-ruskiej. O wojnie tej, jakże ważnej dla naszej świadomości narodowej, napisano już wiele, od publicystyki po dysertacje, poświęcono jej także filmy, a Cud nad Wisłą jest punktem obowiązkowym edukacji historycznej w polskich szkołach. Mniejszą uwagę obecnie w szeroko rozumianej debacie publicznej (a może się mylę) przyciągają fakty dotyczące kulis tejże wojny. A kulisy mogą zaskoczyć ... bo wedle najlepszych teorii spiskowych trzeba zacząć od masonerii.

       

                      Ziemie polskie po zakończeniu Wielkiej Wojny były tak naprawdę pozbawione obecności lóż masońskich. Na początku 1920 roku powstała z inspiracji włoskiego posła Tommasiniego Loża Kopernik, która otrzymała swój patent od Wielkiej Loży Włoch. Loża Kopernik została lożą-matką dla innych powstających lóż w II Rzeczpospolitej. Należy pamiętać, że od początku państwo polskie starało się kontrolować wszelkie powstające loże i na rozkaz Piłsudskiego poszczególni oficerowie wstępowali do nich, aby monitorować ich prace. Co ciekawe, same loże nie zostały oficjalnie uznane przez rząd na skutek protestów endecji i kościoła. W 1922 roku działało w II Rzeczpospolitej około 300 wolnomularzy. Andrzej Strug, przywódca polskiego wolnomularstwa, w 1929 roku twierdził, że w każdym rządzie odrodzonego państwa było co najmniej dwóch ministrów wolnomularzy, a w każdym ministerstwie co najmniej jeden dyrektor departamentu. I to właśnie masoneria miała bardzo duży wpływ na wszelkie nastoje antybolszewickie w kraju.

       

                  Wspomniany Andrzej Strug, redaktor tygodnika Rząd i Wojsko, w 1919 roku odpowiadał za agitację przeciw bolszewikom. W jednym ze styczniowych numerów straszono bolszewickim imperializmem, a w numerach lutowych nawoływano do zatrzymania pochodu bolszewików poprzez stworzenie państwa ukraińskiego, które miałoby powstać pod polskimi auspicjami. Wpisywało się to w strategię Piłsudskiego do utworzenia na wschodniej granicy Polski państw buforowych mających oddzielać II RP od Rosji.  Albowiem, wedle poglądów późniejszego marszałka, Rosja zawsze będzie zagrożeniem dla Polski niezależnie od aktualnego ustroju politycznego. Środowiska masońsko-liberalne zalewały wręcz ówczesną ulicę literaturą agitacyjną na rzecz koncepcji federacyjnej. W jednym z marcowych numerów RiW, w artykule pt. W sprawie Litwy i Białorusi, rozpisywano się o rozwiązaniu problemu Prus Wschodnich, które mogą należeć do Litwy pod warunkiem, że sama Litwa będzie federacją narodów, dzięki czemu możliwym będzie przyłączenie do niej "Litwy niemieckiej". Koncepcja owa sprowadziłaby się do odtworzenia w państwach nadbałtyckich żywiołu junkiersko-niemieckiego, który szybko zdobyłby tam dominującą pozycję polityczno-ekonomiczną, co przełożyłoby się na silne kontakty państwowe z samymi Niemcami. Podobnie rzecz się miała z Ukrainą, którą Niemcy chciały oderwać od Rosji, co jak trafnie zauważył Dmowski:

       

       [...] oderwać Ukrainę w najszerszym tego słowa znaczeniu od Rosji, zmusić następnie Polskę do zrzeczenia się na jej rzecz ziem z ludnością języka ruskiego - co przecież stałoby się nieuniknione - i tę Ukrainę zrobić w takiej czy innej postaci swoim protektoratem [...]. Rosja przepołowiona, odcięta od Morza Czarnego, pozbawiona najurodzajniejszych ziem, węgla, żelaza, naturalnie i nafty, a tym samym słaba, skazana na gospodarczą i polityczną niewolę u Niemiec; Polska, okrojona [...] i na południowym wschodzie, odcięta od Bałtyku i pozbawiona węgla, leżąca między otaczającymi ją półkolem Niemcami a ukraińską sferą wpływu, czy panowania niemieckiego, zamieniona tym samym w faktyczną prowincję niemiecką (Dmowski, Wybór pism, tom 2, 2015, str. 498).

       

                  Loże masońskie rozpoczęły także aktywność w Ukraińskiej Republice Ludowej rządzonej przez Semena Petlurę. Sam Petlura został proklamowany wkrótce wielkim mistrzem masońskim. W połowie stycznia rozmowy z przedstawicielami URL ze strony polskiej prowadził wybitny mason Aleksander Więckowski. Oczywistym jest, że sam Petlura nie reprezentował całości Ukrainy. Potwierdzeniem tego było choćby istnienie od jesieni 1918 roku w Galicji Wschodniej tworu politycznego jak Zachodnia Ukraińska Republika Ludowa, której oddziały przeszły wkrótce na stronę Denikina. Kiedy pod koniec sierpnia 1919 roku polskie wojska osiągnęły Bobrujsk, Piłsudski rozważał wystąpienie przeciwko Denikinowi po stronie wojsk Petlury, do czego na szczęście nie doszło, ponieważ groziłoby to zerwaniem stosunków Ententy z Polską.

                  Endecja była przeciwna porozumieniu z nacjonalistami ukraińskimi i koncepcjami federacyjnymi. Uważano, że powstanie ewentualnych państw federacyjnych przysporzy sojuszników Niemcom na wschodzie, a okroi do maksimum polskie wschodnie granice (np. Podole, Wołyń i Wschodnia Małopolska przypadną nowopowstałej Ukrainie kosztem Polski).

      Jędrzej Giertych napisał:

      A wynikiem bliższym i natychmiastowym - byłoby wplątanie Polski w wojnę z Rosją, bo aby utworzyć Ukrainę trzeba było dla tej Ukrainy zdobyć Kijów, będący w posiadaniu Rosji, która była gotowa go bronić. [...] w razie trwałego zdobycia Kijowa, byłaby na długie lata Polskę z Rosją skłóciła [tj. zdobycie Kijowa].

      Według endecji cała polityka federacyjna programowana była przez sfery liberalno-wolnomularskie, a realizowana przez piłsudczyznę, wpisywała się de facto w imperializm niemiecki.

       

                  Trzeba się jednak zastanowić, czy koncepcje federacyjne nie odpowiadały duchowi czasów objawiającemu się w rodzącej się świadomości politycznej narodów zamieszkujących imperium rosyjskie. W przypadku Ukrainy możemy już mówić na początku XX wieku o koncepcjach powstania niepodległego państwa ukraińskiego  między Karpatami a Kaukazem (koncepcja Mikołaja Michnikowskiego), czy Ukrainy jako tworu politycznego opartego o Austro-Węgry (Dymitr Doncow), tudzież powstania bloku niepodległych państw złożonego z Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii, Białorusi pod przywództwem silnej i niepodległej Ukrainy (Stefan Rudnicki). Warto pamiętać o tych projektach politycznych w rozpatrywaniu programu federacyjnego Piłsudczyków, gdyż nie był to program wytworzony ex nihilo.

                  Gwoli oddania sprawiedliwości faktom, pamiętajmy, że bolszewicy wielokrotnie podejmowali inicjatywy unormowania stosunków politycznych z państwem polskim (np. misja Mariana Marchlewskiego w 1919 roku). Strona polska zwlekała z wyraźnym zajęciem stanowiska, z drugiej strony zapewniła stronę radziecką o swojej życzliwej neutralności w walkach pomiędzy Armią Czerwoną a siłami Denikina. A sam Denikin w sierpniu 1919 roku proponował Piłsudskiemu wspólne uderzenie na Mozyrz, dzięki czemu armia polska dotarłaby do Dniepru w okolicy Rzeczycy i Homla. Manewr ten  odciąłby tym samym  operującą w tym rejonie XII armię sowiecką i pozwolił armii Denikina na zdobycie Moskwy. Trafnie przepowiedział późniejsze wydarzenia w liście do Paderewskiego latem 1919 roku generał Dowbor-Muśnicki, że jeżeli Polska nie zaangażuje się teraz po stronie Białych, to za rok będziemy mieć bolszewików nad Wisłą.

                  Jednakże negocjacje prowadzone prze stronę polską były ciągle przeciągane, a w kraju obóz piłsudczykowski podgrzewał nastroje antybolszewickie (np. wystąpienie 28 listopada 1919 roku wiceministra spraw zagranicznych Władysława Skrzyńskiego z oświadczeniem dla polskich parlamentarzystów, że Rosja grozi Polsce najazdem i z żadnymi propozycjami pokojowymi nie występowała). 29 stycznia 1920 roku strona radziecka ponownie zwróciła się z propozycją zawarcia pokoju. Sam Józef Piłsudski w wywiadzie dla angielskiego dziennika Times z 9 lutego 1920 roku przyznał, że Sowieci pragną pokoju. Rozmowy przeciągał jednak minister Stanisław Patek, również wolnomularz, którego poglądy na sprawę wschodnią oczywiście wpisywały się w koncepcję federacyjną lansowaną przez tygodnik Rząd i Wojsko. Ostatecznie 6 kwietnia Patek przesłał Sowietom notę o zerwaniu rokowań przez stronę polską. Z kolei 22 kwietnia rząd polski podpisał tajną umowę z rządem atamana Petlury (dodajmy rządem pozbawionym ziemi) o polskiej pomocy przy budowie państwa ukraińskiego i wypędzeniu bolszewików za Dniepr (Kossecki, Tajemnice mafii politycznych, 1991, str. 144-163).

                  Cóż, wypędzenie się nie udało. Zdobycie Kijowa przez polskie oddziały w maju 1920 roku zmobilizowało rząd radziecki do wojny. A bolszewicy po odparciu Denikina mogli skupić się na konfrontacji z Polską. Wyprawa kijowska zakończyła się klęską.

       

       

       

       

      Denikin_A._I

      Generał Anton Iwanowicz Denikin (źródło: pl.wikipedia.org)

       

      Tak się rozpisałem, że zapraszam do drugiej części tekstu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      piątek, 16 lutego 2018 11:55
  • wtorek, 06 lutego 2018
    • Spór Polski z Izraelem, czyli konflikt cywilizacji

                  

                  Najważniejszym wydarzeniem zajmującym polską opinię publiczną w ciągu ostatniego tygodnia jest narastający spór na linii Polska-Izrael. Niewątpliwie dla typowego polskiego odbiorcy szokującym było zapoznanie się z niewybrednymi kalumniami miotanymi na Nasz Kraj przez izraelskich polityków, jak i zwykłych Izraelczyków (vide internet). Warto zastanowić się nad przyczynami tak gwałtownej reakcji części obywateli Izraela, tudzież części społeczności żydowskiej na całym świecie.

                 

                  Zatem, żeby odpowiedzieć na to pytanie w możliwie prostych słowach, trzeba zacząć od stwierdzenia, że Żydzi i Polacy to przedstawiciele dwóch różnych cywilizacji: żydowskiej i łacińskiej. Cywilizacja żydowska jest sakralna, czyli taka, gdzie wszystkie aspekty życia społecznego są regulowane przez przepisy religijne. Owa cywilizacja sakralna miała (i ma jak zobaczymy później) dwie najważniejsze cechy. Mianowicie są to wybraństwo i mesjanizm. Przejawiają się one tym, że prawowierny Żyd wierzy w swoją wyjątkowość, którą otrzymał dzięki zawarciu kontraktu ze swoim Bogiem, ponieważ judaizm to objawione prawo. Można to przyrównać do kontraktu między dwoma osobami, gdzie obie strony zobowiązane są ściśle do wypełniania przyjętych warunków. Stosunek Żyda do Jahwe jest przywilejem z urodzenia, a specyfika praktykowania jego wiary polega na gromadności. Pozostaje pod opieką Boga nie jako indywidualna jednostka, ale tylko jako Żyd i tylko dlatego, że jest Żydem. Ponadto judaizm charakteryzuje się etyką plemienną, czyli inną etyką dla wiernych a inną dla innowierców.

       

       "Skoro zachodzi przepastne przeciwieństwo wybraństwa a odtrącenia z ramienia Jehowy, z samego tedy religijnego porządku rzeczy, czy ponad taką przepaścią może obowiązywać jednaka etyka wobec swoich a obcych?" (Feliks Koneczny, Cywilizacja żydowska, KWP 1974, s. 176).

       

                  Tym, co dodatkowo odróżnia cywilizację żydowską od łacińskiej jest fakt, że w cywilizacji łacińskiej etyka zawsze stoi ponad prawem, z kolei w cywilizacji żydowskiej, etyka jest identyczna z prawem. Etyka współmierna prawu połączona z poczuciem wybraństwa, przekłada się na silny element roszczeniowy.

       

                  Ponadto w oczach Jahwe tylko prawowierny Żyd jest w swoim mniemaniu prawdziwym człowiekiem, a innowiercy, czyli goje (goj w języku starohebrajskim oznacza "bydło"), mają być sługami prawowiernych Żydów jako bydlęta. Należy oczywiście pamiętać, że większość passusów nienawistnych poganom pochodzi z Talmudu, które były odrzucane przez niektóre zrzeszenia żydowskie rozsiane w diasporze, np. przez społeczność Żydów holenderskich pod koniec XVIII wieku. Niemniej jednak, wielu współczesnych rabinów jak choćby Ovadia Josef (wypowiedź z 2010 roku) twierdzi wprost, że goje (bydlęta) zostali stworzeni do służenia Żydom.

       

                  Jeśli chrześcijanin musi na swoje zbawienie zasłużyć uczynkami, i winien miłować bliźniego swego jak siebie samego, ortodoksyjny Żyd jest z tego zwolniony. Co więcej, nienawiść części wyznawców judaizmu do chrześcijaństwa (a przede wszystkim do katolicyzmu) przejawia się tym, iż chrześcijanie zabrali Żydom ich wyjątkowość i pozbawili ekskluzywizmu. Pamiętam dowcipną, acz celną uwagę przypisywaną Janowi Nowakowi Jeziorańskiemu, że twórca kościoła, święty Paweł był żydowskim agentem, którego chrześcijanie przewerbowali na swoją stronę. Cóż, nikt nie lubi jak mu się podbiera agentów, lub podsyła fałszywych proroków. A Jezus Chrystus jest fałszywym mesjaszem, ponieważ mesjasz żydowski ma przyjść na świat i przynieść ostateczne panowanie Izraela. Nie dziwię się tej niechęci, nikt wszakże nie lubi konkurencji w swoich snach o potędze.

                 

                  W XIX wieku następuje w przyspieszonym tempie asymilacja Żydów. Można wtedy wręcz mówić o rosnącym indyferentyzmie religijnym większości z nich. Ateizm wśród Żydów wynikał z konieczności odrzucenia Talmudu w celu asymilacji, w którym roiło się od przepisów i zaleceń mających utrzymywać wiernych w separacji od narodów pośród których żyli. Tym choćby był zakaz uprawiania sztuk pięknych, które zawsze wzmacniają kontakt uczuciowy z otoczeniem. Jednakże, nawet w środowiskach żydowskich formalnie ateistycznych, pozostała wiara w wybraństwo. W cywilizacji żydowskiej najważniejsza była supremacja ideologii wybraństwa nad poznaniem, co przekładało się na swoiste doktrynerstwo ideologiczne. Najlepszym przykładem jest historia bolszewizmu w Rosji, będąca apoteozą doktrynerstwa i aprioryczności, którego propagatorami byli Żydzi i Polacy pokroju Dzierżyńskiego:

       

      "[...] cywilizacja żydowska asymilowała marksizm, co prowadziło do wytworzenia abstrakcyjnego dogmatyczno-talmudycznego podejścia do socjalizmu. W ramach cywilizacji żydowskiej traktowano Marksa nie tyle jako twórcę ideologii politycznej i systemu naukowego, lecz raczej jako uczonego rabina czy wręcz nowego mesjasza, dzięki któremu Żydzi będą mogli zdobyć dominującą pozycję w świecie (co jest zresztą całkowitym zaprzeczeniem oficjalnej istoty marksizmu). W ramach cywilizacji żydowskiej, występuje też często tendencja do traktowania marksizmu jako swoistej wiedzy dla wtajemniczonych, którą tylko oni mogą właściwie rozumieć i interpretować. Założenia i twierdzenia marksizmu traktowane są przy tym często jak dogmaty, a przy realizacji postulatów ideologii marksistowskiej bardzo często ignorowano otoczenie społeczne, jego tradycyjne struktury i interesy - jako przykład może tu służyć postępowanie w stosunku do ludności Rosji w okresie po Rewolucji Październikowej." (Józef Kossecki, Podstawy nowoczesnej nauki porównawczej o cywilizacjach, 2002, str. 96).

       

      Gwoli ciekawości, Lenin w prywatnej korespondencji wobec dzielnego narodu rosyjskiego używał epitetu "bydło", niczym żydowski rabin.

       

                   Funkcje talmudycznego judaizmu w cywilizacji żydowskiej przejęła w dużej mierze ideologia syjonizmu (bolszewizmu już nie ma), czego jednym z odcieni są żądania czynnej ekspiacji narodów europejskich za Holokaust. Ekskluzywizm religijny bazujący na wybraństwie przełożył się na ekskluzywizm żydowskiej martyrologii. Idące z nim w parze żądania odszkodowań jakie wysuwają poszczególne organizacje żydowskie wobec państw europejskich są tylko przejawem abstrakcyjnego dogmatu mającego na celu wzmocnienie samych Żydów.

                  W cywilizacji żydowskiej nie funkcjonuje pojęcie prawdy obiektywnej, które to pojęcie jest czymś oczywistym dla każdego łacinnika, natomiast bardzo silne są motywacje materialne. Albowiem, każda cywilizacja sakralna (np. bramińska prócz żydowskiej) popada w skostnienie i nie może pozwolić sobie na wolny obieg informacji w społeczeństwie, co spowodowałoby naruszenie spoistości  aktualnego porządku społecznego. Następuje supremacja przyjętej ideologii (syjonizmu) nad bodźcami poznawczymi, co wyklucza greckie pojęcie prawdy obiektywnej, które zostało zakorzenione w cywilizacji łacińskiej. Z kolei bardzo silne motywacje materialne są wynikiem przystosowania psychiki przedstawicieli cywilizacji żydowskiej do życia w diasporze. Aby oprzeć się pokusie asymilacji Żydzi odrzucali uprawę roli, która silnie łączy z miejscem gdzie się żyje, a skupiali się na handlu i operacjach pieniężnych, co przełożyło się u nich na predylekcję do wyższości gotówki nad nieruchomościami.            

                  Wspomniane motywacje materialne dodają paliwa roszczeniom żydowskim ubranym w szatę dogmatyczno-talmudyczną. Pamiętajmy, że immanentną cechą cywilizacji żydowskiej jest utożsamienie etyki z prawem. Żaden wyznawca tejże ideologii nie zada sobie trudu rozpatrzenia, czy stawiane żądania są moralne czy nie, gdyż etyka i prawo to jedno. Stoi to oczywiście w opozycji do rozterek każdego chrześcijanina, który zawsze musi sobie zadawać pytanie, czy jego prawo jest etyczne.

       

                  Słabością intelektualną nowej odmiany syjonizmu jest z kolei doktrynerstwo, które jest immanentną cechą wszelkich ideologii wyrosłych z pnia cywilizacji sakralnych. Doktrynerstwo polegające na dopasowywaniu faktów do własnych założeń, czyli mówiąc kolokwialnie, na myśleniu życzeniowym. A sami wiemy, że myślenie życzeniowe prowadzi na manowce.

       

                  Jeżeli Polska ma obronić się informacyjnie przeciwko roszczeniom żydowskim i oskarżeniom o udział w Holokauście musi zrozumieć, że roszczenia owe mają bardzo silną podbudowę ideologiczno-religijną. Gwoli ciekawości, (oczywiście piszę to z dużym dystansem) pomocna może być gematria hebrajska, czyli przypisywanie poszczególnym słowom/literom wartości liczbowych. Mianowicie, wartość liczbowa słowa Polska (hebr. Polanya) jest taka sama, co po hebrajsku "orzeł Pana" (bodajże po hebrajsku neszer Jahwe). Ergo, występowanie przeciw Polsce to występowanie przeciw Jahwe (wykład NAI pt. Cywilizacja żydowska, 36-38 min.).

      Na zakończenie pamiętajmy, że w Polsce oraz Izraelu króluje obecnie mieszanka cywilizacyjna, co stanowi przysłowiową piętę achillesową obu państw.

       

      jerozolima_9

      Zdjęcie wykonał autor w czasie jednej ze swych podróży do Izraela

  • poniedziałek, 29 stycznia 2018
    • Polski antysemityzm a rzeź w Koniuchach

      Sejm polski przyjął wreszcie ustawę penalizującą m.i. używanie wyświechtanego i obrzydliwego  terminu:  "polskie obozy śmierci".  Ustawa budzi emocje w Izraelu, a na uwagę zasługują słowa Pani ambasador Izraela w Polsce  Anny Azari, która stwierdziła

      "Izrael traktuje ją jak możliwość kary za świadectwo ocalałych z Zagłady''.

      Przyznam się szczerze, że nie rozumiem sensu tych słów, gdyż jeśli rozumieć je dosłownie,  ustawa według Pani ambasador jest dlatego szkodliwa, gdyż zabroni mówić ocalałym z Holokaustu Żydom jak było naprawdę. A naprawdę, jak twierdzi choćby izraelski historyk Emanuel Ringelblum, w samej tylko Warszawie 10-15 tysięcy polskich rodzin dawało schronienie Żydom. A należy przecież pamiętać, że niemiecka, hitlerowska bestia za jakąkolwiek pomoc Żydom karała śmiercią, za zapłaciło głową ponad 100 tysięcy Polaków. Polaków, którzy w różnych obrzydliwych publikacjach zza granicy (których nie będę cytował) są przedstawiani jako biologiczni antysemici.

                 

                  To, że niewątpliwie były przypadki kolaboracji części narodu polskiego z niemieckim okupantem  jest oczywiste, co wcale nie znaczy, że naród polski uczestniczył ochoczo w eksterminacji Żydów. I można się rozpisywać tutaj o sumieniu np. Francuzów, których świetna policja ochoczo współpracowała z hitlerowskim reżimem w wyłapywaniu Żydów. Można włożyć kij w szprychy i przypomnieć jak okrutny, "faszystowski" reżim generała Franco w Hiszpanii uratował od śmierci tysiące Żydów od niechybnej zagłady we Francji. Można napisać dużo rzeczy na temat stosunków polsko-żydowskich, pokojowej koegzystencji, tudzież przypadków wzajemnych nieporozumień i konfliktów w II RP. Często wzajemne sąsiedzkie niesnaski wrzucane były do jednego worka rzekomego biologicznego antysemityzmu Polaków, zapominając, że konflikty polsko-żydowskie w przedwojennej Polsce nie miały oznak nienawiści rasowej. Wspomniane konflikty mogły być np. wynikiem porachunków polsko-żydowskich grup przestępczych, tudzież zatargów na tle ekonomicznym, jak choćby pogrom w Przytyku pod Radomiem w 1936 roku. Gwoli ciekawości, książka polskiego historyka Piotra Gontarczyka na temat tego zajścia jest polecana przez instytut  Yad Vashem jako ważna pozycja w zrozumieniu stosunków polsko-żydowskich. Dodajmy, stosunków bardzo skomplikowanych, nie wolnych od oznak miłości i nienawiści, ale na pewno  nie nacechowanych przyrodzonym polskim antysemityzmem. Zapominamy często oczywistą oczywistość, że Żydzi również  tworzyli w Polsce półświatek, byli bandytami i złodziejami podobnie jak ich sąsiedzi Polacy. Chyba jednym z największych żydowskich gangsterów  był Józef Łokietek (Judel Dan Łokieć), ex- bojowiec PPS, który w II RP parał się także działalnością przestępczą w Warszawie. Rzekomo miał odwiedzać warszawskie nocne kluby i kazać grać orkiestrom  I Brygadę, i prać po pysku tych, którzy nie wstawali na dźwięk melodii ukochanej przez niego pieśni. 

                 

                  Oczywistym jest, że w Polsce również zdarzały się niechlubne przypadki antysemityzmu, godne całkowitego potępienia, ponieważ wszelki rasizm jest ściekiem ideologicznym, ale z drugiej strony nie można pozwolić, aby z różnych względów sami Polacy mieli być smagani biczem antysemityzmu, w imię interesów innych państw lub różnych grup wpływu. Exemplum, różne próby usprawiedliwienia inwazji sowieckiej na Polskę 17 września 1939 roku, podające jako przykład potrzebę ochrony mniejszości żydowskich przed "faszystowskim", sanacyjnym reżimem.

                 

                  Inna sprawa, że stosunki polsko-żydowskie na kresach były wyjątkowo, ale to wyjątkowo skomplikowane, gdyż wśród tamtejszej mniejszości żydowskiej bardzo żywe były sympatie komunistyczne. Zachęcam do wysłuchania w internecie wykładu dr Gontarczyka o generale Wojciechu Jaruzelskim (tytuł: Kim był naprawdę Wojciech Jaruzelski?), gdzie historyk wspomina o pewnym epizodzie z życia generała. Mianowicie, uciekając z rodziną przed wojną, w jednym z miasteczek na Wileńszczyźnie o mały włos nie został zamordowany przez lokalnych Żydów (formalnie obywateli II RP), którzy ośmieleni klęska państwa polskiego zaczęli mordować swoich polskich sąsiadów. Generała i jego rodzinę uratował wycofujący się jeden z polskich oddziałów, który zaprowadził porządek rozstrzeliwując zdrajców, którzy etnicznie byli oczywiście Żydami. Czy aby można to zaliczyć do przejawów antysemityzmu, albo nawet  napiętnować moralnie?

                 

                  Inna sprawa, że historia zawsze lubi być zafałszowywana w imię aktualnych rozgrywek politycznych i interesów. Nie chce mi się przytaczać sprostowań wielu polskich historyków demaskujących rzekome antysemickie wyczyny AK, czy ludności polskiej, opisane w wielu "pamiętnikach" rzekomych świadków tych wydarzeń, a niemających żadnego umocowania w faktach. Ale chce przytoczyć casus zbrodni na polskiej ludności we wsi Koniuchy położonej na skraju Puszczy Rudnickiej. Rzeź na mieszkańcach wsi została dokonana dnia 29.01.1944 roku przez sowieckich partyzantów, którzy zabili około 40 osób, niezależnie od płci i wieku. Rzezi dokonał oddział pod dowództwem Henocha Zimana, sekretarza partyjnego "obszaru południowego" Wileńszczyzny. W skład oddziału prócz Rosjan i Litwinów wchodziło wielu Żydów, uciekinierów z gett w Kownie i Wilnie.  Żydowscy uczestnicy tej masakry jeszcze w swoich wspomnieniach wydanych później w Izraelu opisywali, że była to akcja odwetowa na "faszystowską" wieś, która kolaborowała z Niemcami, a jej mieszkańcy mordowali lokalnych sowieckich partyzantów. W niektórych relacjach pojawia się nawet stwierdzenie, że we wsi stacjonował lokalny "faszystowski" garnizon. Jak opisuje prof. Marek Jan Chodakiewicz, szczegółowe badania historyczne wykazały, że Koniuchy były spokojną polską wsią, a wszelkie "dowody" o jej kolaboracji z Niemcami to bzdury. Niemniej jednak mieszkańcy Koniuch zostali wymordowani z zimną krwią przez sowieckich partyzantów, z których wielu było Żydami, którzy mścili się na Bogu ducha winnych polskich sąsiadach za zbrodnie wyrządzone im przez Niemców.

      Wedle wspomnień jednego z uczestników rzezi:

      "(...) zobaczyłem, jak jeden z naszych ludzi trzyma w rękach głowę kobiety w średnim wieku i tłucze nią o duży kamieniem a innym kamieniem wali w głowę. Każdemu uderzeniu towarzyszyły zdania w rodzaju: to za moją zamordowana matkę, a to za mojego zabitego ojca (...)" (Chodakiewicz, Międzymorze, 2016, str. 545-583).

       

                  Broniąc się przed zarzutami biologicznego antysemityzmu najlepiej powołać się na liczne apologie wygłaszane przez naszych rodaków żydowskiego pochodzenia, jak choćby piękny passus poświęcony polskiej literaturze pióra Mieczysława Grydzewskiego, historyka i publicysty pochodzenia żydowskiego:

       "Jest jedyną literaturą na świecie (tj. polska literatura), która nie tylko raz po raz ukazuje szlachetność Żydów, ale która wyznacza Żydom funkcję inspiratorską. Jankiel Mickiewicza, Judyta Słowackiego, Zygier Żeromskiego, Rachel Wyspiańskiego odgrywają rolę natchnienia patriotycznego, budzicieli polskości".   

      Sama polskość bazuje na Naszym kodzie społeczno-kulturowym złożonym z trzech podstawowych stereotypów: rycerskość, męczeństwo, szlacheckość. Wszelkie oskarżenia narodu polskiego zatem o biologiczny antysemityzm są nieskuteczne, gdyż sami Polacy są en masse skutecznie impregnowani przeciwko tej indoktrynacji. Bardzo wielu Żydów którzy w pełni zasymilowali się w polskim społeczeństwie przejęło polski kod kulturowy. Przykładem niech będzie zapomniany, a wybitny malarz Aleksander Sochaczewski (1839-1923), który za młodu był w szkole rabinów. Sochaczewski (właściwie Lejb Sonder) przejął polską wrażliwość, a stereotyp męczeństwa przebija w jego pięknych obrazach ukazujących los polskich zesłańców na Syberii.  

       

                  Można ponadto rzucać garściami wypowiedzi wielu Żydów,  wyśmiewających się z urojonego antysemityzmu swoich rodaków, jak choćby słowa wypowiedziane przez Isaaca Bashevisa Singera (noblisty literackiego, który część młodości spędził w Biłgoraju):

      "Żyd współczesny nie może żyć bez antysemityzmu. Jeśli antysemityzm gdzieś nie istnieje-on go stworzy".

      Na potwierdzenie słów Singera można z kolei przytoczyć ohydne słowa żydowskiego rabina Petera Haymana:

      "Dopóki chrześcijanie będą uważać Jezusa za Boga, dopóty pozostaną antysemitami" (Łysiak, Alfabet Szulerów, 2006, str. 23-44).  

       

       Nic dodać nic ująć.

                 

                  Najlepszą obroną przeciwko próbie przypisywania narodowi polskiemu łatki antysemity jest propagowanie własnej, (dodajmy prawdziwej), narracji historycznej ukazującej jak naprawdę kształtowały się stosunki polsko-żydowskie. Zwłaszcza, że I Rzeczpospolita wszak przez samych Żydów była postrzegana jako paradisus Iudaeorum. Pamiętajmy, że np. w Wielkim Księstwie Litewskim, Żyd,który przechodził na katolicyzm automatycznie otrzymywał szlachectwo, czego dowodem jest występujące samookreślenie: polski szlachcic pochodzenia żydowskiego asymilowany wśród Rusinów w Wielkim Księstwie Litewskim (natione Polonus, gente Ruthenus, cives Magni Ducatus Lithuaniae, origine Iudaeus).  Jest to jeden z wielu przykładów pokojowej i dobrosąsiedzkiej koegzystencji polsko-żydowskiej. Musimy tylko o tym pamiętać i walczyć o tą pamięć.

       

      sochaczewski2

      Ofiara kruków Aleksandra Sochaczewskiego (ze zbiorów Muzeum Niepodległości w Cytadeli Warszawskiej)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Polski antysemityzm a rzeź w Koniuchach”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 stycznia 2018 15:42
  • czwartek, 18 stycznia 2018
    • Dlaczego Aleksandrowi udał się wielki podbój?

       

       

                  Panuje ogólny pogląd, zwłaszcza wśród badaczy historii politycznej, że wybitne jednostki będące u steru władzy mogą wywierać wpływ na bieg spraw państwowych. Sukcesy albo porażki narodu przypisuje się osobie wodza, władcy, polityka. Oczywistym jest, że nie wolno pomijać wpływu indywidualizmu ludzkiego na proces dziejowy. Jednakże pamiętajmy, że tego wpływu jednostki również nie można przeceniać. Duch epoki w danym okresie na skutek różnych czynników obiektywnych ułatwia wybitnej postaci odznaczenie się w dziejach i odciśnięcie swego piętna na historii swego kraju. Weźmy np. Aleksandra Wielkiego...

       

       

      Persja

                  Imperium perskie w połowie IV wieku p.n.e. liczyło około 40 mln ludności i zajmowało ziemie dzisiejszych państw: Egiptu, Libii, Syrii, Libanu, Izraela, Turcji, Iraku, Iranu, Turkmenistanu, Uzbekistanu, Afganistanu, Pakistanu i Indii. Państwo rządzone było przez sojusz arystokracji ziemskiej i stanu kapłańskiego, a władza Wielkiego Króla, jakkolwiek z litery absolutna, miała na celu zabezpieczenie interesów wspomnianych wyżej grup społecznych. Jak we wszystkich królestwach starożytnego Bliskiego Wschodu, kapłani dysponując swoimi miejscami kultu dokonywali tam programowania społecznego w celu utrzymania ludności wiejskiej we względnym posłuchu. Kapłani odpowiadali za wpajanie norm ideologiczno-religijnych i etycznych poddanym, aby pracowali oni w celu utrzymania aktualnej struktury społecznej. To wieś była głównie obciążana daninami i na jej barkach ciążyło utrzymanie administracji imperium oraz warstw uprzywilejowanych. Władza Wielkiego Króla nad niektórymi terenami górskimi swojego imperium była tylko nominalna, a Persowie stanowili tylko mniejszą część z całej mozaiki ludów imperium (np. Ksenofont podaje w Cyropedii, że dorosłych Persów zdatnych do noszenia broni było 120 000).

       

                  Cywilizacja perska była typową cywilizacją sakralną. Poprzez miano cywilizacji sakralnej rozumiemy taką formę życia społecznego (czyli cywilizację), gdzie wszystkie aspekty życia regulowane są przez przepisy religijne. Głównym organizatorem społeczeństwa jest odpowiednio zorganizowany aparat programowania ideologicznego, którym z reguły jest duchowieństwo. Wszelka wiedza jest zastrzeżona tylko dla wtajemniczonych, a poziom jej dostępności uzależniony jest od zajmowanego stopnia w hierarchii np. kapłańskiej. Społeczności żyjące w takim urządzeniu popadają w końcu w skostnienie, a wszelkie nowinki z zewnątrz mogą przyczyniać się do rozkładu wzajemnych stosunków jeśli szybko nie zostaną objęte właściwymi przepisami religijnymi. Gromadność w życiu zbiorowym przekłada się na omnipotencję warstw rządzących, usankcjonowaną odpowiednimi przepisami religijnymi. W przypadku imperium perskiego należy mieć na uwadze, że dodatkową słabością tego państwa były mozaiki poszczególnych ludów osiadłych i półkoczowniczych, na różnych etapach rozwoju struktur społecznych. Wszystkim tym ludom Persowie, stanowiący elitę imperium, starali narzucić się prawa wywodzące się ze swojej etyki, co powodowało naturalne napięcia i niechęć wobec kierowniczych ośrodków władzy, co potem z premedytacją miał wykorzystać sam Aleksander.   Dodatkowo podbój państwa perskiego przez jakąkolwiek zewnętrzną potęgę ułatwiał emanatyzm,  będący immanentną  cechą wszystkich religii orientalnych opartych na kulcie słońca. Skracając objaśnienie emanatyzmu do minimum, władca jest albo wcieleniem bóstwa, albo wykonawcą jego woli. Jeśli król przegrywa wojnę to dzieje się to z boskiej woli, co niejako zwalnia poddanych z posłuszeństwa wobec niego. Ci sami poddani bardzo szybko są w stanie zaakceptować pogromcę poprzedniego władcy, jako kolejną emanację bóstwa.    

       

       

      Hellada

                  W połowie IV wieku p.n.e. żyło prawdopodobnie ok. 9 mln Greków (nie tylko w Grecji, ale również we wszystkich koloniach). Specyfika greckich poleis, prócz rozdrobienia politycznego przekładała się na rewolucję informacyjną, która miała miejsce na przełomie VII/VI wieku p.n.e. Grecy nauczyli się od otaczających ludów pozyskiwać wiedzę oraz samemu ją selekcjonować i poszerzać, dając podwaliny pod współczesną naukę. W elitach intelektualnych, a następnie w całym społeczeństwie, nastąpił wolny obieg informacji, który przełożył się na pojęcie wolności słowa, szczególnie w sprawach publicznych. Bez tego oczywiście nie narodziłaby się demokracja. Istota greckiej wolności polegała na dobrym radzeniu własnemu państwu, a wiedza uważana była za własność całego społeczeństwa polis, i przestała tym samym być narzędziem służącym wąskim kastom do sterowania ludźmi. Rozwój demokracji przyspieszał obieg informacji, a rozwój nauki stymulowany przez motywację poznawczą przyspieszał ewolucję ku demokracji. Pojęcie greckiej wolności można sprowadzić do stwierdzenia, że wolny Grek z miasta-państwa słuchał tylko tych praw, które ustanowili jego współobywatele.

                  Generalnie, system sterowania społecznego panujący w Grecji możemy opisać jako (wg Józefa Kosseckiego, Naukowe podstawy nacjokratyzmu, 2015): system dynamiczny o dominujących bodźcach poznawczych. Społeczeństwa w tym systemie dążą do znoszenia wszelkich barier utrudniających zdobywanie i przekaz informacji. Od nauki i sztuki wymaga się przede wszystkim prawdziwości, czyli starożytni Grecy za piękne uważali to, co jest możliwie najbardziej zgodne z rzeczywistością. Poznanie świata i rządzących nim praw w omawianym normotypie cywilizacyjnym  jest ważniejsze od twierdzeń oficjalnych autorytetów. Poszukiwanie prawdy w tychże społeczeństwach prowadziło do wykrywania wielu prawd faktycznie użytecznych, co przełożyło się na gospodarkę, medycynę, czy stosunki społeczne.

                  Rozwinięciu wspomnianego normotypu cywilizacyjnego w Grecji sprzyjały nie najlepsze warunki geograficzne. Brak odpowiednio żyznych gleb zmuszał nadwyżkę populacji do kolonizowania nowych obszarów, dzięki czemu Grecy stali się narodem przedsiębiorczych kupców, wojowników i żeglarzy.

                  Kiedy Królestwo Macedonii, mające około 800 000 ludności, narzuciło hegemonię całej Helladzie (w Attyce żyło w IV wieku p.n.e. ok. 200 000 ludzi wolnych), na ziemiach greckich sytuacja społeczna była przysłowiową beczką prochu. Gospodarka poszczególnych miast-państw coraz bardziej bazowała na pracy niewolników, co powodowało wzrost fortun poszczególnych plutokratów kosztem degradacji ekonomicznej i społecznej rolników i rzemieślników. Liczne wojny domowe, trwające nieprzerwanie od 431 do 351 r. p.n.e., spowodowały nieodwracalne zniszczenia upraw i gospodarstw. Lasy i roślinność zostały w większości wytrzebione w celu pozyskania materiałów budowlanych (flota) oraz paliwa do wytopu większej ilości żelaza. Pauperyzacja całego społeczeństwa spowodowała skurczenie się rynku wewnętrznego, co przekładało się na masową emigrację do kolonii. Wojny między poleis spowodowały także wyodrębnienie się dużej populacji bezrobotnych mężczyzn świadczących usługi żołnierskie, zatrudniających się jako najemnicy w całym basenie Morza Śródziemnego, jak i na dworze perskim. Ogólnie można przyjąć, że połowa IV wieku p.n.e. to coraz większa rozbieżność majątkowa między klasami posiadającymi i nie posiadającymi, co przekładało się na poluzowanie więzów społecznych, upadek etyki w życiu publicznym i ciągłe przewroty polityczne, czasami bardzo krwawe. Upadek klasy średniej, uważanej przez Arystotelesa za podstawę zdrowego ustroju państwowego (politeja), powodował brutalizację życia politycznego i swoistą ochlokrację. Warstwy najuboższe poszczególnych poleis pozbawione środków do życia często parły do wojny z sąsiadem, gdyż najubożsi obywatele np. Aten, od razu mogli liczyć na żołd w przypadku oddelegowania ich do służby we flocie. Podejrzliwość np. ateńskiego motłochu wobec ewentualnego zamachu stanu ze strony oligarchów, pozwalała wytaczać procesy o zdradę osobom, które podczas uczty zapłaciły fletnistkom większą sumę niż przewidywała ustawowa taryfa. Hegemonia jaką po bitwie pod Cheroneją w 338 r. p.n.e. Macedonia narzuciła całej Helladzie, okazała się zbawienna i uchroniła poszczególne poleis od wykrwawiania się w kolejnych przewrotach politycznych i nic nie dających wojenkach. Jednakże kierownictwo państwa macedońskiego szybko stanęło przed problemami, jak rozwiązać ten społeczny węzeł gordyjski.

                  Wraz z problemami społecznymi w Grecji narastała postawa intelektualna, którą choćby prezentował w swych pismach Arystoteles ze Stagiry i Izokrates z Aten.  Podkreśli oni wyższość Hellenów wobec Persów oraz potrzebę zjednoczenia wszystkich sił Grecji w celu ostatecznego zniszczenia Imperium Perskiego. Nie były to żadne aprioryczne bajdurzenia, tylko racjonalna obserwacja sytuacji polityczno-społecznej, którą mogła rozładować tylko wojna z potężnym sąsiadem. Po sławetnej wyprawie Kserksesa na Grecję w latach 480-479 r. p.n.e. Ateny i Sparta wielokrotnie walczyły z państwem perskim (Ateny nawet wysłały ekspedycję w celu wsparcia powstania w Egipcie), albo w sojuszu z Wielkim Królem walczyły same ze sobą. Wszelkie operacje militarne Aten czy Sparty nie miały na celu podboju państwa perskiego tylko próbę wyzwolenia miast greckich na zachodnim wybrzeżu Azji Mniejszej. A państwo perskie również co jakiś czas chwiało się w posadach i wstrząsały nim poszczególne zamachy pałacowe. Kiedy w 401-400 roku p.n.e. greccy najemnicy wspierający kolejnego z pretendentów do perskiego tronu przeprowadzili udany odwrót spod Babilonu nad Morze Czarne, pokazało to słabość monarchii perskiej,  która nie była w stanie zniszczyć niewielkiego oddziału w sercu swych ziem.

       

      Nauka porównawcza

      Kiedy w 337 roku uchwalono w Koryncie pokój powszechny, Filip, król Macedonii został wybrany samowładnym wodzem (grec. strategos autokrator) związku miast greckich (nazwanego Korynckim), a pod jego komendę oddano siły, jakimi dysponowała ówczesna Hellada, wynoszącymi w sumie 15 000 jazdy i 200 000 piechoty, nie licząc kontyngentu złożonego z Macedończyków i posiłkujących ich dzikich Traków. Pretekstem najazdu i podjęcia zarazem próby podboju państwa perskiego była chęć odpłacenia za inwazję Kserksesa z przed przeszło 140 lat wcześniej. Aleksander na skutek śmierci swego ojca sam został naczelnym dowódcą i nadał wyprawie charakter osobisty i narodowościowy. Albowiem, wyprawa na Persję pod jego dowódcą miała nawiązywać do wojny trojańskiej, co podkreślił Aleksander składając ofiary przy grobie Protesilaosa, pierwszego bohatera greckiego, jaki padł z ręki Hektora w Azji. Rozpatrując wyprawę Aleksandra Wielkiego na Wschód musimy mieć na uwadze, że była ona katalizatorem przemian społeczno-gospodarczych w samej Grecji. Każdy cel strategiczny realizowany przez państwo odpowiadający jego interesom musi być przyodziany w pewną szatę moralną, aby zyskać akceptację ogółu społeczeństwa. Dlatego też ów przyodziewek moralny musiał być zgodny z ideologią greckiej narodowości. Sama ideologia jest zbiorem norm społecznych określającym cele życia społecznego i powinna bazować na etyce danego społeczeństwa. Powstaje w sposób naturalny na skutek przystosowania się psychiki ludzkiej do warunków bytu społecznego. Podsumowując, celem moralnym było odpłacenie Persom za najazd oraz nawiązanie do wyprawy swoich przodków na Troję. Wyprawie przyświecała ideologia wyższości żywiołu helleńskiego nad perskimi barbarzyńcami i pogarda wobec ich uległości względem swojego monarchy i wyższość własnej kultury. Grek chełpiący się wolnością obywatelską (personalizm) nie rozumiał gromadności w życiu społecznym wśród ludów ze wschodu. Owa ideologia wyznająca wyższość wobec przeciwnika tylko wzmocniła morale armii grecko-macedońskiej.

       

       

      Geniusz Aleksandra Wielkiego zwiększył w sposób niezaprzeczalny siłę penetracji żywiołu greckiego na Wschodzie. Niewykluczone, że mniej genialny dowódca nie doszedłby aż do Indii i jego działania nie spowodowały takiego rozkwitu kultury helleńskiej od Azji Mniejszej po Pendżab, a kultura grecka nie przekroczyłaby równin Babilonii. Niewątpliwe talenty Aleksandra na nic by się zdały, gdyby nie urodził się w Macedonii, która dzięki wysiłkowi jego ojca zyskała status mocarstwa i była w stanie zostać zbawiennym hegemonem Hellady. Hellady, która na skutek wspomnianych czynników obiektywnych wytworzyła specyficzne formy społeczne, wzmagające tylko ekspansję żywiołu greckiego na zewnątrz. Warto się zastanowić, czy Pyrrus, król Epiru, miał to nieszczęście, że posiadając talenty nie gorsze od wielkiego zdobywcy z Macedonii po prostu urodził się jako władca państwa posiadającego o wiele mniejsze zasoby i próbował swych sił w walce z drapieżną Republiką Rzymską. A republika ta  posiadała niestety o wiele lepszą organizację polityczno-wojskową (przede wszystkim ludy italskie wchodzące w skład republiki miały tą samą etykę, która wzmacniała ich wzajemne więzi) od perskiego imperium.

       

       

       DSC_0443

      Aleksandra autor miał zaszczyt  podziwiać i fotografować w Muzeum Kapitolińskim
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 stycznia 2018 16:00
  • środa, 10 stycznia 2018
    • Kto jest rasistą? Czyli pomieszanie z poplątaniem

                

                  W debacie politycznej instrumentalnie wykorzystuje się pojęcia rasizmu, tudzież antysemityzmu. Tradycyjnie poza rzucaniem na lewo i prawo sofizmatami, nikt nie zadaje sobie trudu choć pobieżnego zbadania pochodzenia tychże terminów.

       

                  Rasizm jest wytworem protestantyzmu. A protestantyzm zaserwował światu wiarę w predestynację, czyli w to, że jedni ludzie są wybrani przez Boga do zbawienia, a inni nie. Przekonanie to polegające na ekskluzywizmie dostąpienia zbawienia tylko przez wiernych wybranych przez Pana wywodzi się z judaizmu. Cała predestynacja gromadna szczególnie tak widoczna w kalwinizmie stoi pod znakiem silnego wpływu judaizmu. Albowiem, istota wiary mojżeszowej zasadzała się na fakcie, że każdy prawowierny Żyd niezależnie od swoich uczynków dostąpi zbawienia jako członek narodu wybranego. Innymi słowy, szeroko rozumiany protestantyzm wywodzący się z luteranizmu bazującego na chrześcijańskiej tradycji fideistycznej (mocno zakrapianej judaizmem) dał światu kalwinizm. Kalwinizm w myśl najlepszych zasad nauk zapoczątkowanych przez Lutra szukał wiary tylko w Biblii, co w końcu przełożyło się na predylekcję do szukania prawd wiary tylko w Starym Testamencie. Tamże doszukano się wielu ustępów, że dusza ludzka umiejscowiona jest we krwi (np. Księga Powtórzonego Prawa 12:23-25). Zatem jeśli dusza znajdowała się we krwi, a tylko wybrani przez Boga  będą zbawieni (a niewybrani np. poganie będą potępieni od urodzenia), trzeba było uchronić przed mieszaniem się ras w imię zbawienia. Wynikiem tego procesu religijno-myślowego był choćby apartheid w RPA, założonym przez Burów - kalwinów.

                 

                  Tak można w ogólny sposób opisać korzenie rasizmu, który nigdy nie istniał w tradycji cywilizacji łacińskiej, a u starożytnych Rzymian był czymś nieznanym. Dodajmy, rasizm całkowicie obcy był również katolicyzmowi. Jednakże koncepcje nowożytnego rasizmu stworzyli dwaj filozofie: Arthur de Gobineau (1816-1882), który podkreślał dobro czystości rasowej i wyróżnił rasę białą (Ariowie), żółtą i czarną,  przypisując każdej z nich szereg pozytywnych cech. Nie starał się poszczególnych ras wartościować tylko je opisać i ciężko przypisać mu tak naprawdę szerokorozumiane dzisiaj poglądy rasistowskie.   Gobineau podkreślał jak ważna jest czystość rasy w jej harmonijnym rozwoju. Zanikiem aryjskości, czyli czystości rasy białej,  według tego filozofa był rozwój demokracji, która pozwalała sprawować władzę przez ludzi do tego nieprzygotowanych. Uważam, że jest to wyjątkowo niebezpieczne twierdzenie, gdyż trzymając się poglądów Gobineau moglibyśmy wszystkich naszych zgłupiałych polityków postrzegać jako mieszańców rasowych. Każdy polityk któremu głupotę się udowodni (a wszak to święte prawo polityka w demokracji, aby być głupim) winien w zamian nazwać swojego krytyka rasistą... Z drugiej strony obserwując  skalę politycznej głupoty dostaniemy natomiast dowód, że wymieszanie ras w dziejach nastąpiło na ogromną skalę i mowa o czystości danej rasy to mrzonka.  

                  Następny Houston Stewart Chamberlain (1855-1927), czerpiąc pełnymi garściami z prac Gobineau,  głosił nierówność ras ludzkich, którym jednak nadawał bardziej znaczenie kulturowe, a nie biologiczne. Chamberlain wyróżnił podział na rasy: Greków, Rzymian, Żydów i Teutonów. Był także autorem opinii o zachowaniu czystości rasy teutońskiej jako najwybitniejszej ze wszystkich i podkreślał jej nieustanną walkę z rasą żydowską. Można powiedzieć, że Chamberlain był duchowym ojcem antysemityzmu, a z kolei w pismach Gobineau żadnej antyżydowskości nie było.

                  Niemniej jednak pojęcie antysemityzmu, którym szafował na masową skalę niemiecki nazizm, jest całkowicie niediagnostyczne, ponieważ wyraża pejoratywny stosunek do wszystkich Semitów, czyli też do Arabów. Kto choć trochę zna historię III Rzeszy musi uśmiechnąć się wtedy z politowaniem pamiętając wspieranie środowisk arabskich przez reżim hitlerowski, jak choćby formacje złożone z Arabów walczące po stronie państw Osi (np. specjalne bataliony Abwehry Sonderverband 287 i 288), czy wylewne podejmowanie w Berlinie wielkiego muftiego Jerozolimy Al-Hadżdża Muhammada Amin al-Husajniego.

                  Pamiętając o tragedii i zbrodni Holokaustu oraz zagładzie Słowian i Żydów należy również mieć na uwadze, że obecnie pojęcie antysemityzmu wykorzystywane jest niezwykle instrumentalnie w polityce międzynarodowej i lokalnych wojenkach politycznych wewnątrz państw europejskich. Wszystkie strony lubują się w wyszukiwaniu i przylepianiu sobie łatki antysemity. Są również tzw. biologiczni antysemici znajdujący wszędzie pod każdą poduszką Protokoły Mędrców Syjonu, czy skrajnie radykalni rabini rzucające antychrześcijańskie obelgi jak:

      "Otrzymanie chrztu jest gorsze niż to co zrobił Adolf Hitler" (Wielki Rabin Izraela, Meir Laud).

      Na ironię zakrawa fakt, że środowiska lewicowe, które często zarzucają tzw. skrajnej prawicy antysemityzm (często wyssany z palca), same przemilczają fakt, że ich guru, Karol Marks (jego ojciec Hirschel ha-Levi Marx był synem rabina) pragnął "wyzwolenia ludzkości od Żydostwa" i uważał, że "Żydostwo to jest czynnik najbardziej aspołeczny". Jakże większe zdziwienie wzbudzi wśród polskich tzw. zatwardziałych prawicowców uważających Marksa za wrednego Żyda i protoplastę bolszewizmu fakt, iż jego córka Jenny na fotografii z nim trzymała polski krzyż powstańczy w celu okazania poparcia dla Powstania Styczniowego.  

                  Odrzucając pojęcie rasizmu nie da się jednak ukryć, że poszczególne rasy od siebie się różnią. Począwszy od drugiej połowy XIX wieku dostrzegano różnice pomiędzy rasami, cywilizacjami, kulturami, co wielu uczonych w lepszy lub gorszy sposób starało się przedstawić i usystematyzować. Wspomniani Gobineau i Chamberlein byli filozofami. Prowadzili tylko obserwacje mające mniej lub bardziej charakter przypadkowy i uogólniani w sposób charakterystyczny dla filozofów. Gustave Le Bon w Psychologii rozwoju narodów próbował dopatrywać się również w poszczególnych rasach stałych cech psychologicznych, upatrując np. w zaniku moralności i samodyscypliny wśród Europejczyków zagrożenia w tryumfie socjalizmu. Wielu innych badaczy znajdowało w cechach biologicznych danych ludów/narodów przyczyn ich rozwoju lub upadku. Tymczasem na zakończenie warto wspomnieć, iż pierwszym uczonym, który odrzucił wszelkie bajania o jednostronnych teoriach rozwoju danych społeczności, tudzież preponderancji jednej rasy nad drugą, był wielki polski uczony z Krakowa, Feliks Koneczny. Koneczny stworzył naukę porównawczą o cywilizacjach, która jako pierwsza na świecie pozwalała w sposób w pełni diagnostyczny ujmować dzieje społeczności/narodów. Oczywiście polski uczony miał prekursorów, którzy również starali się dzielić ludzkość na cywilizacje (a nie na rasy) jak Danilewski, Spengler, Toynbee, jednakże ich aparat pojęciowy był znacznie uboższy.

       

                   Zwłaszcza w dzisiejszych czasach kiedy Europa stoi przed olbrzymim kryzysem własnej tożsamości, bankructwem duchowo-ideologicznym i kryzysem imigracyjnym, warto zapoznać się z podstawami konecznianizmu, który rozwijany przez polską szkołę socjocybernetyki nie stracił nic na aktualności.   

       

       fot._screen

      Obrzydliwa, rasistowska supozycja nawiązująca do najlepszych rasistowskich tradycji Sumerów i Akadów nazywających Gutejów, swych sąsiadów z gór Zagros: ''Ludźmi o powabie małpy''. Ohyda. foto. screen

       

      loveandcapitalgabrieltease_yyo0ow

       Karol Marks i jego córka Jenny w czarnym stroju i z krzyżem na piersi w geście poparcia dla Powstania Styczniowego. foto. z sieci

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      jakubpisze
      Czas publikacji:
      środa, 10 stycznia 2018 21:49

Tagi

Kanał informacyjny